Witam wszystkich!:*
Zaczynamy kolejny rozdział tej powalonej jak stare drzewo opowieści.
Czas akcji (inny rok już, czyli 699 - Deidara ma dziewiętnaście lat) : Kwiecień (od 12.04)
Tymczasem jednak trzymajcie się i czytajcie ten oto rozdział ~~
===================================================================
| Kochany pamiętniku! |
Minął tydzień od wcześniejszego wpisu. Wydarzyło się wtedy wiele.
Poznaliśmy z Hidanem świetne dziewczyny – Sun Jing i Qiu Tong, poszliśmy z nimi na imprezę, na której to drama goniła dramę, mianowicie do mojego kumpla przyczepiła się jego ex dziewczyna, Nadia, zaś ja miałem problem z Naokim, który zjawił się w nieodpowiednim momencie.
Czemu nieodpowiednim? A no dlatego, że w balangę wkręcił się nielubiący imprez Itachi, który postanowił nam towarzyszyć. Byłem wiec z nim pierwszy raz na randce. Randce, która prawie się zepsuła przez białowłosego intruza, któremu obiłem twarz. Na szczęście jednak moja sympatia nie wydawała się być na mnie mocno zła. Boję się tylko kary, jaką Uchiha dla mnie wymyśli. Sam powiedział, że musi mnie ukarać, zaczynam się bać.
Powyższe zdarzenia nie są jednak najważniejsze, bo jest coś, co mnie zastanawia. Dwa tygodnie temu wyczytałem, że w artykule poświęconej czarnowłosemu w znanej broszurce, miał on narzeczoną. Do tej pory nie otrzymałem odpowiedzi o co chodzi, bo nie miałem okazji zapytać.
Ale… To też nie jest aż takie ważne, jak to co zaraz przeczytacie. Tak się składa że Hidan i Kakuzu byli niedawno na misji porwania jinchiuurikiego siedmioogoniastego bijuu.
I wykonali ją z powodzeniem, przyprowadzając do deszczu dziewczynę (naczynie na potwora), po czym cała organizacja zaczęła wysysać z niej demona, w asyście obserwującej cały cykl Sun Jing (ma ona dołączyć do naszej organizacji).
Robotę wykonaliśmy, a jako że razem z siwowłosym jesteśmy najświeżsi stażem, to właśnie na nas spadł obowiązek przeniesienia ciała zmarłej do budynku służącego za cmentarz.
I wszystko byłoby okej, gdyby nie jeden fakt, iż nieboszczka… żyła po całym zajściu!
Gdy tylko zgłosiliśmy to Painowi, ten kazał nam wtrącić ją do celi… I takim oto sposobem zyskaliśmy więźnia, z którym nie wiemy zbytnio, co zrobić. Lider jeszcze nie wpadł na jakiś konstruktywny pomysł.
I tak to u nas teraz wygląda życie.
Obecnie dopiero się obudziłem. Jest prawie w pół do dziewiątej. Wstałem, by podejść do okna. Przetarłem oczy, po czym szeroko je otworzyłem.
Na zewnątrz było pięknie! Słonecznie i wydawałoby się - ciepło! To zupełnie nie ta ponura wioska, którą znałem! No i… najważniejsze. Mam widok na jedno z niewielu drzew w Deszczu: drzewo wiśni, które wypuściło kwiaty!
Osobiście nie lubię roślin ozdobnych (dlatego też nie spodobał mi się prezent Itachiego w postaci róż), ale za wiśniowymi krzaczkami przepadam. No i… Dobrze już wiem, co oznacza jego zakwitnięcie.
Zatarłem z zadowoleniem dłonie, po czym zacząłem się ogarniać.
Posłałem łóżko, ogarnąłem ogólnie pokój, wziąłem prysznic, umyłem zęby i ubrałem się. Postanowiłem, że pierwsze co dziś zrobię, to pójście do liderka.
Miałem do niego kilka pytań.
Schodząc na dół, dało się słyszeć głosy dobiegające z kuchni. Głównie Hidana, mieszającego się z głosami innych moich kolegów. Wolałem jednak pierw iść załatwić swoje sprawy, potem do nich zajrzę.
Chwyciłem swój płaszcz, ubrałem buty i wyszedłem, przechodząc do drugiej części siedziby.
Będąc tam wszedłem po schodach, po czym zapukałem do drzwi gabinetu i nie czekając na zaproszenie, po prostu wszedłem.
Tak jak się spodziewałem, dowódca siedział na krześle przy swoim biurku, przeglądając jakieś papiery. Na moje wejście od razu podniósł głowę, by na mnie spojrzeć.
- Dzień dobry, liderze! – Powiedziałem entuzjastycznie.
- Dzień dobry, Deidara – Odrzekł uprzejmie rudowłosy – Masz do mnie jakąś sprawę?
- Tak, chciałem zapytać – Wskazałem palcem okno – Czy… ponieważ zakwitły wiśnie, będziemy świętować hanami?*
- Owszem – Przytaknął kolczykowany – Właśnie dlatego zleciłem organizacji, by zrobili dla siebie odpowiednie bento**. Dziś macie wolne! Może nawet później do was dołączę.
- To super – Wyszczerzyłem się, po czym przypomniałem sobie, o co jeszcze chciałem zapytać i zrzedła mi mina – A… Co dokładnie robimy z tą dziewczyną od siedmioogoniastego?
- Eh…- Mężczyzna westchnął i odłożył niedbale swoje dokumenty na biurko – No nic, w tym momencie nie przychodzi mi do głowy nic innego jak tylko więzienie jej. Bo wypuścić jej nie możemy, myślę, że zdajesz sobie z tego sprawę.
- Tak – Mruknąłem z rezygnacją – A ktoś jej w ogóle dogląda?
- Czasami do niej przychodzę razem z Konan – Powiedział boss – Albo wysyłam Kakuzu na doglądanie jej, w końcu są z tej samej wioski. Ale w żadnym z tych przypadków dziewczyna ni ma chęci podejmować żadnych rozmów. Zresztą… - Zawiesił się na chwilę – Kakuzu raczej sam z siebie konwersacji nie zaczyna, szczególnie, że wcześniej i tak nie miał na to chęci.
- To prawda – Przyznałem – No nic… Wracam do swoich zajęć.
Wyszedłem.
****
Zgodnie z tym, co mówił mi lider, zrobiłem dla siebie odpowiednie bento i wyposażony w nie, wyszedłem pod nasze wiśniowe drzewo, gdzie siedzieli już wszyscy moi koledzy z organizacji wraz z innymi mieszkańcami Deszczu. Mimo tego jednak, nasza świta trzymała się raczej razem, nie utrzymując zbytnio kontaktu z innymi ludźmi. Każdy siedział na rozłożonych na trawie kocach.
Kątem oka zobaczyłem lidera zmierzającego w naszą stronę, zaczepianego co jakiś czas przez różnych ludzi.
Spojrzałem na Hidana i Kakuzu. Ten pierwszy zbyt często podejrzanie zerkał w moją stronę, aż w chwili, gdy odwróciłem na chwilę głowę, ten prawie sprzątnął mi jajko z pudełka!
Na szczęście w porę się odsunąłem, uniemożliwiając mu ten zamiar.
- Ej! Daj jedno, cycu! – Zawołał z pretensją siwowłosy.
- Nic nie dostaniesz, ty śmieciu – Mruknąłem, dziabiąc jajko pałeczką, po czym wziąłem do ust jeden z mniejszych kawałków.
- Dziel się, kurwo palestyńska! – Wydarł się jashinista. Siedzący obok nas Sasori i Kakuzu wymienili spojrzenia, wzdychając przy tym.
- Chcesz wymienić się partnerami? – Zapytał lalkarza skarbnik – PŁACĘ jak za prezydenta…
- Myślę, że i tak wyjdzie nam na to samo – Stwierdził marionetkarz – I ten i ten kretyn.
- Hej, Kakuzu! – Zwrócił się do swojego towarzysza zirytowany fioletowooki , wskazując przy tym na mnie– Nie waż mi się mnie zdradzać z tym pedziem!
- Też cię kocham – Rzuciłem kąśliwie.
- Hidanku senpai, Tobi da ci jajeczko! – Ćwierknął nagle chłopak w masce, przystawiając swoje bento pod nos mojego kumpla, na co ten uniósł brwi i zamilkł na dłuższą chwilę, jakby się nad czymś poważnie zastanawiał.
- Okej, ale nie zarażę się przez to HIV’em? – Upewnił się wreszcie, na co się zakrztusiłem ryżem – Wiesz, skąd niby mogę wiedzieć, czy przypadkiem nie trzymałeś go w swojej dupie?
- Jezu, Hidan… - Jęknął kasiarz, odstawiając ze złością swoje bento na trawę – Musisz rzucać takimi tekstami akurat wtedy, gdy spożywamy posiłek?
W tym momencie sam odłożyłem pudełko, niemal dławiąc się ze śmiechu. Czerwonowłosy spojrzał na mnie karcąco.
- Dobrze, że już nie muszę przejmować się potrzebami fizjologicznymi – Stwierdził. Jako jedyny wraz z liderkiem byli tymi niejedzącymi – Jedynie sen mi pozostał.
- Szczęściarz – Powiedział zielonooki, po czym spojrzał na naszego dowódcę – Jak myślicie, czemu dowódca nigdy z nami nie je?
- Myślę, że słabo interesuje go perspektywa jedzenia w towarzystwie takiego plebsu jak my – Oświadczył Akasuna.
- Ja?! Plebs?! – Obruszył się Kakuś.
- No dla niego tak – Dociął mu Hidan, po czym spojrzał na Konan, wszyscy podążyliśmy za nim wzrokiem – A ona jakoś z nami je.
- Bo jest miła – Wyjaśnił mu Sasori.
- Dobra, przyjmuję twoją ofertę, Tobi – Zminił temat siwowłosy.
- Tobi się cieszy!– Pisnął zamaskowany.
Podczas gdy oni ze sobą dyskutowali o wszystkim i niczym, ja popadłem w zamyślenie. Mimo tego, że nasza organizacja jest zbita tutaj razem, to nawet tu każdy się podzielił na mniejsze grupki.
Ja siedziałem z moim partnerem, Braćmi Zombie oraz naszym wiejskim głupkiem.
Konan zaś, która jak dotąd towarzyszyła Kisame i Itachiemu, nagle przeszła do Paina, Krzaka, Qiu Tong i Sun Jing, którzy dopiero teraz przyszli.
Dwie ostatnie dziewczyny jak zobaczyły mnie z Hidanem to tylko nam pomachały, jednak cały czas stały w swoim towarzystwie.
To doprawdy… Smutne, że wszyscy ze sobą nie rozmawiamy. No ale cóż, zawsze tak było wśród społeczności, że ktoś kogoś nie lubi. I zawsze tak będzie. Dla przykładu?
Kakuzu nie lubi się z Hoshigakim i Uchihą i na odwrót. To samo jashinista, którego obrócił przeciw nim jego partner. Zaś mój mistrz… Do tej pory dystansował się od wszystkich i wydawał się nie lubić nikogo, dopiero od niedawna trzyma się z moją świtą. I widocznie najbardziej dogaduje się z kasiarzem, o co nigdy bym go nie podejrzewał. Cóż, chyba znalazłem mu w końcu przyjaciół xD
Zerknąłem ukradkiem na Itachiego, gawędzącego ze swoim kumplem… Chociaż w sumie to jego towarzysz mówił, a on słuchał. W dodatku… Z uśmiechem, którego widzę raczej tylko wtedy, gdy się nade mną znęca. Jednakże ten uśmieszek był inny, delikatny. Czuć było, że ci dwaj się lubią i dogadują. Aż przez chwilę poczułem się zazdrosny. Czemu ze mną on nie rozmawia w takim tonie?! ;_; W tym momencie jego wzrok zawędrował w moją stronę, na co szybko odwróciłem głowę, czerwieniąc się. Hm, w każdym razie… Nikt nie jest samotny ~. Zaraz, chwila… A może jednak?
Podniosłem oczy na naszą siedzibę, potem na moich kolegów, oznajmiając, iż chcę pójść do kuchni po więcej dodatków i herbatę. Przyjęli to bez większych podejrzeń.
Ruszyłem więc w stronę domu, gdzie jak gdyby nigdy nic skierowałem się do kuchni (żeby nie było), odłożyłem pudełko na stół, zaszedłem do swojego pokoju w celu skorzystania z toalety, wróciłem się po bento, chwyciłem za czajnik wraz z małym kubeczkiem i z lekką obawą zacząłem wspinać się po schodach na samą górę siedziby. Minąłem pokój Konan i przystanąłem przy drzwiach prowadzących na balkon. Wziąłem głęboki oddech i nacisnąłem na klamkę. Oczywiście wrota ani drgnęły, na co bez przekonania sięgnąłem po kunai i ze stukającym jak ptak w klatce sercem przystąpiłem do majstrowania przy zamku. Eh, nie działa, ta broń się do tego nawet nie mieści. Wziąłem więc senbon (swoją drogą nie wiem, po co je noszę, skoro akurat tego jednego rodzaju rynsztunku nie używam) i zacząłem kombinować na nowo, uważając by nie uszkodzić wejścia. Jest! Poszło!
Zadowolony z siebie i swojej pomysłowości, wśliznąłem się na balkon, a raczej murek prowadzący do gabinetu Paina. Mimo dość sporej wysokości ścian owego muru, wolałem pozostać w zgiętej pozycji , by przez przypadek nie rzucić się komuś w oczy.
Wszedłem do gabinetu, który, ku mojemu lekkiemu zaskoczeniu, był otwarty. W sumie… Nie powinno mnie to dziwić. Patrząc logicznie, tylko Konan ma dostęp do murku, nikt inny. Zamknąłem za sobą drzwi, po czym przechodząc przez biuro liderka, wyszedłem kolejnymi wrotami, tymi, które są przeznaczone dla szarych członków organizacji i tu się już poważnie zdziwiłem. Czemu on nie zabezpieczył pomieszczenia? Zapomniał? A może po prostu wpadł do nas na krótką chwilkę? Zresztą… Cholera, nad czym ja myślę?! Mam inne rzeczy do roboty!
Dokładnie. Inne. Zachowując należytą ostrożność, sfrunąłem po schodkach, minąłem posąg Gedo (z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu dowódca go sobie ponownie przywołał), po czym wyśliznąłem się na zewnątrz, szybkim krokiem zmierzając w stronę zabudowanego cmentarza, by skierować się na jego tyły, gdzie znajdowało się prowizoryczne, zbudowane przez żołnierzy ANBU więzienie.
Strażnicy tego miejsca, gdy tylko mnie zobaczyli, od razu wyprostowali się na baczność, zaś ja kazałem im dać sobie klucze, po czym odesłałem ich w inne miejsce, sam wchodząc do celi.
Tam zastałem żałosny widok naszego świeżego więźnia, jakim była dziewczyna, która do niedawna znana była z posiadania w swoim ciele siedmioogoniastego demona, co nadawało jej tytuł bycia jinchuriki. Ma ona na imię Fuu, pochodzi z tej samej wioski co Kakuzu (ukryty Wodospad) i tak właściwie to powinna już dawno nie żyć. W końcu organizacja, do której przynależę, wydarła z niej jej bestię, co zawsze kończy się dla takich ludzi śmiercią. Tymczasem ona siedziała w swoim zimnym lochu i przeszywała mnie pełnym złości wzrokiem.
Na ten obraz uniosłem wysoko brwi, albowiem dostrzegłem, iż przesiaduje ona na lodowatej ziemi, zamiast na kocach, które jej znieśliśmy.
- Przeziębisz się – Zwróciłem jej uwagę najdelikatniejszym, na jaki mnie było stać tonem. Zielonowłosa jednak nic na to nie odpowiedziała, dalej próbowała zabić mnie wzrokiem. Westchnąłem i po prostu wszedłem do jej celi, na co dziewczyna, jakby wystraszona, odeszła w głąb tak, że aż dotknęła plecami ściany. Zaś ja najzwyczajniej w świecie kontynuowałem swoje poczynania, stawiając na ziemię czajnik, kubeczek i pudełeczko ze śniadaniem, po czym wyszedłem z lochu, zamykając go na klucz. Usiadłem naprzeciw prętów i zacząłem się przyglądać uwięzionej z politowaniem.
- Radzę ci dobrze, żebyś w końcu coś zjadła – Oznajmiłem już mniej przyjemnym tonem – Jak nie będziesz jeść, to źle się to dla ciebie skończy. Usiąść na kocach i materacu też bym ci radził, mamy mało medyków i raczej uleczenie cię graniczy z cudem, bo wszyscy dopiero się uczą technik leczniczych.
Było to oczywiście kłamstwo, tak naprawdę mamy sporo medyków, wielu z nich jest naprawdę utalentowanych i doświadczonych, jak na przykład Konan (może nie pamiętacie albo nie wiecie – to przypominam, że jest medykiem :D ), no ale oczywiście nie powiem tego osobie, którą również współ-więziłem razem ze swoimi kolegami. Moje gadanie miało jedynie na celu postraszyć j nieco, co jak z zadowoleniem odnotowałem, poskutkowało po kilku minutach.
Brązowooka wpełzła nieśmiało na materac, owijając się kocem, po czym z pewnym wahaniem sięgnęła po kubeczek, jednak natychmiast cofnęła dłoń.
- Gorące, uważaj – Mruknąłem, zdając sobie po kilku sekundach sprawę, jak idiotyczne to było, skoro laska sama się przekonała o temperaturze naczynia.
Osadzona sięgnęła więc po jedzenie, kosztując je raz po raz, nie zaszczyciwszy mnie ani razu spojrzeniem, nagle zatrzymała się w pół ruchu i odłożyła pałeczki na naczynia, owijając się ciaśniej kocem.
- Jak masz na imię? – Zapytałem od tak, by zagadać. Tak naprawdę wiedziałem, jak się nazywa, mimo tego wolałem zacząć jakoś temat, a że nie miałem pomysłu jak to zrobić, to po prostu rzuciłem tym oto prostym pytaniem.
Więźniarka w końcu spojrzała mi w oczy, tym razem na jej twarzy nie było wściekłości, tylko bezgraniczny smutek.
- A co mi w tym momencie da dbanie o swój stan zdrowia? – Jęknęła płaczliwie.
Wytrzeszczyłem ślepia, rozchylając lekko usta ze zdziwienia. Przez chwile gapiłem się na nią tępo, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Nie chciałem do tego przyznać się nawet sam przed sobą, ale dosłownie zagięło mnie to pytanie.
- I tak mnie zabijecie, prawda? – Dociekała śmielej dziewczyna – Nie wypuścicie mnie… Prawda?
- Sądząc po celu, jaki mieliśmy wobec ciebie, szczerze w to wątpię – Odezwałem się w końcu, ważąc słowa – A co do tego pierwszego… To nie jest to do końca pewne, tak myślę. Lider nie powiedział nam jeszcze, co z tobą zrobić. Chociaż… - Zamyśliłem – Może gdybyś nas nie wydała, to byłaby szansa na wypuszczenie cię…
- Serio?! – Nastolatka podpełzła do prętów, oplatając je palcami, przy czym patrzyła na mnie z nadzieją, aż pożałowałem tego, co właśnie palnąłem – Naprawdę myślisz, że ten wasz liderek mnie wypuści?! Mam po prostu nic nikomu nie mówić, tak?!
- No…- Wydusiłem, przeklinając się w duchu – Myślę, że…
- …Że na pewno pierdolisz głupoty – Usłyszałem za sobą lodowaty głos i obróciłem trwożnie tułów w stronę jego źródła.
Itachi stał oparty o framugę drzwi, niewidoczny przez przysłaniający go gęsty cień. Jedyne, co mogłem w nim znajomego dostrzec, to jego błyszczące, karmazynowe oczy, na które momentalnie się wzdrygnąłem. Czemu używa sharingana…?
Poczułem na sobie przestraszony wzrok osadzonej, spojrzałem na nią kątem oka. Ku mojemu zaskoczeniu, nie była jednak zaniepokojona nowym przybyszem a… Stanem, w którym się aktualnie znajdowałem. Skąd ten wniosek? A z słów, które padły z jej ust:
- Wszystko w porządku? Jesteś strasznie blady… - Szepnęła. Nagle moją ręka została przykryta jej ciepłą (prawdopodobnie od herbaty bądź rozgrzania kocem) dłonią. Odwróciłem powoli głowę, by na nią popatrzeć. Czy ja śnię, czy ona się o mnie martwi? No i… Czy ja siedziałem naprzeciwko niej aż tak blisko?
- Co za lekkomyślność – Moich uszu dobiegł zirytowany głos Uchihy, który nagle znalazł się przy moim boku, przy czym ścisnął stanowczo mój bark – Żeby tak zbliżać się do więźnia… Wstawaj.
Nie usłuchałem, ciało odmówiło mi posłuszeństwa i sam nie wiedziałem dlaczego. Jedyne, czego byłem świadom, to wściekłości jaka ogarnęła mnie względem mojej osoby I nastawienia do tego mężczyzny.
Czemu ja się go tak potwornie boję? Czemu… On mnie tak przeraża?
Usłyszałem zirytowane sapnięcie i momentalnie zostałem poderwany do góry, moje nogi nagle zderzyły się z gruntem.
- Chodź za mną – Rzucił stanowczo czarnowłosy.
Spojrzałem nerwowo na wystraszoną do reszty Fuu.
- Ale… - Zaprotestowałem słabo.
- Powiedziałem: chodź – Warknął właściciel sharingana, stając przy drzwiach, ujmując moją osobę wzrokiem nieznoszącym sprzeciwu.
Mimowolnie lekko się skuliłem, podchodząc do niego, na co ten od razu ruszył. Gdy oblał nas Bask słońca, mój partner przywołał strażników do pilnowania celi, po czym znów na mnie zerknął, jakby chciał upewnić się, czy aby na pewno za nim podążam. Widząc, że tak, podszedł do drzwi znajdujących się na tyłach cmentarza i otworzył je, wskazując na nie głową, bym tam właśnie wszedł, co też posłusznie uczyniłem. Wtedy i on wkroczył do pomieszczenia. Rozejrzałem się, zrozumiawszy, iż miejsce w którym aktualnie przebywaliśmy było zapleczem pracowników „cmentarza”.
Natychmiast oparłem się o jakieś biurko.
Itachi obrócił zasuwkę od zamka, po czym spojrzał na mnie przeszywającym wzrokiem, od którego zrobiło mi się ponownie słabo.
- Co ty odstawiasz? – Zapytał chłodno, na co wbiłem wzrok w podłogę - Można wiedzieć, czemu z nią dyskutujesz?
Nic nie odpowiedziałem, nie byłem w stanie. Jedyne, na co mnie było w tym momencie stać, to nerwowe przełknięcie śliny.
Wspominałem na początku rozdziału o karze, jaką mój rozmówca chce na mnie przeprowadzić karę i zrozumiałem, że właśnie tego się tak bałem. Bałem się tak bardzo, że nie mogłem mówić, miałem nieodparte przeczucie, że wykona ją właśnie teraz.
- Ej! Mówię do ciebie! – Wkurzył się ciemnowłosy. Dopiero wtedy nasze oczy się spotkały. Zacisnąłem dłonie na biurku.
- Chciałem być dla niej miły, to wszystko… - Powiedziałem, na co ten uniósł z zainteresowaniem brwi. Postanowiłem więc kontynuować swoje wyjaśnienia, zmieniając ton na śmielszy – To chyba lepsze, niż stresowanie jej, prawda? Skoro ma już tu zostać, czy coś, to chociaż bez stresu, takie jest moje zdanie.
- Za to moje jest takie, że dawanie jej złudnych nadziei nie jest wcale lepsze od straszenia – Skomentował mężczyzna, co wprawiło mnie w zażenowanie swoim pomysłem.
Odbezpieczył zamek i położył dłoń na klamce, w celu wyjścia.
- Czekaj – Wyrwało mi się, na co ten znów zatrzymał spojrzenie na mojej twarzy.
- Tak? – Zapytał.
- Ja… Wymamrotałem, czując się jeszcze bardziej głupio. Sam nie wiedziałem, co mu chciałem powiedzieć, ta prośba wyrwała mi się sama, nie rozumiałem, o co mi w tym momencie chodziło, dlatego milczałem jak idiota. Uchiha przechylił głowę w bok – Jesteś roztrzęsiony. Jak tak bardzo ci na tym zależy, to idź i pogadaj sobie z tą dziewczyną. Wróć do nas wszystkich, jak się uspokoisz. Lider i tak wie, gdzie polazłeś, bo ”inteligentnie” nie zamknąłeś za sobą drzwi, przez które Konan wchodzi na murek. Tymczasem ja spadam.
I wyszedł, pozostawiając mnie samego z rozdziawioną gębą.
Po kilku minutach strzeliłem się mocno w czoło z otwartej dłoni. Jezu słodki… Czy ja naprawdę jestem takim DEBILEM?
Wypuściłem powietrze z ust i wyszedłem, podążając do więzienia, oczywiście przeganiając ochronę.
Na moje wejście na twarzy Fuu pojawił się jakby cień ulgi, co mnie totalnie zaskoczyło. Usiadłem po turecku naprzeciw prętów, tym razem w stosowniejszej odległości.
- Coś taka… Radosna? – Chciałem wiedzieć.
- Po prostu cieszę się, że ten facet nie zrobił ci krzywdy, bo już myślałam – Westchnęła dziewczyna – To twój senpai, zgadza się?
- Hm, tak – Skrzywiłem się – Siedzi w tej organizacji dłużej, niż ja. W sumie jestem tu najmłodszy stażem… No i wiekiem.
Przez moment żadne z nas nic nie mówiło, nastąpiła pauza, podczas której zastanawiałem się, czemu w ogóle mówię jej o sobie cokolwiek. Chyba faktycznie chciałem ją uspokoić.
- A swoją drogą – Zielonowłosa nadęła policzki – Nie ładnie jest kłamać, panie blondynie.
- Co? – Zapytałem niezbyt inteligentnie – O czym ty gadasz?
- A o tym, że i tak stąd nie wyjdę – Mruknęła zapytana – Twój kolega mi to powiedział, dodał też że jesteś idiotą, skoro sprzedajesz mi takie farmazony. Też tak myślę. Ale na pytanie co się ze mną stanie, nie powiedział mi nic, po prostu wyszedł.
- Kretyn – Syknąłem zły, po czym uważnie na nią popatrzyłem – Przepraszam, że cie okłamałem, chciałem… Właściwie nie wiem, co chciałem. Mam nadzieję, że mi przebaczysz.
- To zależy, jakie macie wobec mnie plany – Śniadoskóra oparła rękę o swoje zgięte kolano, wyciągając drugą nogę przed siebie, odchylając lekko plecy – Bo jak mnie zabijecie, to na pewno mój duch będzie cię prześladował.
- No proszę, skoro mi grozisz, to przestałaś się mnie bać – Skwitowałem kąśliwie.
- Cóż, myślałam, że jesteś straszniejszy, ale skoro boisz się takiego faceta jak ten w czarnych włosach, to chyba mogę przestać brać cię na poważnie – Parsknęła. Uniosłem brwi, nie wierząc w to, co słyszę.
- Ty albo jesteś głupia, albo niedoinformowana – Stwierdziłem – Nie masz chyba pojęcia, kim ten facet jest, skoro wyrażasz się o nim w ten sposób.
- Ano nie wiem – Zgodziła się laska z rozbrajającą szczerością – Powiesz mi?
- Uchiha Itachi – Wycedziłem, wbijając wzrok w podłogę, irytując się na samo wypowiedzenie tego nazwiska i imienia. Popatrzyłem na swoją rozmówczynię… I mnie zatkało. Oczy to ona miała jak dwa spodki!
- Wybacz… Kto? – Wyjąkała, a ja gwałtownie zakryłem twarz dłońmi.
- Nie mów mi, że nie wiesz kim on jest… - Jęknąłem.
Znów zapadła niezręczna cisza. Byłem tak onieśmielony tą informacją, że aż nie mogłem wydusić z siebie żadnego zdania.
- Ah! – Zawołała w końcu nastolatka, po czym zamarła z przerażenia – To… To jest… Koleś który wymordował swój klan…? ON?!
- On – Westchnąłem boleśnie – I to właśnie mnie się trafiła pechowa relacja z nim.
- Jak bardzo pechowa? – Chciała wiedzieć moja rozmówczyni.
- Cóż – Spojrzałem w sufit – Nie wiem, jakie ma on… Nastawienie do mnie. Z jednej strony mam wrażenie, że jestem mu obojętny, a z drugiej… Chyba mnie nienawidzi.
- Hmm… - Zamyśliła się zielonowłosa – A co innych? Jaki jest?
- Normalny, do swojego kumpla z pary wręcz zajebisty – Rzuciłem posępnie – A do innych obojętny, chociaż… - Urwałem na chwilkę – Nie wiem, być może nie lubi swójki moich przyjaciół. Spotkałaś ich już.
- Spotkałam? – Dziewczyna zmarszczyła lekko brwi w zastanowieniu, po czym wyraz jej twarzy przekształcił się w grymas irytacji – Tylko mi nie mów, że to ten ulizaniec i dziadeczek Kakuzu!
- Oni nie są wcale tacy źli! – Zaoponowałem natychmiast – Właściwie są naprawdę spoko, a to, że cię zaatakowali… No wybacz im, takie mieli rozkazy. To nic osobistego, naprawdę.
- No nie wiem – Fuu nie wydawała się być co do tego specjalnie przekonana – Dziadeczek nie chciał się ze mną zaprzyjaźnić, ten ulizaniec jakoś nic nie powiedział na moją propozycję i nawet nazwał mnie idiotką.
- No bo… - Starałem się bronić moich kumpli, gorączkowo ich tłumacząc – Wiesz, my musimy być sukinkotami… Taka nasza robota, wiesz, hehe… A normalnie wcale tacy nie jesteśmy, przynajmniej tak sądze…
- Nie wiem, czy mogę ci wierzyć – Uznała śniadoskóra – No ale na razie jako jedyny wydajesz się być spoko, dlatego zastanowię się nad twoimi…
- Deidara! – Usłyszałem za sobą znajomy i nieco zirytowany głos, na który momentalnie się odwróciłem.
Na schodach, które prowadziły do wyjścia z piwnicy, stał lider ze skrzyżowanymi na piersi ramionami. Jego mina od razu zasugerowała mi, bym jak najszybciej i bez gadania za nim poszedł, co też od razu uczyniłem.
***
Stałem już przed biurkiem dowódcy, przy którym siedział on sam, przyglądając mi się spod przymrużonych powiek, ja sam zaś uśmiechałem się nerwowo.
- I co ja mam z tobą zrobić? – Rudowłosy odchylił się na krześle – Kolejny raz w ciągu tego tygodnia złamałeś moje polecenia. Gdy prosiłem, byś ograniczył kontakt z Hidanem, nie zrobiłeś tego. Ale to mogę jeszcze wybaczyć, bo zastosowałeś się do przebywania w towarzystwie Sasoriego, co więcej włączyłeś go w swój krąg znajomych, dzięki czemu bardziej się otworzył. Jednakże – Urwał, patrząc na mnie nieobecnym wzrokiem, jakby właśnie nad czymś myślał, po chwili znów się odezwał – Czym kierowałeś się, idąc do naszego tymczasowego więźnia? Czemu jesteś dla niej miły?
- To podchwytliwe pytania? – Chciałem wiedzieć, choć zdawałem sobie sprawę, jak niegrzeczne było w tym momencie odpowiadać pytaniem na pytanie.
- Nie, po prostu jestem ciekaw – Odrzekł mi spokojnie kolczykowany – A więc?
- Szczerze to nie mam pojęcia, ale wydaje mi się, że jesteśmy jej to winni – Powiedziałem – W końcu jakieś odszkodowanie za wyrządzoną krzywdę musi być…. Prawda?
- Nie do końca, tym bardziej, że i tak pewnie czeka ją śmierć – Stwierdził Pain.
- To zabijemy ją? – Wydusiłem zaskoczony.
- Nie jestem tego jeszcze całkowicie pewny, ale jest na to duże prawdopodobieństwo – Odparł mężczyzna – Tym bardziej, że potrzebujemy tylko jej biju, ona sama raczej do niczego nam się nie przyda, a przecież jej nie wypuścimy.
- Obiecała, że nic nikomu nie powie – Zarzekłem – Że jak ją wypuścimy to będzie zachowywać się normalnie i…
- To co w takim razie powiedziałaby ludziom ze swojej wioski? – Prychnął Lider – Udałoby się jej ułożyć historię, gdzie była przez tydzień po za wioską? Czemu wraca sama, bez dwóch towarzyszy-ochroniarzy, którzy zostali zabici przez Kakuzu i Hidana? I Jak wyjaśniłaby brak bijuu? Deidara, proszę, myśl czasem trochę…
Milczałem, przeklinając się w myślach, przy czym tępo patrzyłem w podłogę. Miał rację, co do wszystkiego. Sam zresztą wiedziałem, z jakich powodów nie możemy przywrócić tej dziewczynie wolności, więc czemu ja w ogóle wyjechałem z czymś takim?
- W każdym razie – Kontynuował dowódca – Decyzja co do niej nie została jeszcze podjęta. Na razie sprawa jest zatrzymana do czasu konsultacji z… Z Konan – Dokończył ostrożnie i jakby z wahaniem wypowiadając imię swojej partnerki do misji, wbijając wzrok w biurko.
- L… Liderze? – Wydukałem niepewnie, patrząc na swojego rozmówcę z niepokojem. Spojrzał mi w twarz.
- Dostaniesz misję, właściwie po to cię wezwałem – Mruknął, wyciągając jakiś plik papierów oraz wieczne pióro, po czym włączył i przysunął mikrofon w swoją stronę – Hidan, Kakuzu i Sasori mają NATYCHMIAST stawić się w moim gabinecie.
Przyglądałem mu się z lekką konsternacją, nie wiedząc co myśleć. Skąd u niego to rozdarcie, które przed chwilą widziałem? Cóż, nigdy wam nie mówiłem o tym, ale czasem jak na niego patrzę, to mam odczucie, jakby nie tylko on i Konan rządzili tą organizacją. Nie wiem, skąd ten pomysł, ale mam czasem wrażenie, jakby byli przez kogoś kontrolowani, myślałem nad tym wiele razy, ale… To niemożliwe, prawda? W końcu gdyby był ktoś jeszcze, to wszyscy by już o tym wiedzieli, prawda?
Wyprostowałem się pewnie, tłumacząc sobie cierpliwie, że nic się nie dzieje. W końcu jakby nie patrzeć, zajmuje się on nie tylko nami, a całą wioską Deszczu. Pff, głupi jestem.
Wtedy do pomieszczenia weszli wcześniej wytypowani przez dowódcę panowie, ustawiając się w szeregu obok mnie.
- Jak już wiecie, planuję wcielić do Akatsuki nową członkinię, jaką jest Sun Jing – Rozpoczął przywódca, przedstawiając nam cel zadania – Dlatego zanim wam w ogóle powiedziałem o tym przedsięwzięciu, wraz z Konan począłem selekcjonować potencjalne, silne osoby, które ewentualnie do nas dołączą. Jedna jest z ukrytego Liścia, także możecie mieć lekkie utrudnienie z powodu wcześniejszego pojawienia się tam Kisame i Itachiego, zaś druga osoba pochodzi z ukrytej Mgły, także możecie mieć daleko. Wybór poszukiwań zależy od waszej czwórki.
- Mógłbym dostać dokładne informacje dotyczące poszukiwanych? – Zapytał Kakuzu, wyjmując z kieszeni płaszcza malutki notesik oraz długopis.
- Oczywiście. Pierwsza osoba, którą wymieniłem to Shikiomi Nakano, lat dziewiętnaście – Powiedział rudy, zaś bankier pokiwał powoli głową.
- Kobieta, rozumiem – Mruknął kasiarz, zapisując imię, nazwisko oraz wiek delikwentki.
- Druga osoba to Kimura Daiki, lat dwadzieścia pięć – Podawał dalej Pain, zaś zielonooki nie przestawał skrobać po kartce – Tutaj musicie uważać, gdyż prawdopodobnie zamierza dołączyć do Siedmiu Mistrzów Miecza.
- Zaraz, zaraz – Wyrwało mi się, na co wszyscy na mnie spojrzeli – Czemu facet? W dodatku tak… jakby nie patrzeć stary? Przecież wybieramy osobę dla Sun Jing…
- A jakie ma znaczenie płeć? – Dowódca uniósł brwi z widocznie zarysowanym zażenowaniem na twarzy – O ile dobrze myślę, wybieramy jej towarzysza broni, nie przyjaciółeczkę do wspólnego popijania herbatki.
- No tak, przepraszam – Westchnąłem, zawiedziony własną głupotą. Boże drogi… Czemu ja dziś tak bardzo nie myślę?
- Są to osoby, którymi głównie się interesuję, na tej dwójce szczególnie mi zależy – Kontynuował dalej Pain – Są oni silni na tyle, by idealnie się do nas wpasować. Chcę, byście jednak sami wytypowali, kto będzie godzien stać u naszego boku, najprościej to sprawdzić poprzez walkę. Jeśli ktoś z nich okaże się słabszy, zabijacie. Podam wam również listę kolejnej szóstki ludzi, którzy również mnie interesują, jednak nie zaobserwowałem u nich takiego talentu jak wcześniej wspomniani. Jest jednak spora szansa, że znajdą się wśród nich perełki, których nie dostrzegłem wcześniej. Łącznie macie spotkać się z ośmioma personami. Teraz wymienię imiona oraz nazwiska szóstki…
I tu zaczął sypać danymi naszych ewentualnych kolegów i koleżanek, zaś bankier uważnie zapisywał, kogo mamy szukać. Ja już wtedy nie słuchałem (mimochodem jednak zarejestrowałem w pamięci osobę przynależącą do mojej rodzinnej wioski), wolałem skupić się na dwójce najważniejszych, ponieważ nie sądziłem, iż trafimy na jakieś szczególne talenty. Skoro tamta parka jest najlepsza, to tak zapewne jest.
Na koniec wchodząca do gabinetu Konan wręczyła kasiarzowi zakopertowany plik dokumentów, niezbędnych nam do wykonania zadania.
- Powodzenia – Mruknęła nam na odchodne, po czym wszyscy wyszliśmy. Chwyciłem jeszcze zapatrzonego w kobietę Hidana za rękaw i dopiero wtedy na dobre opuściłem to pomieszczenie.
****
Decyzji, gdzie najpierw się udamy nie musieliśmy zbyt długo podejmować. Za nasz pierwszy cel obraliśmy sobie oczywiście wioskę ukrytego liścia, zahaczając przy okazji o inne lokację, by sprawdzić, czy w okolicy nie kręcą się inne ofiary planu naszego dowódcy.
Nikogo interesującego jednak nie spotkaliśmy na naszej drodze, po za drobnymi kupcami czy starszymi ludźmi dźwigającymi drewno na plecach.
Weszliśmy do jakiegoś lasu, który (jak wyjaśnił Kakuzu) służył za bezpośrednią drogę do terenu, na który mieliśmy wejść.
Przystaliśmy w miejscu, mężczyzna wyjął ze środkowej kieszeni płaszcza kopertę, z której wyjął zdjęcie naszej ofiary.
- Na pierwszy ogień idzie Shikiomi Nakano – Powiedział, zaś cała nasza trójka otoczyła go z różnych stron – Oto i ona.
- Ej, niezła! – Zagwizdał Siwowłosy – Dobra z niej dupa!
Miał rację, była naprawdę ładna i szczupła. Miała śliczną, niemal porcelanową twarz, lekko skośne, kobaltowe oczy, w których można było dostrzec spokój i melancholię. Ogólnie… Nie wyglądała na złego człowieka. Nikt z takim spojrzeniem nie może być zły. Jak taka osoba miałaby do nas przynależeć? Chociaż… W sumie to już znam osobę, która ma taki wyraz oczu. Westchnąłem mimowolnie.
- Czym się specjalizuje? – Zainteresował się Sasori – Lider napisał coś na ten temat?
- Niespecjalnie, prócz tego, że posiada naturę wiatru – Odparł zielonooki.
- To w takim razie musi być dobra – Wtrąciłem się – Rzadko kto dysponuje taką czakrą.
- A tak z ciekawości, jaką ty posiadasz? – Zapytał niespodziewanie brązowowłosy, nie spuszczając wzroku ze zdjęcia.
- Ja? Ziemi – Odrzekłem.
- No tak, w sumie używasz gliny do tworzenia bomb, to ma sens – Mruknął kasiarz, chowając fotografię do koperty – Zanim wejdziemy na teren Liścia, proponuję zrobić małe przeczesanie terenu. Według dowódcy, dziewczyna powinna być teraz po za swoją osadą.
- To co, rozdzielamy się? – Zaproponował lalkarz. Przytaknęliśmy i rozeszliśmy się, każdy w inną stronę.
Chwyciłem za jakiś badyl, w celu odgarniania liści i gałęzi stojących mi na drodze. Nad sobą słyszałem przekrzykujące się w koronach drzew ptaki, w powietrzu unosił się zapach trawy i kwiatów. Nałożyłem na głowę słomiany kapelusz dołączony do stroju Akatsuki, by uchronić się przed kleszczami. Płaszcz jednak rozpiąłem, gdyż zrobiło się strasznie gorąco, a barwa odzienia nie ułatwiała mi ochłodzenia się.
Podniosłem nieco wyżej dach kapelusza i sięgnąłem ręką do celownika optycznego, który niedawno skonstruowałem. Nosiłem go na lewym oku, pod grzywką, służył mi za lornetkę, którą w końcu miałem okazję użyć. Kliknąłem na przycisk powiększający. Nic, zero. Żadnego śladu… I w tym momencie moją uwagę przykuło odzienie koloru czerwonego, tak bardzo wyróżniającego się we wszędobylskiej zieleni.
Ustawiłem sprzęt na normalną ostrość i szybkim krokiem podszedłem do sosny, o którą opierał się jakiś człowiek. Nie zachowywał się normalnie. Dyszał ciężko i widać było, że nie może złapać powietrza. Podszedłem cicho do jakiegoś świerku i ponownie włączyłem celownik. To był facet, a raczej chłopiec z mojej rodzinnej wioski! W dodatku jego wizerunek był na naszej liście! Należał on do osób mniej ważnych, z których to właśnie jego najbardziej zapamiętałem… Tylko co on tu robi?
Zmrużyłem z zastanowieniem oczy. Czy ja go w ogóle znam? Nie, chyba nie. Wygląda na młodszego niż ja, dużo młodszego, a ja raczej z małolatami się nigdy nie trzymałem. Według danych ma on jakieś trzynaście, czternaście lat. Ciekawe, czy mnie kojarzy…
Postanowiłem wyjść z ukrycia i raźno pójść w jego stronę. Dzieciak, gdy tylko zobaczył mój płaszcz, a następnie moje oblicze, wybałuszył oczy tak mocno, że prawie mu wyszły z orbit, po czym nieporadnie rzucił się do ucieczki, kuśtykając i upadając w jej trakcie.
Nie biegłem, gdyż delikwent nie miał wystarczająco dużo siły, by mnie do tego zmusić. Podczas gdy on dzielnie walczył z nierównym terenem, ja uważnie lustrowałem jego rany.
Nie były zwyczajne, Na jego rękach było wiele nacięć, ubrania miał całe rozdarte, z ust lała się krew, zaś jedna z jego nóg była żałośnie zdeformowana, jakby polana kwasem.
Chłopak w końcu po jakimś czasie upadł bezsilnie na ziemię, zderzając się głową z drzewem, przez co rozciął sobie skroń, po czym obrócił się na plecy, patrząc na mnie ze strachem.
Uklęknąłem naprzeciw niego na jednym kolenie, opierając rękę na drugie. Dopiero teraz zauważyłem, że jego bluzka jest od przodu całkowicie rozcięta, zaś na jego torsie widniał trójkąt wpisany w okrąg. Uniosłem do góry brwi ze zdziwienia. Hidan go tak urządził? No ale przecież on nie używa trucizn!
- Kto ci to zrobi? – Zapytałem, postanowiwszy dowiedzieć się prawdy u samego źródła . W odpowiedzi chłopczyk chwycił do kieszeni po shuriken, by we mnie rzucić. Nie udało mu się, bo broń poleciała nie w tę stronę. Zignorowałem to i dalej zadawałem pytania – Czy to ktoś z takim samym płaszczem jaki noszę?
Widząc, że nie zamierzam zrobić mu krzywdy (bo po co - i tak umierał, a liderek chciał ludzi, którzy nam się przydadzą, ), mój rozmówca rozchylił lekko usta, z których trysnęła krew, dlatego też zaraz je zamknął i zwyczajnie pokręcił głową… przecząco. Wytrzeszczyłem z zaskoczeniem ślepia. Nie, on majaczy…
- Mój kolega, który ma ten sam strój co ja – Zacząłem temat od nowa – Rysuje takie same symbole, jaki ty masz teraz na brzuchu. Jesteś pewien, że to nie on?
I znów to samo. Znów ta sama odpowiedź, teraz bardziej stanowcza. Nic z tego nie rozumiałem. Zamrugałem szybko i zadałem ostatnie pytanie, by upewnić się, czy aby na pewno dobrze łączy fakty:
- A wiesz, kim ja jestem?
Delikwent popatrzył na mnie smutno, przytakując cicho. Dałbym głowę, że słyszałem stłumione „tak”. I w tej właśnie chwili jego spojrzenie straciło wyraz, jakby uleciała z niego dusza. Dotknąłem jego ręki, brak pulsu.
Wstałem i ruszyłem po najbliżej rosnącego kwiatka, by go położyć na ciele nastolatka i odszedłem, bijąc się z myślami. Czemu czułem się winny? Nie miałem pojęcia, tym bardziej, że i tak nie uratowałbym mu już życia. Nie jestem medykiem. A może to przez to, że pochodził z mojego kraju? No ale co z tego, skoro ja tam już nie mieszkam? Co miałbym tam robić? Przecież tam nie wrócę. Raz, że nie mam po co, a dwa, że i tak by mnie zabili, jeśli tylko bym tam wszedł. Zaraz, ale czy na pewno nie mam po co wracać? A czy mam… dla kogo tam wracać?
Przystanąłem , gapiąc się tępo w trawę. Rodziców już tam w prawdzie nie zastanę, ale… Drużynę owszem.
Co oni teraz robią? Czy tęsknią za mną? Przyznam, że nieraz mi ich brakuje. To byli moi pierwsi przyjaciele, z którymi musiałem tak brutalnie się rozstać… Z głupiego powodu. I nawet się z nimi nie pożegnałem. Czemu pokłóciłem się z nimi akurat przed tym, gdy matka zapisała mnie do tej poronionej szkoły? Niedługo potem umarła, a mnie zgarnęło Akatsuki. Tyle się do nich nie odzywałem, ani razu podczas tamtego zasranego roku szkolnego… Zakryłem twarz dłońmi.
„Pewnie myślą, że nie żyję. Akatsuchi, Kurotsuchi… pamiętacie mnie jeszcze? Tu jestem!”
Nagle usłyszałem makabryczny krzyk, który od razu sprowadził mnie na ziemię. Potrząsnąłem głową, by się bardziej otrząsnąć. Cholera! Nie jestem tu po to, by rozmyślać!
Ruszyłem wkurzony przed siebie, zastanawiając się, skąd pochodził ten krzyk. Wydawało mi się, że była to kobieta. Eh, pewnie te wspomnienia naszły mnie tylko dlatego, że ten umarlak mieszkał tam, gdzie ja…
I tu znalazłem kolejną osobę. Nie byłą z mojej wioski co prawda, ale również znajdowała się na liście. Dziewczyna, która właśnie skonała na moich oczach. Rany miała te same, co tamten koleś.
W tym momencie poczułem, jak ogarnia mnie stres. Zacząłem się nerwowo rozglądać na wszystkie strony.
- Gdzie jesteś?! – Wydarłem się – Pokaż się! Już!
- Jezu, Deidara, nie drzyj japy – Usłyszałem znajomy, znudzony głos i spojrzałem w kierunku jego źródła. Zza świerków wyszedł Sasori, a widząc mnie, stojącego nad ciałem martwej dziewczyny, uniósł do góry brwi – Wow… To Hidan tak ją urządził? Przecież nie mieliśmy ich zabijać…
- To… To nie Hidan, mistrzu – Wyjąkałem – To… Ktoś inny.
- Jak „ktoś inny”? – Prychnął czerwono włosy – Przecież tylko on używa tej popapranej techniki.
- Rozmawiałem przed chwilą z jednym kolesiem z naszej listy – Odparłem – Był urządzony tak samo jak ta tutaj, ale jeszcze miałem okazję go przesłuchać. Był on ze Skały, tak jak ja. Zarzekł on dwa razy , że osoba, która mu to zrobiła, nie nosi płaszcza i… I że wie, kim jestem.
- Zakładam, że ten idiota znowu zdjął odzienie i świeci klatą oślepiając wszystko, co się rusza – Stwierdził lalkarz – Jak go spotkam to będę dobrym starszym kolegą i pouczę go delikatnie jak ma nosić się osoba z Akatsuki podczas misji… Eh, nieważne. Zapytałeś go chociaż, czy nosił ten śmieszny wisiorek?
- Nie, o to nie zapytałem – Przyznałem.
- No to w takim razie za wcześnie na wyciąganie wniosków – Mruknął marionetkarz, ruszając w miejsce, w którym niedawno byłem. Podążyłem za nim.
- Mistrzu, a widziałeś może inne ofiary? – Chciałem wiedzieć.
- Nie, jak na razie na nikogo się nie natknąłem, prócz dziewczyny, którą obaj widzieliśmy – Powiedział mężczyzna – Masz więc do nich szczęście, dlatego będę ci towarzyszył.
- Ciekawe czy tamci kogoś znaleźli – Spojrzałem w niebo.
- Też mnie to ciekawi, tymczasem proponuję, byśmy pozbierali ciała, mogą się przydać – Polecił marionetkarz. Tak też zrobiliśmy. On wziął dziewczynę, ja zaś chłopaka, z którym gadałem.
Wróciliśmy się do punktu, w którym rozstaliśmy się wcześniej z naszymi kolegami, po czym ułożyliśmy ciała obok siebie.
Po jakiś paru minutach wrócił do nas Kakuzu z kolejną , martwą ofiarą, którą rzucił niedbale obok pozostałych ciał.
- Dobra, gdzie jest Hidan? – Zapytał jakby samego siebie – Widzę, że trójkę potencjalnych członków mamy już po za zasięgiem. Została nam piątka.
- Nie wydaje ci się to niepokojące? – Zwrócił się do niego czerwono włosy – Wygląda to tak, jakby los sobie z nas zadrwił. Martwi mnie ten obrót spraw.
- Mnie również – Stwierdził poważnie brązowowłosy – Coś jest ewidentnie nie tak.
- Potwierdzam – Włączyłem się do rozmowy – Ciało, które przyniosłeś, jest rozerwane tak, że trudno je rozpoznać. Wygląda to na sprawkę wybuchu.
- Dlatego chciałem się ciebie zapytać, czy masz coś z tym wspólnego – Powiedział kasiarz, świdrując mnie wzrokiem.
- Absolutnie, byłem gdzie indziej i jeszcze ani razu nie sięgnąłem po moje bomby – Zaprzeczyłem.
- Hmm, a to, kogo wy przyprowadziliście – Ciemnoskóry spojrzał na ludzi, których przyniosłem wraz z moim partnerem – To sprawka Hidana?
- Wiesz co, teraz już nie wiem… - Wymamrotał marionetkarz, po czym zwrócił się do mnie – Możliwe, że możesz mieć rację…
- Rację? Z czym? – Zainteresował się zielonooki. Dwójka mężczyzn popatrzyła na mnie z uwagą.
- Możliwe, że istnieje jeszcze inna osoba o technice takiej samej jak Hidan – Wysunąłem swoją teorię – A skoro ciało, jakie przyniósł Kakuzu wygląda tak, jakby było załatwione przeze mnie to… Jest jeszcze ktoś o moich zdolnościach.
- Kurwa mać – Zaklął kasiarz i ruszył w kierunki obranym przez jego towarzysza, poszliśmy za nim – Chodźcie, musimy znaleźć Hidana i natychmiast się stąd wycofać, wyjaśnić sytuację liderowi. Coś mi tu wyjątkowo źle pachnie.
Zgadzałem się z tym w zupełności, tym bardziej że mowa była tu o moich wybuchowych technikach.
Wszyscy prócz mnie shinobi, którzy posługiwali się sztuką wybuchu, już nie żyją. A był to między innymi mój ojciec oraz kolega z Korpusu Eksplozji, do którego należałem, pan Gari***. Mój daleki krewny.
Nie ma innych osób, które to umieją! To zakazana technika jak i moje kek kei genkai. Jestem jedynym żyjącym użytkownikiem! A Hidan? To jedyna znana mi osoba, która wyznaje religię Jashina, większość ludzi z jego wioski nie była nią nawet zainteresowana! To jakiś absurd…
Nie wiem, ile czasu zajęło nam szukanie naszego kolegi, ale dla mnie wydawało się to wiecznością. Mimo jego nieśmiertelności, martwiłem się o niego. Czułem, że coś jest nie tak. Wiedziałem też, że to nie on jest sprawcą tych wszystkich morderstw, nawet jeśli bardzo by chciał złożyć sobie kogoś w ofierze, to na pewno nie poświęcił nowego członka Akatsuki… Może to idiota, ale nie aż taki.
- Tam jest – Usłyszałem głos lalkarza i natychmiast spojrzałem we wskazany przez niego szlag.
Na jego końcu znajdował się mój kumpel, wpatrujący się w coś tępo.
Tak mnie to ucieszyło, że jak ten debil, od razu do niego podleciałem, niemal rzucając mu się na szyję.
- Nic ci nie jest! – Wydarłem się – Ale zajebiście!
- Puszczaj, pojebie! – Siwowłosy natychmiast mnie od siebie odsunął i popatrzył mi mocno zirytowany w twarz, na co mnie zatkało – Lepiej spójrz tu…
Skinął głową w lewo, od razu przeniosłem tam wzrok… I o mało nie krzyknąłem z zaskoczenia.
Na drzewie wisiała powieszona za ręce Shikiomi Nakano, cała we krwi, obrysowana symbolami Jashina.
W tym momencie dotarli do nas pozostali koledzy.
- To nie ty? – Chciał wiedzieć ciemnoskóry.
- Nie, nie ja – Odrzekł błyskawicznie fioletowooki – Ja rysuję symbol Jashina bardzo dokładnie, koło jest idealnie okrągłe, a tu jest jakiś owal… To nie moje dzieło.
- Istotnie – Bankier zmarszczył brwi – Teraz jak tak sobie przypominam te twoje śmieszne rytuały, to w porównaniu z tym, co tutaj jest, różnica w okręgu jest ogromna.
- Czyli na sto procent nie jest to Hidan? – Upewnił się czerwono włosy.
- Tak, to podróbka, jak nic – Stwierdził bankier, po czym przejechał wzrokiem po nas wszystkich – Wracamy do Deszczu.
***
Po przybyciu na nasz teren natychmiast stawiliśmy się w gabinecie Paina, który pierw spojrzał na nas z pozytywnym zaskoczeniem mówiącym „tak szybko załatwiliście sprawę?”, po czym jego wzrok zmienił się na pochmurny, gdy zobaczył, że jesteśmy z niczym.
Ja i Hidan milczeliśmy, podczas gdy nas partnerzy relacjonowali cały przebieg wydarzeń. Gdy mówili, dowódca ani razu nie opuścił brwi, cały czas miał je w górze.
- Czyli mam rozumieć, że została nam już tylko czwórka wytypowanych? – Wyjąkał, gdy skończyli swój wywód.
- Przykro nam, naprawdę nie wiemy, co się tam wydarzyło – Powiedział w końcu Sasori – Sprawców również nie znaleźliśmy.
- Hmm… - Rudowłosy odchylił się na krześle, po czym spojrzał na mnie i jashinistę – Czy… znacie osoby, które posługują się waszymi technikami?
- Wszystkie, o których mam pojęcie, już nie żyją – Odrzekłem – Był to mój ojciec oraz kolega, a raczej daleki krewny. Umiejętności eksplozji należą do mojej rodziny.
- I nikogo z niej już nie masz? – Chciał wiedzieć kolczykowany.
- Mam stryjka, kuzynów i kuzynkę, ale to cywile – Mruknąłem – Żyją oni zaledwie na granicy wioski Skały, nie mam też z nimi zbyt mocnych więzi. Właściwie to żadnych.
- Rozumiem. A ty, Hidan? – Zwrócił się lider do mojego kumpla – Masz kogoś z rodziny, znajomych, kto praktykuje tę samą religię co ty?
- Nie, tylko ja to robię – Odpowiedział siwowłosy – Moja rodzina w prawdzie żyje, ale posługują się innymi umiejętnościami w walce. Są to ojciec i dziadek, moja czternastoletnia siostra to cywil. Na sto procent.
- Skąd ta pewność? – Zainteresował się dowódca. Zresztą nie tylko on, ja oraz dwaj pozostali przysłuchujący się również – Skąd wiesz, że twoja mała siostrzyczka nie podjęła się nauki w akademii ninja, bądź z niej już nie wyszła?
- No bo… - Jashinista zawahał się na moment – No bo w mojej rodzinie kobiety nigdy nie pałały się tym zajęciem.
- Dobrze, w takim razie możecie się wszyscy rozejść. Za dwa dni wyruszacie w teren w poszukiwaniu kolejnych osób, obecnie daję wam czas na odpoczynek.
Wyszliśmy.
***
Był już wieczór. Stałem wraz z moim kumplem przy dekoracyjnym bajorku, oparci o barierkę, wpatrując się w kolorowe rybki, Nieopodal nas siedzieli nasi partnerzy, dyskutując o dzisiejszym zajściu.
Spojrzałem kątem oka na Hidana. Od czasu rozmowy w gabinecie siedział zdołowany i zamyślony, zupełnie tak, jak wtedy gdy ukrywał się z uczuciami do Konan, na którą jakoś przez cały (ku jej i mojemu zaskoczeniu) dzień nie zwracał uwagi. Szturchnąłem go łokciem w ramię.
- Co jest? – Zapytałem – Nie masz nastroju?
- Nic, jakoś… - Mój rozmówca przeczesał włosy – Mam dziś… Dzień wspomnień. Nie mogę się od nich opędzić. Cały czas myślę o mojej rodzinie.
- Spoko, też tak czasami mam – Mruknąłem, spoglądając w rozgwieżdżone niebo – Ja miałem przebłysk wspomnień związanych z moją byłą drużyną. O rodzinie prawie w ogóle nie myślę.
- Bo masz łatwiej – Powiedział fioletowooki – U Ciebie żyją tylko nic nieznaczący krewni, których ledwo co znasz, a u mnie? Kurwa, co bym dał, by zobaczyć się z ojcem i siostrą.
- A co z dziadkiem? – Chciałem wiedzieć.
- A weź mi nawet o tym durnym staruchu nie wspominaj – Prychnął, na co wybałuszyłem oczy – Obrzydliwy, spróchniały zboczeniec.
Popatrzyłem ukradkiem na naszych kolegów i zniżyłem głos.
- Zrobił ci jakąś krzywdę? – Szepnąłem – Zgwałcił czy…?
- Na Jashina, nie! – Jęknął siwowłosy – Na szczęście nie, nie kręcili go nieletni. To… Coś innego. Podobnego. Może kiedyś ci powiem, mam nadzieję jednak, że mnie przez to nie znienawidzisz.
- Miałbym nienawidzić cię za to, co zrobił twój dziadek? – Zmarszczyłem brwi – Sorry, ale jakoś mi się to kupy dupy nie trzyma…
- Nieważne – Mój rozmówca machnął ręką, odrywając się od barierki – Idę spać, cześć!
Patrzyłem na niego z zaskoczeniem. Była dopiero dwudziesta pierwsza…
- Te, co go ugryzło? – Zapytał Kakuzu, stając przy mnie – Znowu płacze, że nie ma szans u Konan?
- O dziwo, nie – Odparłem – I muszę przyznać, że z dnia na dzień coraz bardziej mnie zaskakuje.
- Nie dziwię się – Włączył się Sasori.
Przez chwilę milczeliśmy we troje, patrząc za odchodzącym kolegą. Naszła mnie wtedy straszna myśl, że mimo tego, iż się przyjaźnimy… To tak naprawdę nie wiem o nim nic. Nawet, jeśli czytam z niego jak z otwartej księgi, zawsze wiem, kiedy jest coś nie tak, to… Serio, nie znam go tak dobrze, jak myślałem. W końcu wiem tylko o jego podbojach miłosnych (czytaj: seks), związkach i jego religii. I nic więcej, nigdy nie wspominał o swojej przeszłości czy dzieciństwie. Wiem tylko o członkach jego rodziny… Że z wyjątkiem jego matki większość z nich żyje… I nic po za tym.
Westchnąłem, zastanawiając się, czy iść do niego, czy go zostawić? Eh, może jednak dam mu spokój, widać, że tym razem tego potrzebuje.
Ponownie oparłem się o barierkę, przyglądając się rybkom.
- Co za szalony dzień – Mruknął brunet, podchodząc do mnie – Nie dość, że poszedłeś do naszego więźnia, jacyś ludzie o podobnych do twoich i tego pajaca zdolnościach wybiła nam połowę poszukiwanych, to na koniec Hidanek się obraził.
- To nie tak – Sprostowałem – Myślę, że zasmucił się czymś związanym z jego rodziną. Właśnie gadaliśmy o tym, że mieliśmy dzień wspomnień. Ja myślałem o mojej drużynie, jak się miewają, zaś on tęskni za rodziną.
- To chyba dobrze z jednej strony, że u mnie nikt nie żyje – Rzucił lekko ciemnoskóry – Moi rodzice od ponad stu lat gryzą piach, nie lepiej jest z moją żoną i córką. Śmierć zabrała je jakieś sześćdziesiąt lat temu.
- Ty… Miałeś żonę i córkę? – Wydukał zaskoczony lalkarz, ja zaś myślałem że gały wyjdą mi z orbit.
- A coście tacy zdziwieni? – Ubawił się kasiarz, po czym zwrócił się do mnie – Deidara, zamknij usta, bo wyglądasz jak ryba.
- Eh… Sorry – Wymamrotałem – A… co się z nimi stało?
- Zachorowały na zapalenie płuc, w tamtych latach była to częsta przypadłość – Odrzekł zielonooki – Miałem wtedy jakieś 31 lat, żona również. Ale to córka zmarła pierwsza. Miała jedenaście lat.
- To smutne - Szepnąłem – Naprawdę mi przykro…
- Eh, nie przesadzaj, już mi przeszło – Stwierdził bankier, co wziąłem jako oczywiste kłamstwo. Wolałem jednak mu nic nie zarzucać, gdyż spór z nim nie należy do najmądrzejszych rzeczy. Ostatecznie to on by wygrał.
Postanowiłem więc zmienić temat na jakiś inny. Nie było to ważnego, same pierdółki. Rozstaliśmy się dopiero po powrocie do kryjówki o godzinie dwudziestej trzeciej, gdzie każdy poszedł na inne piętro do swojego pokoju.
Siedziałem obecnie przy swoim dużym oknie w pokoju, skulony na materacu, przy zgaszonym świetle. Gapiłem się w gwiazdy, na które miałem doskonały widok.
Miałem doła, strasznego doła. Zdałem sobie sprawę, że w tej organizacji nic nie jest już tak beztroskie, jak było wcześniej. Koniec z niańczeniem dzieci czy paradowaniem w sukience. Od teraz coraz częściej będę oglądał śmierć winnych bądź niewinnych ludzi. I co gorsza, muszę zacząć sobie wyrabiać maskę skurwiela.
Usłyszałem pukanie do drzwi, na które zwlokłem się z materaca.
- Proszę – Zawołałem obojętnie i lekko rozszerzyłem oczy (one mi chyba dziś wypadną), gdy zobaczyłem Itachiego, wsuwającego się cicho do mojej twierdzy – Coś… się stało?
- Upuściłeś – Wystawił przede mną rękę i otworzywszy pięść, pokazał mi naszyjnik z krzyżykiem, który dostałem na dziesiąte urodziny.
- O kurde, zgubiłem go? – Zapytałem zaskoczony, macając się po kieszeniach jak idiota, po czym chwyciłem zgubę.
- Chyba jest dla ciebie ważny, co? – Zapytał czarnowłosy, unosząc do góry brew. Zaczerwieniłem się.
- Tak, to prawda – Przyznałem – Dostałem go… Od pewnej osoby. Dzięki ci, serio.
- Nie ma sprawy, aczkolwiek nigdy nie zrozumiem osób, które przywiązują się do rzeczy materialnych – Mruknął – Dobranoc.
Dopiero gdy to powiedział, zauważyłem, że trzyma w drugiej ręce zrolowaną gazetę, którą czytałem jakiś czas temu. Była w niej zawarta informacja o jego „narzeczonej”, o co jeszcze go nie zapytałem.
Postanowiłem więc wykorzystać okazję.
- Itachi – Powiedziałem, zatrzymując go w połowie drogi do wyjścia. Odwrócił się do mnie twarzą.
- Tak? – Zapytał nieco ironicznie, czemu się w sumie nie dziwię. Drugi raz już go próbuję zatrzymać, przy pierwszym zaś podejściu nie wiedziałem, czego chcę, teraz jednak wiem.
- Chciałem cię zapytać… - Wymamrotałem – O dziewczynę… Z tej gazety.
- Dziewczynę? – Uchiha uniósł brwi, patrząc na tygodnik, przy czym przewracał kartki.
- Tak, byłeś tu opisany w artykule – Powiedziałem, na co ten przestał wertować- I tam było wspomniane coś… O twojej narzeczonej.
Zamilkł na moment. Ja też nic nie mówiłem, tylko patrzyłem się na niego w napięciu. Miałem wrażenie, jakby te chwile trwały wieczność… Po której jak gdyby nigdy nic po prostu odwrócił się i zaczął iść do drzwi.
- Nie powiesz mi nic? – Zapytałem z irytacją.
- To nie twoja sprawa – Padła krótka odpowiedź. Zostałem znów sam. Padłem wściekle na łóżko i tak zasnąłem w ubraniu.
„Nie zostawię tak tego” pomyślałem jeszcze, zanim odszedłem do krainy snów.
****
Obudziłem się około dziewiątej, nie wstawałem jeszcze jednak. Chciałem poleżeć do dziesiątej, mają nadzieję, że uda mi się jeszcze zasnąć. Na próżno, organizm był aż nadto wypoczęty.
Obróciłem się leniwie na bok, myśląc nad tym, co wydarzyło się wczoraj, oraz o tym, co mi się śniło. Były to… Wspomnienia z kraju Skały. Czemu one mnie tak nachodzą? I czemu widziałem moją matkę oraz ojca… W sumie to głównie jego, moja rodzicielka była tam tylko na chwilę.
Cały sen polegał głównie na tym, że z nim rozmawiałem. Normalnie, jak na ludzi przystało. Nie bił, nie krzyczał… Byłem w szoku, ale oczywiście jak się śni, to często nie panujemy wtedy nad scenariuszem i coś, czemu powinniśmy się dziwić nagle staje się normalne. W każdym razie… w tej dyskusji cały czas przewijały się takie słowa jak „rodzina”, „tajemnica”, oraz zdanie „nie jesteś całkiem sam”.
Co to niby miało znaczyć? Bo jeśli to, że mam z krewnych stryjka, ciotkę i kuzynów to nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. I tak ledwo ich wszystkich znam. Są mi nadzwyczaj obojętni, tak samo jak ja dla nich.
Usiadłem na materacu, przeciągając się. Odchyliłem kołdrę i wstałem, posławszy łóżko.
Wyjąłem ciuchy z szafy i ruszyłem do łazienki by wziąć prysznic oraz załatwić wszystkie poranne czynności.
Po jakiś trzydziestu minutach wyszedłem, osuszając włosy ręcznikiem, po czym wyjąłem grzebień i suszarkę. Gdy miałem już pewność, że jestem suchy, spiąłem pasma jak zawsze i opuściłem swój pokój, zamykając go na klucz.
Popatrzyłem jeszcze na drzwi obok mnie i podszedłem do nich, machinalnie czytając wyryty na nich napis „Hidan”. Zapukałem, nie otrzymawszy odpowiedzi. Wzruszyłem więc na to ramionami i po Prostu nacisnąłem klamkę. Zamknięte. Uniosłem brwi i poszedłem w stronę schodów, schodząc po nich. W taki też sposób znalazłem się na parterze, skąd usłyszałem głos swojego kumpla.
Co? Od kiedy on wstaje wcześniej niż ja? Wkroczyłem natychmiast do pomieszczenia, w którym byli prawie wszyscy (prócz liderka, Tobiego i Konan).
- O, śpiąca królewna się obudziła – Skomentował natychmiast jashinista – Trucizna przestała działać, czy znalazła się osoba, która w ogóle zechciała cię pocałować, a co dopiero dotknąć?
Wystawiłem środkowy palec w odpowiedzi. Wyjąłem z chlebaka chleb tostowy i nastawiłem wodę na herbatę. Zacząłem robić sobie śniadanie.
- I co zamierzacie zrobić z tą NIEUDANĄ misją? – Zakpił Kisame, patrząc na Kakuzu i jego partnera – Poddajecie się i dajecie nam za towarzystwo dwójkę naszych artystów, czy dalej się pogrążacie w wykonywaniu tego zadania?
- Paszcza, lamusie – Warknął Hidan – Jeśli myślisz, że tak łatwo zrezygnujemy, to chyba cię matka nie kochała zbyt mocno.
- Otóż to – Mruknął zielonooki – Zajmij się lepiej swoim dupskiem, albo znajdź sobie pannę, bo u nas bliskości nie znajdziesz.
- Do czego pijesz? – Prychnął Hoshigaki.
- Ano do tego, że za bardzo się na nas gapisz – Brązowowłosy uśmiechnął się złośliwie, co zauważyłem po wyrazie jego ust, ukrytych za maską – Wiesz, trochę to podejrzanie…
- Dokładnie – Przytaknął mu mój kumpel – Prawdę mówiąc, obaj wolimy kobiety. Dlatego się dziwię, czego u nas szukasz…
- Ty! Trochę szacunku, gówniarzu! – Krzyknął na niego rybcia – Wiecie co? Jesteście chujami. Obaj.
- Dzięki za komplement – Odrzekł spokojnie zamaskowany, po czym zwrócił oczy na stojącego przy oknie Itachiego, popijającego kawę – A ty młody co? Nie staniesz w obronie kolegi?
Uchiha nic nie powiedział, tylko wzruszył obojętnie ramionami, dopijając ostatni łyk, następnie podszedł do zlewu, myjąc swój kubek. Po skończonej czynności jak gdyby nigdy nic opuścił kuchnię.
Przez jakiś czas patrzyłem na drzwi, którymi wyszedł. Nagle usłyszałem cichy potok przekleństw, popatrzyłem na niebieskoskórego, wstającego gwałtownie ze swojego krzesła, by ruszyć za swoim towarzyszem.
- I tak cały jebany ranek – Dobiegło mnie tuż przy uchu, spojrzałem na znudzonego Sasoriego.
- Długo się już kłócą, mistrzu? – Chciałem wiedzieć.
- Od siódmej jakoś – Odparł czerwono włosy – Tak ich słychać w salonie, że aż trudno mi się było skupić na struganiu marionetek. Pierdolę tworzenie i integrację równocześnie. Chyba zacznę się na nowo zamykać u siebie.
- Chciałeś posiedzieć z innymi? – Zdziwiłem się.
- No chciałem spróbować, ale widocznie to nie ma sensu – Powiedział mój rozmówca – Potrzebuję ciszy i spokoju. A przez myśl tworzenia w towarzystwie chodziło mi głównie o to, by ktoś ze mną był obok, ale przecież ci wszyscy tutaj pięciu minut nie wysiedzą bez gdakania i darcia mordy. I jak tu nie mieć myśli samobójczych ja się pytam…?
- O czym tak szepczecie? – Chciał wiedzieć Hidan, doskakując do nas.
- O tym, w jakim to zoo żyję – Odrzekł kąśliwie lalkarz, wpatrując się w niego znacząco.
- A, to spoko – Rzucił lekko fioletowooki, widocznie nie załapawszy aluzji – Bo już myślałem że znowu na temat sztuki.
- W sumie to o tym – Powiedziałem – Mistrz chciałby mieć towarzystwo, gdy tworzy. I chyba się do tego zgłoszę!
- Ani mi się wasz – Parsknął Akasuna.
- Czemu? – Spojrzałem na niego wzrokiem zbitego psa.
- Zazwyczaj gdy ze mną jesteś, istnieje ogromne ryzyko, że przypałęta się do nas Tobi – Marionetkarz uniósł oczy ku górze – Wiem to z obserwacji. Myślę, że on jest po prostu… Zazdrosny.
- Potwierdzam – Zgodził się natychmiast jashinista – Jego stosunek do blondasa określiłbym jako, hm… „Upośledzone zauroczenie”. On na ciebie leci, ziom.
- Pedał – Skomentował krótko bankier, na co zakrztusiłem się herbatą ze śmiechu… Sam nie wiem, czemu mnie tak to rozśmieszyło. Chwilami jestem naprawdę infantylny…
- Błagam, porozmawiajmy o czym innym – Jęknął Sasori, przeczesując włosy, zgodziliśmy się wszyscy bez wahania – Wiecie… Ta misja, na której byliśmy nie daje mi spokoju. Szczerze mówiąc wybrałbym się na nią choćby nawet teraz. Chcę rozwiązać tę sprawę.
- Ja tak samo, dlatego nigdy nie oddałbym tego zadania w ręce Hoshigakiego i Uchihy – Mruknął Kakuzu – Jak już zacząłem to wolę to skończyć… Myślicie więc, że ktoś mógłby… Podprowadzić wasze zdolności? – Pytanie to oczywiście było do mnie i mojego kumpla.
- To niemożliwe, zwoje z zakazanymi technikami takimi jak moja są zabezpieczone przez straże Tsuchikage – Zaprzeczyłem, unosząc z wyższością głowę – Tylko ja byłem w stanie się tam dostać, nikt inny by tam nie dotarł.
- Moje zdolności mogą nabyć tylko wierni Jashinowi – Siwowłosy podparł podbródek dłonią – Jeśli ktoś ma te techniki co ja, to musiałby przejść na moją religię. Jak dotąd wiernymi byliśmy tylko ja i arcykapłan świątyni, do której chodziłem. Nie sądzę jednak, by to była jego sprawka, bo mimo tego, co potrafił, to nie oddaliłby się od miejsca kultu. To wykluczone.
- Może ktoś inny z mieszkańców twojej wioski również zainteresował się twoim wyznaniem? – Podsunął mu Akasuna.
- Jeśli tak, to pewnie po moim odejściu i po to, by móc się na mnie zemścić i zwyczajnie dojebać – Stwierdził fioletowooki.
- Znałeś w swoim kraju osoby, z którymi szczególnie się nienawidziłeś? – Zapytałem.
- Nie, raczej byliśmy sobie obojętni – Odparł mi siwowłosy – Moje stosunki ograniczały się raczej do rodziny, która była przeciwna mojemu wyznaniu.
- Wszyscy byli przeciwni? – Dociekał Kakuzu – Czy ktoś się jednak jeszcze zafascynował?
- Wszyscy byli na nie – Powiedział twardo Hidan – W nikim nie miałem wsparcia, jeśli chodzi o religię. Widzicie, moja rodzina to bezbożnicy. Większość z tych co umarli jak i tych, co jeszcze żyją to paskudne, gorsze od zwierząt kreatury.
Na tę wypowiedź wszyscy wytrzeszczyliśmy oczy ze zdumienia. Nie wiem jak pozostała przysłuchująca się dwójka, ale ja mam coraz większą ochotę podpytać się mojego przyjaciela o jego krewnych. Co się stało i skąd ten stosunek? Już ja się tak wrogo nie wyrażam o swoim ojcu…
- Ekhem, cóż – Chrząknął skarbnik – W takim razie odpowiedź na to, co się stało jest coraz bardziej skomplikowana, niż nam się wydaje. Nie pozostaje nam w takim razie nic innego, jak dalej szukać Sun Jing partnera do misji.
- Dokładnie, może nie warto przejmować się całą tą sytuacją – Powiedział czerwono włosy tonem zdradzającym wątpliwości we własne słowa.
Nie miałem nic do dodania, dlatego przeprosiłem ich i wyszedłem z pomieszczenia, następnie z budynku. Gdy to zrobiłem, od razu zostałem oblany blaskiem słońca. Odruchowo zasłoniłem oczy i zwyczajnie ruszyłem przed siebie.
Nie wiem, dokąd szedłem, nie patrzyłem na to. Po prostu wiedziałem, że ruch w tym momencie najlepiej mi zrobi. Musiałem się uspokoić, za dużo myśli tułało się po mojej skołowanej głowie, byłem spięty.
Przeszedłem przez mostek, pod którym znajdowało się bajorko z kolorowymi rybkami, minąłem stragany i sklepy, by zaraz spotkać się ze starą wiśnią.
- …Nie masz pojęcia, jak mnie to wkurza! – Usłyszałem znajomy głos, po czym odruchowo schowałem się za jakieś kamienice. Przy drzewku ujrzałem rozmawiających ze sobą Kisame oraz Itachiego.
- To po co w ogóle zaczynasz? – Zapytał spokojnie czarnowłosy, polerując ekwipunek (Kunai’e) – Mówiłem ci, byś nie wszczynał awantur, a dalej to robisz. Serio… Ile ty masz lat?
- Nic nie wszczynam! To oni się ciskają! – Warknął rekin – Zazwyczaj zadaję normalne pytania, a oni…
- Te pytania tylko dodają oliwy do ognia, uwierz mi – Mruknął Uchiha – Doskonale zdaję sobie sprawę, jak bardzo się nie znosicie, oraz jak oni nie trawią mnie, dlatego im nie podpadam. Zaś ty robisz to na każdym kroku. Gdybyś sam ich nie zaczepiał, nie dochodziłoby do takich sytuacji… Wiesz, nie chciałem tego mówić z powodu tego, iż jesteś ode mnie starszy, ale proszę… Dorośnij w końcu.
- Pff – Prychnął mistrz miecza i znowu zaczął wysuwać argumenty mające rzekomo usprawiedliwić jego zachowanie, dlatego wolałem wyłączyć swoje podsłuchiwanie i po prostu odejść, by za dużo nie wiedzieć.
Odwróciłem się więc i zacząłem zmierzać do siedziby, gdy nagle moja twarzy zderzyła się z czymś twardo-miękkim. Odruchowo chwyciłem się za nos, po czym spojrzałem w górę na… Przyglądającego mi się Kisame.
- Ee… - Tylko na ten odgłos zdołałem się zdobyć. U boku niebieskoskórego pojawiła się moja zmora w postaci czarnowłosego.
- A Ty co tu robisz? – Zapytał – Czyżbyś się zgubił?
- Wątpię – Zawyrokował Rybcia – Prędzej podsłuchiwał.
- To nie to… - Wyjąkałem – Ja… Spacerowałem i tak się zamyśliłem, że trafiłem tu przypadkiem i…
-Pewnie przysłali cię twoi przyjaciele – Kisame uśmiechnął się krzywo – Wybacz, ale ci nie wierzę.
W tym momencie chwycił on za obandażowany miecz, który nosił na plecach.
- Przestań- Powiedział stanowczo właściciel sharingana. Widząc, iż to polecenie oderwało ode mnie uwagę psychicznego rekina, natychmiast się oddaliłem, zmierzając w stronę straganów gdzie zmieszałem się z tłumem. Pochodziłem chwilę wśród ludzi, ani razu nie zaszczyciwszy spojrzeniem żadnego stoiska, po czym wyszedłem z tego stada, opierając się o jakiś murek, który jak się okazało, był słynnym, zabudowanym cmentarzem.
Momentalnie zrobiło mi się niedobrze, czułem jak miękną mi nogi, a obraz przed oczami zaczyna wirować. Zacząłem ciężko oddychać i gdy ledwo szedłem, wciąż opierając się o ściany budynku, nie zdawałem sobie sprawy, że podświadomie kieruję się do piwnicy. Schodząc do niej po schodach myślałem, że się autentycznie z nich spierdolę. I tak było, prawie, bo ominąłem ostatni schodek, padając jak długi na ziemię, przez co moja twarz zderzyła się z chropowatą powierzchnią kamiennego podłoża.
- Panie blondynie? – Usłyszałem, ledwo rejestrując że to do mnie. Podniosłem ciężko głowę. Fuu patrzyła na mnie z niepokojem, kurczowo trzymając się prętów. Dwaj strażnicy, którzy stali przy jej celi, natychmiast do mnie podeszli, podnosząc delikatnie.
- Panie Deidara, proszę się trzymać! – Wołali do mnie, co prawie do mnie nie docierało, wszystkie dźwięki były stłumione, a widok stawał się coraz bardziej rozmazany.
- Zostawcie mnie tutaj… - Jęknąłem i straciłem przytomność.
****
Obudziły mnie promienie słońca, oblewające moją twarz, którą przetarłem ręką, nie otwierając oczu i przewróciłem się na bok, było mi dziwnie niewygodnie… Dopiero wtedy dotarło do mnie, że nie jestem u siebie.
Rozwarłem gwałtownie ślepia i gwałtownie usiadłem, co sprawiło że obraz przede mną natychmiast pociemniał. Zakryłem twarz dłońmi, by się uspokoić.
- Powoli – Usłyszałem znajomy głos. Po paru sekundach uniosłem głowę, by spojrzeć na stojących przy moim łóżku Lidera i Konan, którym towarzyszyły również Sun Jing i Qiu Tong. Rozejrzałem się po pomieszczeniu.
- Gdzie ja jestem? – Zapytałem słabo.
- W szpitalu, wczoraj zemdlałeś w godzinach porannych – Wyjaśnił dowódca – Spotkałeś się przedtem z Kisame i Itachim, a potem nie wiedzieć czemu zszedłeś do piwnicy do naszego więźnia… I tam straciłeś przytomność. Pamiętasz?
Patrzyłem na niego z uwagą, rejestrując każde wypowiedziane słowo, a gdy skończył, wytrzeszczyłem gały i poczułem, że zbiera mi się na wymioty, na co odruchowo zakryłem usta.
- Deidara – Niebieskowłosa uklękła przy moim łóżku, spoglądając mi w twarz – Dobrze się czujesz?
- Niezbyt… - Mruknąłem, starając się wyrównać oddech – To… Pamiętam, że poczułem się źle gdy tylko popatrzyłem na cmentarz… Jakoś tak stanęli mi przed oczami wszyscy ci ludzie, którzy umierali przy mnie na misji, w której niedawno brałem udział… Nie mam pojęcia, dlaczego tak się obrzydziłem.
- Deidara… Czy kiedykolwiek widziałeś czyjąś śmierć? – Chciał wiedzieć Pain.
- Tak, mojej matki – Odrzekłem – Ale to trwało chwilę, potem ją ode mnie zabrano. Gdy mój ojciec zginął, mnie przy tym nie było. Zabiłem też kilka osób przez przypadek, ale tak… Nie miałem nigdy kontaktu z umarłymi. Na misji w której dostawało się pieniądze za ciała, też nie miałem z nimi zbytniej styczności. Kakuzu je nosił wraz z Hidanem…
- Rozumiem – Powiedział kolczykowany – Podsumowując, twoje samopoczucie to efekt stresu pourazowego. Pewnie dlatego zrobiło ci się niedobrze na widok cmentarza.
- I to z tego powodu zemdlałeś, to częste objawy – Dodała towarzysząca mu kobieta – Deidara, myślisz, że będziesz w stanie dalej kontynuować tę misję?
Wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia. Co to w ogóle za pytanie? Czy oni chcą mnie… Potraktować ulgowo?
- Ja… - Szepnąłem niemrawo.
- Konan, jak już się coś zaczyna, to się to kończy – Upomniał ją lider – Myślę, że Deidara wkrótce się do tego przyzwyczai. Nie ma co go niańczyć. Każdy z naszych ludzi widział już śmierć i każdy z nich zabijał, nikt się nad sobą z tego powodu nie rozczula.
- Każdy ma inną psychikę – Wykłócała się anielica – Dlatego sugeruję, by Deidarę od tej misji oddele…
- Nie – Przerwałem jej, na co popatrzyła na mnie zaskoczona – Chcę kontynuować to zadanie, bo jak mówił już dowódca, trzeba kończyć to, co się zaczęło. Powiem więcej, ta misja mnie interesuje i nie myślę o jej porzucaniu. Po za tym… Nie chcę być traktowany ulgowo.
- No i to jest odpowiedź, której oczekiwałem – Rzekł z uznaniem dowódca – Doskonale. W takim razie dziś masz jeszcze dzień odpoczynku, zaś jutro po szesnastej wyruszasz w teren z tym samym składem osób, co wcześniej. Chodź, Konan.
Wyszli. Dopiero wtedy dwie, towarzyszące im wcześniej dziewczyny, które stały bez słowa, postanowiły podejść bliżej do „mojego” łóżka.
- No nieźle, coraz bardziej mnie zaskakujesz – Zagaiła Sun Jing – Żeby tak się poświęcać dla znalezienia mi kolegi… Urocze.
- Jesteś w stu procentach pewien, że wykonasz to zadanie? – Upewniła się Qiu Tong.
- Tak, myślę, że dam radę – Odrzekłem, czując, jak ręce odruchowo ściskają materiał kołdry. Tak naprawdę nie wiedziałem, co myśleć. Bo z jednej strony mówiłem prawdę i serio chciałbym dalej brać udział w tym poselstwie, z kolei jednak moja moralność pragnęła bronić się przed tym rękami i nogami. Nie chciała ani widzieć śmierci, ani dopuścić mnie do jej wykonania na kimkolwiek.
Mimo wszystko byłem jeszcze… Taki słaby.
- Elo, ludzie! – Z zamyślenia wyrwał mnie nagły okrzyk Hidana, który postanowił wywarzyć drzwi oddziału kopniakiem. Za nim weszli Kakuzu i Sasori. Siwowłosy doskoczył nagle do mojego łóżka, kładąc na nim… kiełbasę, ogórka, książkę dla dzieci o Teletubisiach i worek z jakimiś tabletkami.
- Co to kurna jest? – Jęknąłem.
- Kiełbasa na samotne wieczory, byś mógł sobie ją dla zaspokojenia wsadzić w dupę – Jashinista zaczął chorą wyliczankę, która mnie totalnie zamurowała – Ogórek masz jako zamiennik, jest większy nawet, a książka o Teletubisiach jest w celu umilenia ci czasu, gdyż wiem że literatury najwyższych lotów to ty nie czytasz, masz w tym ewentualną opcję, by sobie do czegoś zwalić, więc łączysz przyjemne z pożytecznym. A w tym zacnym woreczku masz dragi, które udało mi się skołować od dobrego ziomka Ukona!
Po tym wywodzie szczęka dosłownie opadła mi na podłogę. Nie wiedziałem, czy się śmiać czy płakać. Popatrzyłem na pozostałych. Lalkarz i skarbnik byli wyraźnie zażenowani, zaś dziewczyny w ostrym szoku.
- O kurde, ale faza – Skomentowała czarnowłosa – Ja nie wiem, czy ty ćpasz i dlatego jesteś taki walnięty, czy się taki urodziłeś, ale… No masz u mnie dożywotnie propsy!
- Dzięki! – Wyszczerzył się fioletowooki.
- Ja ci przyniosłem dwie rzadkie książki – Odezwał się bankier – Nie wiem, czy ci się spodobają, jedna jest o tematyce wojennej, druga to kryminał. Na pewno to bardziej wartościowe od tego, co naznosił ci ten idiota.
- Ja zadbałem byś miał co normalnego zjeść – Dodał marionetkarz – Nie mogę patrzeć jak żresz tę papkę w postaci płatków czy czegoś tam, dlatego masz produkty, które ci kupiłem. Oddasz mi za to kasę, jasne?
- Oczywiście… Dzięki – Wydusiłem, zdumiony całkowicie tym, co właśnie usłyszałem. Oni wszyscy… Martwili się o mnie.
- O, przypomniało mi się – Zawołała nagle złotooka – Ja mam dla ciebie leki na odporność i coś na dobry sen. Zjedz to, a poczujesz się lepiej.
- Ja ci nic nie przyniosłam, więc cię tylko przytulę – Powiedziała czarnowłosa, obejmując mnie. W ślad za nią poszła jej partnerka oraz mój kumpel.
- Dziękuję, serio – Szepnąłem, hamując się jak tylko mogłem, by się nie rozbeczeć ze wzruszenia.
- Dobra, zostawmy go na razie samego – Zarządził po jakimś czasie czerwono włosy – Deidara, przyjdziemy po ciebie jutro. Masz więc wykorzystać ten wypoczynek do maksimum.
I wyszli, pozostawiając mnie z własnymi myślami i własnym odbiciem w oknie, na które przeniosłem wzrok. Położyłem się z powrotem na materacu, podłożywszy sobie ręce pod głowę. Dopiero wtedy ogarnąłem, że nasto liku obok łóżka szpitalnego stoi wazon z konwaliami. Pewnie Konan mi je tutaj zostawiła.
Skrzywiłem się lekko. Może wam wyda się to dziwne, ale nie lubię kwiatów. Nie pamiętam, czy już Wam o tym mówiłem, ale jak nie, to teraz wiecie. A czemu tak? Cóż, jak mieszkałem w wiosce Skały to moja matka miała ich bardzo dużo. Często nad nimi siedziała i się nimi zachwycała, często była nimi zaabsorbowana do tego stopnia, że zdarzało się jej o mnie na moment zapomnieć. A koniec końców zawsze coś spieprzyła przy hodowli i roślinki jej więdły. I oto cały powód. Jedynie kwiaty na drzewach wiśni mi odpowiadają. W końcu zajmują się same sobą. Ewentualnie krzaki bzu, je również uwielbiam.
Utkwiłem spojrzenie na suficie i przez moment się w niego wgapiałem. Po chwili jednak postanowiłem wykorzystać czas na zjedzenie czegoś i poczytać książki od Kakuzu. Tak też zrobiłem, zanim jednak zabrałem się za lektury kasiarza, przejrzałem dla rozbawienia książeczkę od Hidana. Głupek. No ale humor to mi poprawił z tym swoim ekwipunkiem, nie powiem.
Dobra, czas zabrać się za coś poważnego.
***
Nie, żeby czytanka od kasiarza była nudna, tego nie powiedziałem, ale… Podczas śledzenia kolejnych wydarzeń w tejże powieści, kompletnie nie zauważyłem, kiedy zmorzył mnie sen, w którym to dalej robiłem to, co na jawie, czyli czytałem. Akcja jednak rozmyła mi się kompletnie, gdy mój mózg przeszedł do innego tematu, w którym idę sobie ulicą i nagle się wywracam.
Wtedy też gwałtownie się obudziłem, dziko wierzgając nogami. Rozwarłem szeroko ślepia, przez co powitał mnie widok kompletnych ciemności w pomieszczeniu, oraz… przyglądającego mi się Itachiego.
- O kurwa… - Wysapałem, czując, jak wali mi serce, sam nie wiem czy spowodowane było to mym „upadkiem” czy faktem, że czarnowłosy gapi się na mnie gdy śpię.
- Nie mam pojęcia, co ci się śniło, ale muszę ci powiedzieć, że mnie nieco wystraszyłeś tym swoim rzucaniem się – Skomentował.
- Co ty tu…- Szepnąłem.
- Ćśś – Mruknął – Przyszedłem tylko sprawdzić, jak się czujesz.
- Ee, spoko – Odparłem – Już mi dużo lepiej…
- To dobrze – Rzekł Uchiha – A swoją drogą… Niezły z ciebie kretyn, by nie poinformować ani mnie ani Kisame o swoim samopoczuciu.
- Uznałem, że to moja sprawa, dlatego wam nie mówiłem – Wzruszyłem ramionami, podnosząc się do pozycji siedzącej – Poradziłbym sobie.
- Tak, przy okazji prawie zabijając się na schodach do piwnicy – Prychnął mężczyzna. Nagle wyraz jego oczu zmienił się na podejrzliwy – Coś za bardzo lubisz tam chodzić. Czyżby ta dziewczyna ci się spodobała?
- Nie, to nie to – Starałem się go uspokoić – Po prostu chcę być miły, no i wydaje się fajna, to wszystko…
- Ah, tak? – Odrzekł i nim się zorientowałem, siedział on już na moim materacu, niebezpiecznie blisko mojej twarzy.
- Co ty… Robisz? – Wydukałem, gdy jego usta znalazły się tuż przy moim uchu.
- Wiesz, że jeśli kłamiesz, to się o tym dowiem? – Zaniżony głos czarnowłosego przeszył moje bębenki, poczułem dreszcze na całym ciele – Pamiętaj, że obserwuję KAŻDY twój ruch. A teraz zapytam cię o to, co chciał wiedzieć Kisame… Podsłuchiwałeś nas?
- Przecież ci mówiłem, że nie – Syknąłem – Nawet nie wiem, czemu wyszedłem z budynku, tym bardziej dlaczego w ogóle kierowałem się w stronę wiśni, w dodatku…
Tu przerwałem, albowiem właściciel sharingana już dawno przestał mnie słuchać. Zamiast tego upodobał sobie składanie pocałunków na mojej szyi. Wstrzymałem powietrze, zaciskając odruchowo dłonie na pościeli, po chwili jednak zdecydowałem się położyć je na jego torsie, by go odepchnąć, ten jednak przetrzymał mnie dość mocno za ramiona, uniemożliwiając mi tym samym pozbycie się go. Cmoknąłem z irytacją, nie uszło to uwadze mojego gościa, który znów spoglądnął mi w twarz.
- Czyżbyś próbował mi się stawiać? – Zapytał uwodzicielsko.
- To nie czas i miejsce na te twoje gierki – Warknąłem – Jesteśmy w wiosce Deszczu, zapomniałeś?!
- No i co z tego? – Wymruczał, zmierzając do moich ust – Dowódca nie patroluje teraz wioski, dlatego mogę robić z tobą co mi się podoba.
- Nigdy nie wiesz, kiedy zdecyduje się na ten krok – Nie dawałem za wygraną, uparcie unikając całowania, włożył mi więc rękę pod bluzkę, masując mój tors, potem moje przyrodzenie, gdy zszedł do spodni – Kurwa… Przestań! – Jęknąłem wysoko zirytowany, gdy ten począł bez pozwolenia przygryzać moją szyję i rytmicznie pieścić mojego członka. Byłem naprawdę nie w nastroju na te jego śmieszne akcje, chciałem go nawet kopnąć, lecz ten powalił mnie plecami na materac. Chwycił mnie za nadgarstki, układając je na wysokości mojej głowy.
- Jesteś dziś strasznie krnąbrny – Skomentował Itachi, lustrując mnie uważnie – Nie żeby mi to przeszkadzało w dobraniu się do ciebie, ale twoje zachowanie niebywale mnie denerwuje.
- Masz natychmiast przestać – Wycedziłem – Wynoś się stąd! Mam jutro misję! Słyszy…?!
Tu nie dokończyłem, bo niespodziewanie dostałem Plaskacza na twarz na tyle mocno, że przekręciła się na drugi bok. Gdy miałem z zaskoczeniem spojrzeć na mężczyznę, ten dość mocno zacisnął kolano na moim pulsującym kroczu, co zmusiło mnie do otworzenia ust, co było moim błędem, bo znienacka umieścił malutki, skórzany pasek pomiędzy moimi zębami. Moja głowa znów opadła na poduszkę, zaś mój partner ponownie przystawił swoje wargi do mojego ucha.
- Możliwe, że nie zdajesz sobie sprawy – Mówił do mnie pozornie spokojnym tonem – Ale właśnie takie teksty zachęcają mnie bardziej do działania. Twoje odmowy w takim charakterze, jaki pokazałeś, to klucz do bycia dla ciebie nieprzyjemnym.
Milczałem (w sumie nie miałem innego wyjścia), patrząc na niego z wściekłością. Mimo uczuć, jakimi go darzę, miałem ochotę go w tamtej chwili zabić. Cały czas starałem się wyrównać niespokojny oddech, gdy ten oblepiał mnie zachłannym spojrzeniem.
- Gdybym był teraz na ciebie wyjątkowo wkurwiony – Kontynuował, w tym samym czasie, ku mojemu zdziwieniu, pozbawiając mnie paska, który przed chwilą umieścił mi na ustach – To bym cię teraz zerżnął tak, że wyzionąłbyś ducha. Dałbym ci w dodatku karę, o której mówiłem ci niedawno. Ale wiesz co? Jeszcze dziś ci odpuszczę. Pamiętaj jednak, że nie mam zamiaru z tego zrezygnować. Dobranoc.
I… Wyszedł, zostawiając mnie leżącego z rozwaloną pościelą i odkrytym do połowy brzuchem. Spojrzałem tępo na swoje nadgarstki, które zacząłem masować i oglądać, by zobaczyć czy nie ma na nich śladów. Na szczęście nic nie zostało.
Nie wiele myśląc, okryłem się kołdrą i zasnąłem, przeklinając tego idiotę, przy okazji starając się stłumić narastające, chore podniecenie, które doskonale dało znać moim spodniom.
***
Mimo tego, co wydarzyło się wczoraj, obudziłem się dość wcześnie, bo o godzinie siódmej.
Przeciągnąłem się i wstałem z łóżka, zdjąłem z niego pościel i złożyłem, kładąc ją na materacu. Zrobiłem sobie jeszcze śniadanie, zjadłem i poszedłem pod szybki prysznic, następnie spakowałem wszystkie swoje rzeczy, jakie miałem (niewiele tego), wziąłem odpis ze szpitala i wyszedłem, kierując się do siedziby.
Tam uderzyła mnie panująca wszędzie cisza. Rozejrzałem się po korytarzu. No tak, o tej porze pewnie większość jeszcze śpi.
Wszedłem więc na górę, by skierować się do swojego pokoju. Tam zostawiłem wszystkie pożyczone/podarowane mi rzeczy przez kolegów. Wyszedłem na korytarz, zacząłem przechadzać się po domu, nie wiedząc, co mam ze sobą zrobić. Przystanąłem przy jednym z wielkich okien. Pogoda dopisywała i dzisiaj, racząc ziemię ślicznym słońcem. Idealne warunki na misje. Westchnąłem, zastanawiając się, czy dam sobie na niej radę. Usiadłem.
A co, jeśli poczuję się na niej gorzej? Gdy zadałem sobie to pytanie, dostrzegłem że moją szyję oplatają czyjeś ręce, zamknąwszy ją w uścisku.
- Zgadnij… Kto to? – Usłyszałem damski, próbujący brzmieć nisko głos, na co zacząłem chichotać. Wtedy ręce mnie puściły, obróciłem głowę by spojrzeć na siedzącą Konan.
- Jak się czujesz? – Zapytała z delikatnym uśmiechem.
- Ah, już lepiej – Odparłem – Zastanawia mnie jednak jak poczuję się na misji, co się na niej stanie.
- Dalej uważam, że powinieneś bardziej przemyśleć tę sprawę – Poradziła kobieta – Twoje samopoczucie po, nazwijmy to, pierwszej części zadania to typowe objawy stresu pourazowego, tak jak mówił Pain. Po takim gwałtownym zerknięciu się ze śmiercią powinieneś odpocząć.
- Konan, ja już zdecydowałem – Podkreśliłem uparcie – Nie chcę porzucać tej misji. Nie zamierzam oddawać jej komuś innemu, chcę znaleźć partnera dla Sun Jing, by jak najszybciej wdrożyła się w naszą organizację.
- Zawsze możemy wysłać ją, zamiast ciebie, by zobaczyć, jak się sprawdzi – Moja rozmówczyni uparcie obstawiała przy swoim – Rozmawiałam o tym z Painem i oboje jesteśmy zgodni, że to dobry sposób na szybkie przeszkolenie jej i przy okazji chrzest. Dlatego właśnie przyszłam z tobą porozmawiać i przedstawić ci do czego doszliśmy.
- Przecież możemy wysłać i ją, nie widzę problemu – Wzruszyłem ramionami.
- Nie, gdy wysyłamy ludzi na misje zawsze jest to parzysta grupa – Powiedziała stanowczo bursztynowo oka – Nie ma opcji na pięcioro osób. Musicie się wzajemnie ochraniać, a piąta osoba będzie zawadzać, gdy będzie sama.
- Ok, rozumiem – Przytaknąłem jej – Tak czy inaczej, nie zamierzam odpuścić.
- Aleś ty nieustępliwy – Uśmiechnęła się krzywo – Sasori musi mieć z tobą jazdy.
- Niekoniecznie – Spojrzałem w sufit – Ale ty też nie dajesz się złamać.
- Owszem, tym razem jednak ci uwierzę – Niebieskowłosa wstała – Mam tylko nadzieję, że nic ci się nie stanie. Nie przychodź z płaczem, jak coś ci na psychice zostanie.
- Zrozumiałem – Teraz to ja się uśmiechnąłem.
- To teraz czas wykorzystać swój ośli opór do rozmowy z rodzicami Sun Jing – Westchnęła Konan.
- Rozmowy? Jakiej rozmowy? – Zaciekawiłem się i również wstałem, by do niej podejść.
- Ah, są niezadowoleni z opcji przyłączenia ich córki do tej organizacji – Mruknęła – Wiadomo, żaden rodzic nie byłby zachwycony, ale oni też nie są święci. W dodatku ona sama nie zamierza ich słuchać, dlatego postanowili przejść się do Paina właśnie i wybić mu z głowy jego pomysł z wzięciem jej pod nasze skrzydła.
- No tak, oby ich przekonał, że nie mają nic do gadania – Zgodziłem się, mimowolnie myśląc o swoich rodzicach. Ciekawe, jak oni by zareagowali na wieść, że tu należę? Pewnie tak samo jak starzy czarnowłosej. Albo i gorzej. Matka to pewnie by w histerię wpadła i natychmiast jej wizja kolorowego świata by zgasła, zaś ojciec spróbowałby na mnie wymusić posłuch batem lub kablem (pasek za słaby). Zaś… Inni, moja drużyna? Odruchowo wyjąłem z koszulki krzyżyk, by na niego popatrzeć. W tym momencie moja rozmówczyni odwróciła się do mnie twarzą.
- Pewnie tak będzie. O, jaki ładny – Zawołała, patrząc na błyskotkę – Co to za naszyjnik?
- Dostałem od kogoś – Odrzekłem wymijająco – Hm, a co myślisz, lider przekona tych ludzi czy nie?
- Jasne, że tak – Stwierdziła pewnie kobieta, po czym popatrzyła na mnie nieodgadnionym wzrokiem, przechylając lekko głowę w bok – Wybacz że pytam, ale czy ty… Masz może dziewczynę?
- S… Skąd ten pomysł? – Wytrzeszczyłem na nią oczy ze zdumienia, natychmiast się rumieniąc – Nie mam! Nawet nie szukam!
- W takim razie – Bursztynowooka podeszła do mnie bliżej, subtelnie przykładając palce do mojej szyi – Skąd ten ślad?
Dotknąłem się we wskazane miejsce i mnie olśniło. Dzisiejsza noc…
- To malinka, zgadza się? – Dopytywała mija rozmówczyni, po czym gwałtownie położyła mi dłonie na barkach – Moje gratulacje! Nasz chłopczyk wreszcie dorósł!
- To nie… To nieprawda! Nie mam nikogo! – Zarzekałem się rozpaczliwie, przeklinając w duchu cholernego Itachiego, będącego autorem tej plamy – To pewnie ugryzienie jakiegoś owada…
- Z ludzkimi zębami? – Niebieskowłosa wykrzywiła ironicznie usta – Nie udawaj… Nie ma się czego wstydzić!
- Ale ja nie… - Zająknąłem się, czerwieniąc się coraz bardziej, przy czym wbiłem wzrok w podłogę.
- Co Tobi właśnie usłyszał?! – Usłyszałem wrzask, na który niemal podskoczyłem. Nim w ogóle zdążyłem się zorientować, co się dzieje, już tkwiłem w niedźwiedzim uścisku chłopkaka w masce – Senpai ma dziewczynę?! Dlaczego senpai ją ma?! Tobi senpaiowi nie wystarcza?! Zdrada! Tobi się czuje zdradzooonyyy!
- Puść mnie… - Wycharczałem, zaś stojąca obok kobieta zaczęła cicho chichotać – Nie mam dziewczyny! Zostaw mnie obesrańcu!
- I jeszcze Tobiego wyzywa! Przemoc w rodzinie! – Tobi zaczął beczeć.
- Jakiej rodzinie?! Popierdoliło ci się w deklu?! – Warknąłem, usiłując wydostać się z przytulenia – Puszczaj, idioto! Słyszysz?!
- Tobi… Myślę, że lepiej będzie, jak się go posłuchasz – Poleciła niebiesko włosa – Drażnienie go może być niebezpieczne.
- Ale Tobi tak mocno kocha senpaia! – Pisnął zamaskowany, uwalniając mnie z objęć, gwałtownie złapałem powietrze – Pani lider nie ma nawet pojęcia, jak bardzo! Dlatego Tobi jest bardzo zazdrosny!
- Rozumiem – Powiedziała rozbawiona anielica – Mimo wszystko lepiej nie przesadzaj.
- Tak jest! – Zasalutował ten debil, gwałtownie przykładając swoją mordę, a raczej twarde okrycie do mojej twarzy, na co złapałem się odruchowo za bolące od tego miejsce – Cmok! Buziaczek!Tobi już leci i proszę Tobiego nie zdradzać!
…I sfrunął po schodach na dół. Przez chwilę patrzyłem z niedowierzaniem na miejsce, w którym zniknął mi z pola widzenia.
- Zjeb – Skomentowałem jadowicie.
- Nie złość się – Powiedziała Konan łagodnie, chwytając mnie przy tym za dłoń – Chcesz iść ze mną do gabinetu sprawdzić, jak tam się ma sprawa z rodzicami Sun Jing?
- Zgoda – Odrzekłem, idąc za nią. Nie miałem i tak nic lepszego do roboty, więc nie narzekałem na tę opcję. Przy okazji zabiję trochę czasu przed misją.
***
Byliśmy już we wspomnianym wcześniej miejscu. Stałem obok niebieskowłosej, przyglądając się znudzonemu liderowi, słuchającego rozhisteryzowanego małżeństwa.
- To jakieś szaleństwo! Nie chcę, by moja córka przynależała do pana organizacji! – Wykrzykiwał mężczyzna o czarnych włosach i skośnych oczach w tym samym kolorze.
- Właśnie! W dodatku jest jeszcze taka młoda! – Wtórowała mu kobieta, również o czarnych włosach. Oczy miała jednak koloru szarego – Zmarnuje sobie życie! Ma przecież całe życie przed sobą, marzenia i…
- Z tego co wiem, jej największym marzeniem było dołączenie do nas – Uciął dowódca, na jego twarzy zagościł grymas rozbawienia – Po za tym pragnę też zaznaczyć, że Sun Jing jest już prawnie osobą dorosłą i odpowiedzialną za swoje czyny. Nie możecie państwo jej ograniczać w drodze, którą sama wybrała. Podkreślam, jest pełnoletnia.
- Ale to… - Walczył jeszcze facet, zaś jego żona momentalnie zamilkła – Proszę nas zrozumieć. Szanujemy zarówno pana jak i tę organizację, tylko że… Nie podoba mi się fakt, aby to Sun Jing miała zapełnić wasze szeregi.
- I tak macie wiele szczęścia – Westchnął kolczykowany – Jako jedyna, będzie miała możliwość kontaktu zarówno z wami, jak i swoją ukochaną. Po za tym… Wy również dla mnie pracowaliście. Pan, jako że pracuje pan w charakterze fotografa i robił potrzebne dla mnie zdjęcia potencjalnych członków Akatsuki, zanim dowiedział się pan do czego mi są potrzebne, zaś pani jako redaktor, gromadziła dane na ich temat.
W tym momencie sprawa nagle się zamknęła, bo parka niechętnie się skrzywiła. To był sygnał, że rozmowa się skończyła i nie ma co dodawać. Sami robili dla Akatsuki, a córce tego zabraniali. Powstrzymałem uśmieszek. Co za hipokryci.
Mimo wszystko rozmawiali dalej z Painem, próbując go na próżno przekonać, zaś ja, wiedząc że się będę już dalej nudził tym kabaretem, przeprosiłem anielicę i wyszedłem.
Będąc na zewnątrz, znów poczułem zalewającą mnie słoneczną falę. Poszedłem w stronę siedziby, a gdy już w niej było, skierowałem się do kuchni, w celu zrobienia sobie kawy.
Tam zastałem Itachiego, stojącego przy zlewie bez koszulki (przewieszonej przez ramię), wycierającego kark ręcznikiem. Gdy tylko mnie zobaczył, uśmiechnął się złośliwie. Prychnąłem i stanowczym krokiem podszedłem do lodówki, z której wyjąłem mleko. Następnie wziąłem czajnik i skierowałem się do wcześniej już wspomnianego zlewu, do którego czarnowłosy utorował mi drogę poprzez usunięcie się. Nastawiłem wodę i zaczęłam wsypywać łyżeczką kawę do kubka.
- Jesteś na mnie zły?- Usłyszałem za sobą figlarny głos mojego kochanka. Zacisnąłem usta i postanowiłem go zignorować, dając mu w ten sposób odpowiedź na jego pytanie. Oparłem się plecami o blat skrzyżowałem ręce na piersi i wzniosłem oczy tak, by spojrzeć na lampę.
- Och, czyżbym miał rację? – Uchiha postanowił się do mnie bardzo blisko przysunąć. Poczułem słodkawy zapach potu, na który zmarszczyłem nos.
- Co tak walisz? – Zapytałem.
- Biegałem. Zaszedłem tu tylko po to, by napić się wody, idę właśnie pod prysznic – Tu zajrzał mi głębiej w oczy – No już, nie złość się bo mi się to udzieli gdy cię nie będzie. Przepraszam! ~
Wytrzeszczyłem oczy z zaskoczenia i już miałem coś powiedzieć, gdy ten podarował mi szybkiego całusa w lekko rozwarte wargi i wyszedł.
Stałem przez chwilę jak kołek, drugim uchem rejestrując, że czajnik elektryczny zakończył już swoją pracę.
Co to kurna miało być? Buzi na zgodę? Od kiedy on tak robi? I czy naprawdę myśli, że kupi mnie czymś takim?
- Kretyn – Syknąłem cicho, mimowolnie oblewając się rumieńcem. Zalałem kawę i wlałem do niej mleka, następnie posłodziłem ją dwoma łyżeczkami cukru i wymieszałem go łyżeczką. Upiłem łyka i się skrzywiłem. Cholera, za mocna mi wyszła. Ale to może i dobrze?
W tym momencie do pomieszczenia wszedł zaspany Hidan, ziewając przy tym.
- O, cześć parówo – Przywitał się, gdy tylko mnie zauważył.
- Elo – Mruknąłem – Jak się spało do wpół do jedenastej?
- O kurwa, już tak późno? – Zdumiał się mój rozmówca, patrząc na zegarek – To ja się muszę natychmiast ogarnąć!
- A, no, ogarnij jak najszybciej – Poleciłem –W końcu o szesnastej wyruszamy.
Sam byłem zdumiony. Aż tak długo gadałem z Konan i tak się zeszło na słuchaniu zażaleń starych Sun Jing (dodam że prócz dialogów, które opisałem, to jeszcze trochę tam usłyszałem i wystałem)?
Aż ciekaw jestem, od której w takim razie biegał mój „chłopak”. No i gdzie jest Kakuzu? Może też wybrał się na poranny trening?
Odpowiedź na drugie pytanie otrzymałem od razu gdy wspomniany mężczyzna do nas dołączył, chwaląc się odbytymi przed umyciem się ćwiczeniami. Podczas gdy ta dwójka przygotowywała sobie śniadanie, postanowiłem też coś jeszcze przegryźć, a przy okazji zrobić prowiant na misję.
- Kolejny przeżyty dzień… Za co? – Usłyszałem znajomy, zrezygnowany głos. W progu kuchni stanął Sasori, ze zmęczeniem opierając głowę o framugę drzwi – A mogłem zostać grabarzem, przynajmniej byłbym bliżej śmierci… Co ja takiego zrobiłem, że jeszcze żyję?
- No nie wiem… Zabiłeś trzeciego Kazekage? – Ubawił się siwowłosy.
- Ten cham był aż tak ważny dla ludzkości? – Jęknął lalkarz, podczas gdy ja zacząłem się zastanawiać dlaczego „cham” – Jak mogłem być tak zjebany? Teraz jestem zarażony życiem, śmierć mnie nie chce…
- W takim razie czemu zrobiłeś sobie ciało wiecznym poprzez zamknięcie w marionetce? – Zapytał bankier.
- Nie wiem, kolego, codziennie zadaję sobie to pytanie – Westchnął czerwono włosy – Boże, za jakie grzechy…
Pomarudził tak jeszcze chwilkę, po czym został wciągnięty przez skarbnika w inny temat. Tymczasem jashinista kręcił się po chacie. A to się pakował, a to myć się szedł… Generalnie już tylko na niego czekaliśmy, a ja zacząłem żałować, że misja jest o tak późnej godzinie. Przecież my zmierzamy do kraju Mgły, a to długa droga!
W końcu jednak fioletowooki wyrobił się na czas, a my wyszliśmy półgodziny przed czasem.Przekraczając mury naszej wioski, spostrzegłem jeszcze przyglądającą się nam dwójkę - Hoshigakiego oraz Uchihę, gdzie ten drugi śledził mnie spojrzeniem do samego końca.
***
Jak się zapewne domyślacie, zarówno kraj Wody jak i Mgły leżą bardzo daleko od Deszczu, dlatego musieliśmy robić co parę godzin postoje, najdłuższe z nich rozciągały się na całe noce, w których to mieliśmy czas na sen. Czasem jednak go skracaliśmy. W ten sposób nasza podróż trwała dłużej niż tego chcieliśmy. Było to straszliwie irytujące i tylko przyspieszało moją tęsknotę za kryjówką, nawet jeśli nie wykonaliśmy jeszcze zadania.
- Ja pierdolę, chcę już wracać… – Jęczał Hidan.
- Chcę do domu… – Dodawałem męczeńsko.
Dwójka naszych partnerów starała się wtedy ignorować nasze marudzenia, poprzez rozmowę między sobą, lub zwyczajnie zbywali nas milczeniem.
Minęliśmy już kraj Trawy, Wodospadu, Cmentarzy Górskich, Dźwięku (tu zachowywaliśmy szczególną ostrożność, zaś ja i mój kumpel wypatrywaliśmy znajomych twarzy – niestety na próżno), aż nie dotarliśmy do kraju Gorących Źródeł, na które Jashinista się skrzywił.
- Cholera, mój dom – Mruknął, rozglądając się z niesmakiem po okolicy. Sam nie byłem zachwycony z przebywania w tym miejscu. W końcu rok temu miałem tu osiemnastkę, na której to odbyłem ni to przyjemną, ni to koszmarną „pogadankę” z Itachim.
- W takim razie będziemy musieli się stąd jak najszybciej wynosić – Skwitował Kakuzu, wyciągając mapkę – Czeka nas podróż przez morze, na szczęście mam dobrego znajomego, który zgodził się udostępnić nam statek.
- Umiesz nim sterować? – Zapytał lalkarz.
- Tak, nauczyłem się w wieku czternastu lat i potem ćwiczyłem – Odrzekł bankier – Wydaje mi się, że z wprawy nie wyszedłem, poradzę sobie.
- No to masz szczęście, ja przez wychowywanie się na pustyni morze zobaczyłem dopiero po dołączeniu do Akatsuki – Czerwonowłosy uśmiechnął się krzywo – Ta organizacja daje więcej plusów niż mi się wydawało.
Jako że ta wymiana zdań mnie zainteresowała, to z pewnością posłuchałbym jej dłużej, gdybym nie dostał rozpędzoną szyszką prosto w łeb.
Obróciłem się by spojrzeć na głupawo wyszczerzoną twarz fioletowookiego.
- No i co tak stoisz pacanie? – Zapytał wesoło i stanowczo za głośno – Bier jakiegoś badyla i graj ze mną w szyszkowego tenisa! XD
Chwyciłem więc jak ten idiota wspomnianą rzecz i zaczęliśmy w siebie rzucać, starając się również unikać strzałów. Muszę powiedzieć, że zabawa była prześwietna, mogłem znów poczuć się jak dzieciak i nie uważałem, by było to jakkolwiek złe. Bawić się zawsze można, prawda?
- Uspokoicie się w końcu?! – Warknął na nas Sasori, na co stanęliśmy w bezruchu jak durnie – Wydawało mi się, że mamy być wyjątkowo ostrożni ze względu na to, iż jest miejsce urodzenia Hidana, mam racje?!
- Eh, racja – Zgodził się Hidan, chwytając się odruchowo za kark.
- Przepraszamy – Powiedziałem, poprawiając kołnierz. Nagle mnie coś tknęło i spojrzałem na swojego kumpla – A właśnie, miałem spytać… Jak robiliśmy moją osiemnastkę to jakoś nie przeszkadzało ci, że jesteśmy w twojej wiosce. Co się teraz zmieniło?
- A to, że w tamtym czasie moja rodzina była po za tym terenem, wyjechali gdzieś – Odrzekł siwowłosy – Często podróżują w maju, a że mamy kwiecień to są marne szanse, by ich tu nie było. Boję się, że kogoś spotkam.
- No tak – Przyznałem – Oby jednak ta podróż odbyła się bez szwanku.
Poszliśmy wszyscy przed siebie, nakładając słomiane kapelusze, w celu zakrycia twarzy. Na nasze szczęście, kraj Gorących Źródeł tego dnia świecił pustkami z powodu ulewy i szarego nieba. Zmoknęliśmy przez to do suchej nitki, ale przynajmniej na nikogo się nie natknęliśmy. Podróż była dosyć długa.
Westchnęliśmy z ulgą, gdy tylko się stamtąd wydostaliśmy i weszliśmy na zapuszczone tereny nieistniejącego już, upadłego kraju Wiru.
- Teraz wystarczy tylko przejść na plażę, tam będzie czekać mój znajomy – Poinformował skarbnik.
- Też ma dupę na brodzie? – Zażartował Hidan z przywróconym na nowo humorem .
- Akurat nie – Odrzekł mu zielonooki, nie dając się wciągnąć w podśmiechujki swojego towarzysza – Ten jest inny. Wbrew pozorom mam wielu znajomych.
- Dowódca mówił, że po dołączeniu do Akatsuki nie można kontaktować się więcej z rodziną – Włączyłem się do rozmowy – A jak to jest z przyjaciółmi, kolegami?
- Też nie można utrzymywać z nimi żadnego kontaktu – Odezwał się Akasuna – Bo zawsze zaistnieje ryzyko, iż taka osoba się wygada i sprzeda ważne informacje o nas. Dlatego tak liderowi zależało, byś nie zadawał się więcej z… Jak miała na imię ta brzydka dziewczyna, którą przyprowadzałeś?
- Nazywałem ją Bazylem – Odparłem – A normalnie nazywała się Zakuro, czasami mówiłem na nią Zuzka.
- Ciekaw jestem czy z Nadią też bym teraz musiał urwać kontakt i czy nasz rudzielec zabroni mi kontaktu, jeśli chciałbym go dalej utrzymywać? – Zamyślił się siwowłosy.
- Raczej nie – Mruknął lalkarz – Nadia mieszka na terenie Deszczu i jest zobowiązana do milczenia. Nie wolno jej nas wydać, bo inaczej przypłaciłaby to życiem.
Szliśmy jakiś czas w milczeniu. Jako, że nie miałem nic specjalnego do roboty, to rozglądałem się po okolicy. Ciekawe, czemu nikt tu już nie mieszka… Postanowiłem więc o to zapytać.
- Ta wioska została zniszczona na wojnie, nie pamiętam już której dokładnie – Rzekł brązowowłosy – Wiem też, że mieszkało tu wiele osób o nazwisku Uzumaki, ocaleni rozleźli się po całym świecie. Ponoć stąd pochodzi technika pieczętowania ognia, czyli tak zwane wybuchowe notki. Myślę, że cię to interesuje.
- No pewnie! – Rozpromieniłem się i spojrzałem na czerwonowłosego – A czy ty coś wiesz więcej na temat tej osady, mistrzu?
- Kakuzu powiedział ci już wszystko, wiem tyle, co on – Mruknął marionetkarz – Jedynie co mogę w tej kwestii dodać, to to, że to siedlisko znajduje się na obrzeżach kraju Liścia, ale to raczej wiecie.
- Czyli obeszliśmy go na około? – Dopowiedział jashinista.
- Tak, dokładnie – Przytaknął mu ciemnoskóry. Znów zapadło milczenie, nie było sensu kontynuować tematu. Swoją drogą, smutne to trochę, gdy jakiś kraj i cała jego tradycja umrze. Aczkolwiek są plusy, teraz każdy może posługiwać się techniką pieczętującą, zaś my… Mamy drogę wolną od ciekawskich mieszkańców. Na plażę dotarliśmy bez większych problemów… I tam doznaliśmy szoku.
Statek był kompletnie rozwalony i niezdolny do użytku, zaś przy klifie ujrzeliśmy faceta z rozbitą o kamień głową. Na jego ciele były oczywiście znajome znaki o kształtach wisiorka mojego kumpla. Martwemu mężczyźnie towarzyszyły inne pozabijane osoby, w których rozpoznałem niedoszłych rekrutów do organizacji.
- Suien! – Krzyknął przerażony Kakuzu i rzucił się w bieg, zatrzymując się znienacka. Ja również zacząłem biec w kierunku zmarłego, jednakże zdecydowałem się do niego dotrzeć – Diedara, nie! Wracaj tutaj!
Nie usłuchałem, leciałem dalej jak na złamanie karku, pomimo tego, że zaczynało mi się robić niedobrze z powodu widoku zwłok oraz zapachu mu towarzyszącego. Musiał tu już trochę leżeć. Gdy tak gnałem, dopiero zdałem sobie sprawę, że wpadłem w pułapkę, albowiem na obojczykach mężczyzny widniała wybuchowa notka, która uruchomiła się gdy byłem wystarczająco blisko. W ostatniej chwili udało mi się odskoczyć i z powrotem stanąć przy moich kolegach.
- Co tu się odkurwiło?! – Wrzasnął mój kumpel, rozglądając się nerwowo na boki.
- A to, że mamy gościa, drodzy panowie – Powiedział spokojnie rudowłosy. Spojrzeliśmy na niego z zaskoczeniem. Zaczął wskazywać palcem na widok przed nami. Odruchowo podążyłem wzrokiem w wytypowany kierunek. Na klifie, nieopodal nas, stała drobna postać, która uważnie się nam przyglądała. Odległość jaka nas od niej dzieliła nie pozwoliła mi na pełne zobaczenie twarzy tej osoby, jedynie co uchwyciłem, to ubiór w postaci fioletowej sukienki. Dziewczyna miała długie włosy, chyba blond, zwinięte w długi kucyk.
Już miałem uruchomić mój celownik optyczny, gdy postać czymś wystrzeliła w moim kierunku, doprowadzając do rozcięcia mojego policzka.
Na ten fakt Kakuzu postanowił działać, dając popis swoich umiejętności w postaci swoich nici rozciągających ręce, by dosięgnąć tę personę. Ta jednak zwinnie uniknęła ataku, skacząc z urwiska na niższy kamień, po czym zgrabnie niczym baletnica wspięła się po kamiennej ścieżce, by stanąć przy brzegu oko w oko z naszą czwórką, nie zwracając zbytniej uwagi na oblewającą jej kostki wodę.
Jak się okazało, była to dziewczynka w wieku trzynastu, czternastu lat. Miała długie, (jednak) białe, wpadające w srebro włosy spięte blado-różową kokardką, różane oczy i porcelanową jak u lalki cerę. Ubrana była w długą, ametystową sukienkę z czarnym rąbkiem na końcu, na ramionach zarzucony czarny, krótki sweterek z długimi rękawami, na nogach czarne rajstopy i pantofelki. Uwierzcie mi na słowo – było to chyba najpiękniejsze dziecko, jakie w życiu widziałem.
Myśl ta jednak została stłumiona przez to, co stało się później, albowiem gówniara w ręku trzymała taką samą kosę co jashinista, z tym, że ostrza były koloru fioletowego.
- Teraz pójdziesz ze mną - Odezwała się nowo-przybyła, patrząc wprost na fioletowookiego.
Na tenże widok oraz wypowiedź wszyscy staliśmy jak wryci. Zerknąłem natychmiast na mojego kumpla, który wydawał się być najbardziej zszokowany.
- A… Ai? – Wyjąkał ledwo. W odpowiedzi dzieciak uniósł kosę przed siebie, liżąc jedno z ostrzy. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że mam ranę na policzku… Czy ona, chce mnie zabić?
Na odpowiedź długo nie musiałem czekać, gdyż Sasori postanowił działać, nasyłając na nastolatkę swoje marionetki, na co ta zaczęła odskakiwać i robić fikołki w celu uniknięcia ataku trucizny, jaka zaszczepiona była w szpikulcach lalek.
- Chodź tu, gnojówo! – Warknął Akasuna, wściekły na nieustannie ruchomy cel.
- Bardzo dobrze, niech sobie pląsa, przynajmniej nie odprawi rytuału! – Zawołał bankier, goniąc za dziewczynką, przy czym cały czas używał swoich przedłużanych kończyn, by móc ją schwytać.
Otrząsnąłem się z osłupienia i również postanowiłem działać, wyjmując z torby glinę. Przywołałem wielkiego kanarka i wzniosłem się na nim ku niebu, tam począłem zrzucał na dzieciaka bomby, których starannie unikała. Co do cholery jest z nią nie tak?!
Popatrzyłem w dół. Hidan dalej stał jak kołek, nie mogąc wyjść z szoku. Zeskoczyłem ze swojego środka transportu i podbiegłem do mojego kumpla.
- Hidan! – Potrząsnąłem jego ramionami – Hidan! Kurwa! Ocknij się!
- To niemożliwe – Mamrotał – Przecież ojciec by jej na to nie pozwolił…
- Nie czas i miejsce czego jej wolno a czego nie! – Irytowałem się – No już! Ogarnij się!
- To nie ona… To nie może być ona – Siwowłosy złapał się za głowę – Moja… Moja siostrzyczka… Moja mała siostrzyczka…
Widząc, że moje gadanie i tak do niego nie dociera, mimowolnie westchnąłem, po czym wymierzyłem mu siarczystego liścia.
Dopiero wtedy mnie zauważył, oczy miał jak pięć złotych.
- Rusz dupę i pomóż nam ją złapać! – Wrzasnąłem na niego, odwracając się na pięcie, by natychmiast ruszyć za moimi kolegami. Obejrzałem się jeszcze, najwidoczniej jashinista wziął sobie do serca moje uderzenie, bo podążył za mną.
***
Jak się okazało, straciliśmy na tę gówniarę niepotrzebnie czas, albowiem koniec końców i tak ją zgubiliśmy.
- No i dupa, nigdzie jej nie ma, a my przedłużyliśmy misję – Podsumował kasiarz, gdy przystanęliśmy by odpocząć – Na dodatek mam spory ubytek czakry.
- To tak samo jak ja – Stwierdził Sasori – Tak właściwie… Skąd wzięło się to dziecko? Hidan, wygląda na to, że ją znasz. Kto To jest?
- Moja młodsza siostra, ma czternaście lat – Westchnął jashinista. Kakuzu spojrzał na niego spod przymrużonych powiek.
- Jeszcze niedawno wykluczyłeś, że to ona może być sprawczynią tych morderstw – Zauważył sucho – Ponoć kobiety w twojej rodzinie nie mogą wykonywać takiego zawodu jak shinobi. Czyli że co? Ukrywasz coś przed nami?
- Pojebało cię? Oczywiście, że nie – Syknął siwowłosy – To wszystko, co powiedziałem to prawda, ale… Nie sądziłem, że zacznie szkolić się u tego samego kapłana co ja… Jestem ciekaw co o tym sądzi mój ojciec i stary dziad… Najprawdopodobniej nie są za szczęśliwi.
- To co? Wracamy do siedziby? – Zapytałem.
- Oszalałeś? Przecież lider by nas zajebał. Nie możemy do niego chodzić po każdym niepowodzeniu – Ochrzanił mnie lalkarz – Weź no przywołaj te swoje smoki czy tam ptaszki, polecimy na nich do kraju Wody.
- Dobry pomysł – Przyznał bankier.
- Wreszcie doceniłeś moją sztukę, mistrzu? – Zachwyciłem się.
- Bynajmniej, po prostu potrzebujemy przebyć morze – Prychnął marionetkarz. Nieco zawiedziony, przywołałem oba kanarki, na które wskoczyliśmy. Postanowiłem więc zająć miejsce obok mojego kumpla, w nadziei, że coś od niego wyciągnę o tej małolacie, jednakże usiadł ze mną nasz skarbnik. Nie narzekałem, w sumie też miałem do niego parę pytań.
Wznieśliśmy się wszyscy w górę. W sumie szkoda, że nie mogliśmy wcześniej skorzystać z tej opcji, ale jak twierdzi mój mistrz, bylibyśmy wtedy bardzo widoczni, dlatego opcja podróży na piechotę opłaca się bardziej, zawsze to mniejsze prawdopodobieństwo, że ktoś zwróci na nas uwagę. Nie mogłem się z tym nie zgodzić, dlatego cieszę się, że chociaż teraz moja sztuka okaże się przydatna. Popatrzyłem na swojego pasażera, który jak zawsze zachowywał spokój. Widocznie nie przeszkadzały mu wysokości, a miałem pewność, że na kimś taka odległość od gruntu zrobi duże wrażenie. Jedyne, co u niego zauważyłem w tym momencie, to smutek. Starannie skrywany. Prawdopodobnie spowodowany śmiercią kolegi bądź przyjaciela, jakim był tamten facet.
- Mogę o coś zapytać? – Zagadałem.
- Pewnie – Powiedział zielonooki.
- Hidan wspominał ci w ogóle kiedyś o swojej siostrze czy ogólnie coś na temat jego rodziny? – Chciałem wiedzieć.
- Nie, wiem tylko tyle co ty – Odparł ciemnoskóry – Że ma siostrę, dziadka, ojca a matka zmarła. Nic więcej nie dodawał, a ja nie czułem potrzeby ciągania go za język. Zresztą… Wydaje mi się że powiedział już wystarczająco.
- A mi nie – Wykrzywiłem usta – Najbardziej zaniepokoił mnie jego stosunek do jego dziadka, wydaje mi się, że coś jest na rzeczy. Zapytałem się go niedawno, czy mu coś zrobił, to mówił, że tak, i może kiedyś mi zdradzi co to, no i że ma nadzieję, że go przez to nie znienawidzę… Domyślasz się, o co mu może chodzić?
- Hm… Daj pomyśleć – Kasiarz zamknął oczy w zamyśleniu, po jakiś dziesięciu minutach znów je otworzył – Eh, wszystkie moje myśli skupiają się na molestowaniu go przez tego starucha, najczęściej to mi przychodzi do głowy, zmuszanie do czegoś jak na przykład kradzieże również. Ale nic po za tym.
- Molestowanie czy gwałt nie wchodzą w grę, już go o to pytałem, to mówił, że nie – Przygryzłem wargę – Ale to o kradzieży jest interesujące… Hm, ewentualnie zmuszanie do porwań, też tak mogło być.
- Wtedy byłoby o tym głośno – Zaznaczył mój rozmówca – A jak wiadomo zbrodnie dokonane przez Hidana opierały się głównie na morderstwach potrzebnych do składania ofiar. Dzięki temu się o nim dowiedzieliśmy.
- No tak – Zgodziłem się, przez chwilę milczeliśmy. W końcu ponownie się odezwałem – A nie jesteś na niego zły?
- Za co? –Zdumiał się Kakuzu – Jest idiotą i mnie często wkurza, to fakt. Ale za co miałbym być na niego zły?
- No… O to co się stało na plaży – Wyszeptałem.
- Czekaj, czy ty mi sugerujesz, że mam obrazić się NA NIEGO za to co zrobiła ta gówniara? – Ubawił się skarbnik – Byłbym wtedy debilem gorszym niż mój partner, więc nie, to nie na niego jestem wściekły, a na jego kochaną siostrzyczkę oraz na siebie, że nie dotarłem tam wcześniej.
- Długo znałeś tego typa? – Zainteresowałem się.
- Wystarczająco, by nazwać go dobrym kolegą – Powiedział brązowowłosy, wyjmując z kieszeni fotografię, zmieniwszy w ten sposób temat – Spójrz, oto nasz kolejny najważniejszy cel. Ten koleś to Kimura Daiki. Przypominam, że to typ, na którym również bardzo zależało liderowi. Tak samo, jak na tamtej dziewczynie.
- Tak, pamiętam jego imię i nazwisko – Mruknąłem, spoglądając na zdjęcie dość przystojnego mężczyzny o ciemno turkusowych włosach i lazurowych oczach – To kandydat do dołączenia do Siedmiu Mistrzów Miecza, nie?
- Zgadza się – Przytaknął bankier, chowając focię – Dlatego walka z nim może być ciężka, musimy być na to gotowi.
- Oczywiście – Zgodziłem się.
***
- Zostawcie mnie! – Wrzeszczał osłabiony i związany już przez Kakuzu „rekrut”, na co kopnąłem go z całej siły w twarz, zaś Hidan schwytał go za włosy, by uderzyć jego głową o twardy grunt i przytrzymać jego głowę.
Podczas gdy chłopak się szarpał i krzyczał, naprzeciw niego uklęknął Sasori.
- Wiesz, że uwolnienie cię przez nas jest niemożliwe – Uświadomił go – I tak cię będziemy gonić, i tak cię znajdziemy. Więc po co ta walka? Przyjmij grzecznie propozycje i dołącz do organizacji, tam ci się nic nie stanie no i kto wie, kto wie… Może nawet zaprzyjaźnisz się z nami?
- Prędzej was powybijam jak psy! – Wycharczał wojowniczo Daiki – Ani mi się śni dołączać do takich zwyrodnialców jak wy!
- Chłopaki – Mruknął Akasuna, na co skarbnik pstryknął palcami, dając tym samym mi i jashiniście sygnał, by lać nieszczęśnika dalej. Chwyciłem więc go za kudły i zderzyłem jego twarz z kolanem, zabolało, jednak jestem pewny, że jego bardziej. Obróciłem go na plecy, na co mój kumpel przystawił mężczyźnie kosę pod szyję.
- To maleństwo oferuje darmową operację plastyczną – Poinformował siwowłosy – Mógłbym ci nim świetnie przerobić twarz, ale wiesz co? Mój but jest lepszy.
Gdy dokończył zdanie, dosłownie rozdeptał biedakowi facjatę, nie zwracając uwagi na jego rozdzierający jazgot. Nie myślcie, że mi się to wszystko podobało, wręcz przeciwnie. Ale niestety takie panują zasady w Akatsuki. Trzeba być zimnym skurwysynem bez względu na to, czy ci się to uśmiecha czy nie.
Fioletowooki chwycił swoje narzędzie w nieco inną stronę i z całej siły przypieprzył kolesiowi w brzuch trzonkiem w żebra. Już miałem na dobre skopać zielonowłosego, jednak uwagę całej czwórki zajął dźwięk wybuchu rozlegającego się w oddali. Wszyscy zwróciliśmy głowy w tamtą stronę, co było naszym błędem, bo nasza ofiara kupiła sobie w ten sposób czas, by zacząć uciekać. Pognaliśmy za nim, ten jednak dostał niespodziewanego zastrzyku energii i zaczął biec szybciej niż wcześniej. W sumie nie dziwiło mnie to zbyt mocno. Ponoć gdy człowiek jest mocno wystraszony, to popierdziela dużo szybciej dzięki adrenalinie.
Ale do cholery – ta szybkość nie była normalna! Ledwo wyrabiałem, grzejąc za tym typem.
- Co on tak zapierdala?! – Wkurzył się Hidan, nie mogąc złapać narzuconego tempa – Jestem kurwa najwolniejszy z całej organizacji! To nie fair! Zaraz zostanę, kurwa, w tyle!
- Trzeba było się mnie słuchać i ćwiczyć z rana a nie spać do nie wiadomo której – Opieprzył go brązowowłosy.
- Ej, ty! Pacanie! Zatrzymaj się! – Z tego wszystkiego aż zacząłem wołać tego patafiana. Zmarszczyłem brwi – Co ja kurde wyprawiam? Słyszeliście? Wołam tę ciotę! To śmieszne!
- Wiemy, później się z ciebie ponabijamy, teraz się skup na gonitwie! – Pouczył mnie czerwono włosy.
Podczas gdy my prawie wypluwaliśmy płuca, Kimura był już kilometry przed nami, nie poddawaliśmy się jednak i dalej zasuwaliśmy. Jak się okazało – na próżno, bo nagle ujrzeliśmy przed sobą ogromny wybuch, na który momentalnie zastygliśmy w bezruchu. Słyszałem szybko bijące serca moich kolegów, zamarliśmy. Coś mi jednak mówiło, by dalej tam iść. Zrobiłem więc krok do przodu, na co lalkarz przytrzymał moje ramię. Spojrzałem na niego pytająco, potem na wybuch… I już wiedziałem mniej więcej, o co chodzi.
Z płomieni wyszedł nam naprzeciw mniej więcej czternasto, piętnastoletni, odziany w czerń chłopak o kruczych włosach i oczach o dwóch różnych kolorach. Prawe było lazurowe, zaś lewe – złote. Nie miałem pojęcia, czy to jakaś technika wzrokowa, czy zwyczajna heterochomia.
Dzieciak stanął w stosownej od nas odległości, po czym uśmiechnął się przenikliwie. Miał wredny wyraz twarzyczki, co od razu rzuciło mi się w oczy. Cała czwórka ustawiła się w gotowości do ataku, chłopiec jednak nie wydawał się być zainteresowany walką, tylko cały czas demonicznie się uśmiechał.
- No, no… Miło cię poznać, Deidara. W końcu się spotykamy – Odezwał się w końcu, a mnie totalnie zamurowało – Pogadałbym z tobą, ale cóż… Nie dzisiaj.
Uformował ze swoich palców odpowiednią pieczęć i… Zniknął. Staliśmy tak wszyscy przez chwilę, w totalnym osłupieniu i niedowierzaniu. Szczególnie że… Ni chuja nie wie, o czym to dziecko mówiło! Tyle pytań mi się zaczęło nasuwać… Kim ono jest, skąd jest… I skąd do cholery zna moje imię?!
****
Cała ta misja dała nam tak w kość, iż przestaliśmy dbać o bezpieczeństwo i drogę do Deszczu przebyliśmy na moich kanarkach, by jak najszybciej się tam dostać.
Gdy już tam byliśmy, zdaliśmy dowódcy na papierze szczegółowy raport o tym, co spowodowało drugie niepowodzenie misji, kogo spotkaliśmy, co się działo, czy dbaliśmy o odpowiednie zachowanie i wiele innych dupereli (w tym moje samopoczucie, by zaoszczędzić na czasie), po czym podpisaliśmy się i całą czwórką udaliśmy się do gabinetu lidera, by wręczyć mu plik złączonych zszywaczem kartek. Rudowłosy wziął nasze wypociny do ręki, uważnie się w nie wczytując, a ja niecierpliwie czekałem na jego odpowiedź. Obok niego stała jego partnerka, która również śledziła każde zdanie. Mina naszego miłośnika percingu nie wyrażała żadnych emocji, po skończonej lekturze jego oczy powędrowały w naszym kierunku.
- Czyli mówicie, że stało się dokładnie to samo, co wcześniej, z tym że teraz natknęliście się na sprawców zamieszania? – Odezwał się.
- Tak i tak jak pisaliśmy, były to dzieci – Odrzekł mu Kakuzu – Wydaje się, że w tym samym wieku.
- Czy współpracowali ze sobą? – Zapytał kolczykowany – Jeśli tak, to wygląda to na jakąś sektę nastolatków usiłujących pokrzyżować plany naszej organizacji.
- Nic nie wiemy o ich współpracy, nie widywaliśmy ich razem – Tym razem głos zabrał lalkarz – Wiemy tylko, że oboje „skasowali” wszystkich naszych kandydatów.
- Nie mogę uwierzyć, że moi ludzie zostali pokonani przez dwójkę dzieciaczków – Pain zakrył twarz dłońmi – To samo z tamtymi ludźmi. Czy naprawdę upadliście tak nisko? I czemu nie widzę ich złapanych?
- Ciężko dało się je schwytać – Tłumaczył się (i nas) brązowowłosy – Po za tym, w tym przypadku u niektórych – Spojrzał wymownie na Hidana – W grę wchodziły inne odczynniki w postaci uczuć.
- Dziewczynka jest twoją siostrą? – Zapytał jashinistę lider, ponownie zaglądając do papierów – Z tego co pamiętam, mówiłeś, że w waszej rodzinie kobiety nie trudziły się zawodem jakim jest bycie shinobi.
- Bo tak było… Widocznie do czasu – Westchnął siwowłosy – Gdy się zjawiła, to spojrzała na mnie i powiedziała, że mnie ze sobą zabierze. Najwidoczniej chodziło jej o nasz dom rodzinny. Wydaje mi się, że szkoliła się na kunoichi po to, by mnie móc znaleźć. I przeszła też na moją religię.
- Czyli jesteś pewien, że to na sto procent ona? – Dociekał rudowłosy.
- Tak, nie ma mowy o pomyłce – Zarzekł się Hidan – Poznałbym ją wszędzie, dlatego długo się nie pokazywała.
- Miałeś może chęć skorzystać z propozycji, jaką ci złożyła? – Odezwała się Konan, która jak dotąd milczała.
- Nie, absolutnie – Zaprzeczył od razu mężczyzna, co niebywale mnie zdziwiło – W prawdzie tęsknię za ojcem i siostrą, ale w życiu nie wróciłbym już do domu.
- Ciekawe, a można wiedzieć czemu? – Zainteresował się kolczykowany. Mnie samego również to intrygowało, w końcu jak już wam mówiłem, nie słyszałem za wiele o jego rodzinie.
- No bo…- Zawahał się jashinista – No bo wtedy musiałbym się ożenić z moją siostrą.
Zamurowało mnie, wszystkich w pomieszczeniu zapewne też. Co jak co, ale takiej odpowiedzi się nie spodziewałem! Nikt nic nie mówił, staliśmy tylko i gapiliśmy się na zażenowanego siwowłosego.
- W naszej rodzinie od pokoleń są aranżowane małżeństwa pomiędzy bratem a siostrą – Objaśnił po chwili – Ja sam… Pochodzę z takiego związku. Może dlatego jestem tak pierdolnięty, heh… - Rozejrzał się niepewnie, spoglądając na mnie bolesnym i przepraszającym wzrokiem – Muszę wyjść, wybaczcie…
Skierował się do wyjścia, opuszczając pokój. Wszyscy wymienili między sobą pełne szoku spojrzenia.
- Niech to, co właśnie usłyszeliśmy zostanie tajemnicą wszystkich tych osób, które aktualnie przebywają w pomieszczeniu – Zarządził Pain – Decyzje, by kto inny się o tym dowiedział, pozostawiamy wyłącznie Hidanowi. Czy to jasne?
Wszyscy równocześnie przytaknęli, dalej nie mogąc wyjść ze zdumienia.
- A wracając do misji… - Westchnął lider – Siostra Hidana zamordowała również znajomego Kakuzu, zgadza się?
- Tak jest – Potwierdził skarbnik – Ogólnie każde z morderstw było do siebie bardzo podobne. Jedne osoby zginęły od rytuału, a inne zostały wysadzone przez osobę, która znała Deidarę.
- Deidara, a czy ty znasz tego chłopca? – Zwrócił się do mnie rudy.
- Nie, nie mam kompletnie pojęcia kto to jest – Odparłem – Nikogo mi nie przypomina. Wiem tylko, że ma oczy o dwóch innych kolorach. Nie wiem jednak, czy to wynik jakiejś techniki wzrokowej czy heterochomia. Krótko go zresztą widzieliśmy, bo się teleportował.
- Wszystko jest możliwe – Mruknął mój rozmówca – W każdym razie, pozostaje nam więc śledzić tę dwójkę. Będę teraz wysyłał Itachiego i Kisame na misję, to samo z Zetsu oraz Tobim. Polecę im patrolować okolicę oraz otrzymywać znaki o jakiejkolwiek obecności tych dzieci czy styczności z nimi. Generalnie wioska Gorących Źródeł będzie uważnie obserwowana. Powiedzcie mi jeszcze, czy zauważyliście u tego chłopca jakąkolwiek opaskę?
- Nie, nie doszukaliśmy się żadnego symbolu na jego ubraniu – Powiedział Akasuna – To samo z dziewczynką, ale po więzi łączącej ją z Hidanem nie trudno się domyśleć, skąd jest.
- To już wiemy – Mruknął dowódca – Dobrze, to teraz nie pozostaje nam nic innego, jak wcielenie w życie planu B, czyli wzięcia w nasze szeregi jednego ze świeżo powstałych, najlepszych chuuninów Deszczu. Pozwalam wam w takim razie odejść. Jak się dowiecie czegoś więcej na temat rodziny Hidana, to mi to zgłoście, on też ma to zrobić.
Skrzywiłem się na tę ostatnią wypowiedź, ale cóż, rozkaz, to rozkaz. Stanęliśmy całą trójką na korytarzu.
- Dobra, to co teraz? – Zapytałem moich towarzyszy – Ja chyba pójdę szukać Hidana…
- Ja do pokoju ulepszać marionetki – Powiedział Sasori.
- A ja się wezmę za czytanie – Dołożył Kakuzu, po chwili zmarszczył brwi – I w ogóle… Muszę przemyśleć kilka spraw.
Skinąłem głową i wtedy każde z nas poszło w swoją stronę. Zgaduję, że te przemyślenia bankiera mają charakter wspominania zmarłego znajomego. A mój mistrz jest wkurzony, że nie udało mu się schwytać gówniarki za pomocą swoich kukiełek.
Wyszedłem z kryjówki, witając się z promieniami słonecznymi. Zakryłem odruchowo oczy dłonią i rozejrzałem się po okolicy. Rodziny z dziećmi świetnie wykorzystywały czas na dworze, ciesząc się pogodą. Nagle moją uwagę przykuł widok zabudowanego cmentarza.
Może wybiorę się odwiedzić Fuu? W sumie dobry pomysł. Natychmiast tam ruszyłem, mijając po drodze siedzących na jakiejś ławce Uchihę z Hoshigakim, którzy uważnie się na mnie gapili. Na ich widok przyspieszyłem kroku i czym prędzej wbiegłem na schody piwnicy, z zaskoczeniem zauważając, iż nikt jej nie pilnuje. Zacząłem schodzić po stopniach, gdy moich uszu dobiegły głosy.
- …I tak to wygląda, musiałem uciec – Usłyszałem i zmarszczyłem brwi. Czy to… Hidan? Stanąłem na palcach i powolutku i zacząłem iść dalej. Rzeczywiście. Rozmawiał on z naszą osadzoną. Czyżby ta przestała się na niego wściekać i zaczęła nawiązywać znajomość.
- O, pan blondyn idzie – Stwierdziła wesoło, na co jashinista obrócił się w popłochu. Strzeliłem sobie z otwartej dłoni w czoło, po czym moje spojrzenie spotkało się z oczami siwowłosego, który był najwidoczniej zirytowany.
- Co, teraz przyszedłeś mi powiedzieć, że mnie nienawidzisz, tak? – Zapytał wkurzony. Wytrzeszczyłem gały.
- Ale o czym ty mówisz? – Zatkało mnie – Dlaczego miałbym cię nienawidzić?
- No, jak to? – Zakpił mój kumpel – Przecież nikt nie zadawałby się z taką patologią! Nie mów mi, że cię to nie razi!
- Razi, owszem – Zgodziłem się – Ale to nie była twoja wina, prawda? Rodziny się nie wybiera… I pewnie tego wszystkiego nie chciałeś, dlatego zdecydowałeś się dołączyć do Akatsuki, nie?
- No… Tak – Wymamrotał zaskoczony fioletowooki – To ty mi… Wierzysz? Wierzysz, że nie jestem AŻ takim zboczeńcem, by żenić się z własną siostrą? Wierzysz, że tego nie chciałem?
- Tak, czemu nie? – Wzruszyłem ramionami, po czym podszedłem do niego, klepiąc go po ramieniu – Ale ty głupi jesteś! Pewnie, że ci wierzę! Sam bym wtedy uciekł…
- Eh, no to kurwa kamień z serca – Westchnął siwowłosy.
- Zastanawia mnie tylko jedna rzecz – Przechyliłem głowę w bok – O co właściwie chodziło z twoim dziadkiem?
- A o to – Przystąpił do wyjaśnień zapytany – Że mój ojciec chciał oszczędzić mi i siostrze małżeństwa i pozwolić, byśmy wybrali sobie kogoś innego. Niestety kochany dziadziuś, jego ojciec, sprowadził go natychmiast do parteru. Wybił mu z głowy ten pomysł i koniec końców ja i Ai tak czy siak mieliśmy stanąć na ślubnym kobiercu. Tak właściwie to jestem z nią praktycznie zaręczony.
- No to nieźle – Skomentowałem – Wybacz, ale ten twój dziadek jest pierdolnięty w mózg.
- Też tak uważam – Zgodził się Hidan – Co więcej, pewnie domyślasz się, że przez spanie z członkami własnej rodziny można nabawić się różnych nieprawidłowości genetycznych. Myślę, że między innymi ten dziad właśnie dlatego się tak zachowuje, jak się zachowuje. No i… Od takich „igraszek” z krewnymi dzieci z kazirodczych związków umierają, mają słabszą odporność, krócej żyją. Prawdopodobnie przez to moja matka nie wytrzymała porodu i zmarła, ale ten tetryk przecież tego nie przyzna. Z tego też powodu przeszedłem na jashinizm. Nie mam zamiaru dać się śmierci, właśnie dlatego jestem tak oddany mojej religii.
- Teraz już wszystko rozumiem – Powiedziałem – Wierzę ci, naprawdę. I nie jestem na ciebie zły, bo nie mam za co.
- Widzisz? Mówiłam, że pan blondyn będzie trzymał twoją stronę i cię zaakceptuje! – Odezwała się nasza więźniarka. Popatrzyłem na nią.
- Tak właściwie… To jestem Deidara – Przedstawiłem się, nagle mnie olśniło – I mam pomysł!
- Pomysł? Jaki pomysł? – Zdziwił się fioletowooki.
- Zaczekajcie – Klasnąłem z zadowoleniem w dłonie i ucieszony wystrzeliłem z tej piwnicy jak z procy, po czym w te pędy zacząłem biec do gabinetu szefuńcia. Wbiegłem na schody i z trzaskiem otworzyłem drzwi jego rezydencji.
- Liderze! – Krzyknąłem, na co on wraz z jego partnerką podskoczyli – Mam już rozwiązanie naszego problemu!
- S… Słucham? – Wydukał lider – O czym ty mówisz?
- Proszę ze mną iść! Ja pokażę! – Zawołałem ochoczo.
- Ale o co chodzi? – Dociekał rudowłosy. Wywróciłem oczami i gwałtownie chwyciłem go za ręce.
- Proszę tylko za mną iść – Nakazałem i spojrzałem na zdumioną niebieskowłosą – Konan! Ty też chodź!
Złapałem kobietę za dłoń i wyprowadziłem obu z budynku, by skierować ich do piwnicy. Na ten widok luzie przystanęli z otwartymi na oścież japami, zszokowani obrazem plebsa ciągnącego gdzieś samego Boga i jego anioła. Normalnie byłbym ciekaw, co sobie o mnie myślą, ale wtedy nie miałem czasu się nad tym zastanawiać.
Zeszliśmy wszyscy do wyżej wspomnianego miejsca. Hidan i Fuu patrzyli na mnie jak na idiotę.
- Liderze! Po co mamy szukać nowych ludzi, skoro rozwiązanie mamy tuż przed nami! – Pisnąłem, wskazując obiema rękami na dziewczynę za kratkami.
- Sugerujesz… Że mamy przyjąć do szeregu kogoś, kogo mieliśmy zabić i kto teoretycznie powinien być już martwy? – Rudowłosy popukał się w czoło – No dobrze… Nawdychałeś się czegoś?
- W sumie to niegłupie – Stwierdziła anielica, na co jej towarzysz wytrzeszczył na nią gały.
- Że co proszę?! – Wykrzyknął.
- Mówię, że to niegłupie – Odrzekła twardo kobieta, po czym zerknęła na zielonowłosą, zwracając się do niej – Zgodziłabyś się na dołączenie do nas w zamian za darowanie ci życia?
- Eee…- Bąknęła zapytana, najwidoczniej sama niedowierzając w to, co właśnie usłyszała – A… Nie ma innej opcji? Nie mogę wrócić do domu?
- Nie, to nie wchodzi w grę – Oświadczyła jej nasza liderka – To co, będziesz dla nas pracować?
- Konan, co ty, kurwa, wyczyniasz?! – Dowódca złapał się za głowę, żałowałem że nie mialem przy sobie popcornu – Jakim prawem o tym decydujesz?!
- Takim, że ja również tu dowodzę – Odparła mu z wyższością jego rozmówczyni. Kąem oka spojrzałem na swojego kumpla, wpatrującego się w niebieskowłosą z zachwytem – Pozwól mi chodź raz podjąć samodzielną decyzję dotyczącą tej organizacji.
Na to Pain zaczął zerkać to na nią, to na byłą mieszkankę Wodospadu, w końcu westchnął z rezygnacją, co prawdopodobnie stanowiło ostateczną zgodę na ten szalony pomysł.
- To co, chcesz żyć tu z nami, czy wybierasz śmierć? – Zwrócił się do zielonowłosej.
- W… Wybieram życie… Z wami – Szepnęła dziewczyna, spuszczając głowę w dół, po jej policzkach nagle spłynęły łzy.
I w ten oto sposób zyskaliśmy nową członkinię. Kilka dni później wraz Sasorim otrzymałem misję wycieczki do kraju Piasku, z którego to mieliśmy zabrać kolejnego jinjuurikiego – Kazekagę Gaarę. Trzymajcie za nas kciuki!
~ C.D.N ~
=================================>
** Bentō - rodzaj posiłku kuchni japońskiej, mający postać pojedynczej porcji na wynos, kupowanej w punktach gastronomicznych lub przygotowywanej w domu. Tradycyjne bentō składa się z ryżu, ryby lub mięsa, a także z pikli i gotowanych warzyw. Posiłek pakowany jest w odpowiednie pudełko. może to być zwykłe plastikowe, produkowane masowo opakowanie, bądź specjalne, wykonane z drewna i lakierowane. Gotowe bentō jest dostępne w wielu miejscach w Japonii, takich jak sklepy spożywcze, stacje kolejowe, stacje benzynowe, kioski, domy towarowe czy specjalne sklepy z bentō.
*** Była taka postać, ale nie był on krewnym Deidary. U mnie jednak nim jest, bo jakoś spodobał mi się ten pomysł :)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz