I oto kolejny rozdział. Pierwszy w tym roku, oby nie ostatni (choć miał być ostatnim w 2020tym) xD Generalnie skupiam się teraz na „Eterze”... Przynajmniej chcę. Bo może być na odwrót jak się wciągnę... Ale to że moja wena działa jak chce to już wiecie xDD
Dla przypomnienia:
Czas akcji: czerwiec, 699r. l.a.t.e… I też trochę
wcześniej – zobaczycie zresztą ;)
==================
Wstałem, otrzepując spodnie. Choć nie miałem ochoty, doskonale wiedziałem, co zamierzam zrobić.
Biegłem przez puste, ciemne ulice, aż wpadłem do jednego z budynków. Tak jak sam mówił, Hajime czekał przy barze. Na dźwięk otwartych drzwi, odwrócił i uśmiechnął się do mnie ciepło, przechodząc do jednego ze stolików.
Podszedłem do niego i przysiadłem naprzeciwko. Nie miałem jeszcze wtedy pojęcia, że będzie to... Początek pewnych zmian.
– Naprawdę cieszę się że przyszedłeś – Powiedział brunet, nie przestając się uśmiechać – Ale przyznam szczerze… Bałem się, że się nie zgodzisz na to spotkanie.
– Nie planowałem przyjść – Odburknąłem, rozglądając się po knajpie. Było w niej wyjątkowo mało ludzi. Właściwie, prócz personelu prócz nas przy barze siedział tylko jakiś stary facet, bardzo zajęty zawartością swojego kieliszka zapewne z wódką. Zacząłem aż zastanawiać się nad tym, który dzisiaj mamy dzień tygodnia. Bo jeśli to piątek, to przecież…
– Wszyscy poszli do tego nowego klubu tanecznego, co dopiero otworzyli – Rzekł Hajime, jakby wychwytując moje myśli. Totalnie zignorował moją wcześniejszą chamską odpowiedź i podał mi kartę, po czym otworzył swoją – To jak, napijesz się ze mną? Proponuję brandy, tak kilka szklaneczek… Stawiam oczywiście.
– Nie chcę – Powiedziałem nieco poirytowany. Emocje wciąż ze mnie nie opadły. W głowie miałem tylko moją potyczkę z Itachim i to, że jeszcze chwilę temu rozważałem czy nie zdezerterować – Nie mam ochoty na alkohol. Powiedz lepiej, po co chciałeś, żebym tu przyszedł?
– Właśnie chciałem rozpocząć temat – Odparł mój rozmówca. W tym momencie do naszego stolika podeszła kelnerka, chcąca zebrać zamówienie – Na pewno się nie napijesz? Sądzę, że najlepsze rozmowy prowadzi się w nieco „innym stanie”. Szczególnie, jeśli mowa o sztuce.
Uniosłem brew.
– O… Sztuce? – Powtórzyłem. Hajime, nie dopytując więcej o
moją chęć wypicia, po prostu złożył zamówienie. Poprosił o butelkę jakiejś
brandy, której nazwy nie znałem (nie orientuję się zresztą w alkoholach) i dwa
kieliszki.
– Oczywiście. A słyszałem, że w tej kwestii jesteś specjalistą – Mruknął, gdy
kobieta ruszyła w stronę baru i znów się uśmiechnął, prezentując białe zęby.
Na wzmiankę o „specjaliście” od razu się speszyłem,
oblewając rumieńcem. Mimowolnie wypiąłem klatkę do przodu. No… Tego się nie
spodziewałem!
– Cóż, hm… Ale… Naprawdę chcesz o tym słuchać? – Upewniłem się, przeczesując
dłonią jeszcze nieco wilgotne włosy. Podczas mojej bieganiny zdążyły troszkę
podeschnąć.
– Gdybym nie chciał, to bym nie pytał – Stwierdził Baniru, nie odrywając ode mnie wzroku – Artyści powinni się wzajemnie inspirować!
– A… Twoja… Ehem, sztuka na czym polega? – Spytałem, zatrzymując rękę w pół gestu, gdy miałem ułożyć ją z powrotem na blacie stolika.
– Głównie fotografia, jak już wspominałem wcześniej a także malarstwo, rysunek – Oznajmił zadowolony.
Westchnąłem ciężko, kładąc łokieć na stole. Podparłem głowę o pięść, kierując wzrok na ścianę z licznymi gryzmołami przypominającymi grafitti. Cała ta knajpa zresztą wyglądała jak miejsce spotkań nastolatków.
– No tak…– Mruknąłem znudzony, mamrocząc pod nosem –
Utrwalanie wieczności… Standard.
Kelnerka wróciła z naszym zamówieniem, by znów się oddalić w swoją stronę.
– No właśnie słyszałem, że twoja wizja sztuki jest inna – Powiedział brunet, otwierając butelkę i nalewając nam do szklaneczek – Chętnie o tym posłucham. Lubię otwierać się na nowe horyzonty. Ludzie lubią wszystko szufladkować, ciężko im się otworzyć na nowe rzeczy. A tak naprawdę sztuka może przybierać różne formy, czyż nie? Jest wolna. To nie tylko obrazy w muzeum.
Znów na niego spojrzałem. Wychylał właśnie swoją szklankę, świdrując mnie wzrokiem. Gdy tylko nasze oczy się spotkały, poczułem dziwny dreszczyk przechodzący wzdłuż kręgosłupa.
– Ja… Tak, masz rację – Odparłem onieśmielony, po czym natychmiast przywróciłem się do porządku, prostując na siedzeniu. Wychyliłem kieliszek – Ale nie każdy to rozumie. Ludzie lubią szufladkować, jak sam…
– Ja chcę zrozumieć – Rzekł, pochylając się w moją stronę, z wyraźnym zainteresowaniem. Rzuciłem szybko okiem na blat, na którym spoczywały nasze dłonie. Były bardzo blisko siebie. Tak blisko, że wystarczyłby milimetr do zetknięcia się naszych palców. Odsunąłem się nieco, uśmiechając pod nosem i ponownie spojrzałem mu w twarz.
„W sumie…” przemknęło mi przez głowę, „Czemu nie?”. Zacząłem mówić, a on mi nie przerywał, do czasu aż nie skończyłem.
*.*.*
.
Irytujący dźwięk bieganiny, krzyków i pikającego głośno alarmu na nocnym stoliku wdarł się do mojej czaszki niczym nieproszony gość, powodując zakończenie równie męczącego snu.
Odruchowo wyciągnąłem rękę, kładąc rękę na budziku, nieprzestającego przypominać mi, że trzeba wstawać. Westchnąłem. Nawet po otwarciu oczu nie widziałem nic prócz wszechogarniającej ciemności. I nie miało znaczenia, która godzina. Nawet, gdybym obudził się w południe gdzie słońce stoi najwyżej, nic bym nie zobaczył.
Wyciągnąłem rękę jeszcze bardziej, by dosięgnąć włącznika światła. Pokój w końcu zalał ciepły blask lampki, a ja zamrugałem machinalnie, chcąc przyzwyczaić oczy. Rozejrzałem się. Wszystko na swoim miejscu, wystrój tak samo minimalistyczny jak zawsze. A przede wszystkim, nic nikt nie ruszał.
Westchnąłem, po czym zwlokłem zwłoki z łóżka, by przejść do swojej łazienki, na której wywieszony był kalendarz niedawno odwrócony na stronie: MAJ, 699 l.a.t.e. Przystanąłem na moment, wykreślając wczorajszy dzień, po czym spojrzałem na dzisiejszą datę. Dokładniej, na czerwony, pogrubiony napis „NOWI”. Ponownie westchnąłem, tym razem z poirytowaniem. No to wszystko jasne, skąd ta wrzawa na korytarzu. Wszedłem do łazienki, by się ogarnąć. Po wzięciu prysznica i umyciu zębów zerknąłem w lustro, co rano zadając sobie na głos to samo pytanie:
– Co ja tu w ogóle robię? – I odpowiedź może nie przychodziła od nikogo werbalnie, lecz w mojej głowie jak na komendę stanął od razu obraz osoby, na której myśl wzdrygałem się z obrzydzenia… I czegoś jeszcze, czego nie potrafiłem zdefiniować. Albo raczej… Do czego wolałem się nie przyznawać, a czego chciałem za wszelką cenę się pozbyć. Potrząsnąłem energicznie głową, by ponownie spojrzeć na swoje odbicie z pogardą. Oczy niezależnie od pory dnia, były tak zmęczone, jakbym przeżył już wiek… A przecież nawet nie skończyłem siedemnastki!
Ponownie przemyłem twarz lodowatą wodą, ubrałem się i wyszedłem z pokoju, upewniając jeszcze, czy drzwi zamknąłem na klucz. Ruszając przed siebie, postanowiłem sobie, iż dziś biorę sobie dzień urlopu od treningu. Tak, dziś niczym się nie denerwuję i dam sobie na luz. RAZ i nigdy więcej. I z tą decyzją aż podniosłem głowę wyżej.
Na korytarzu jak zwykle panował przeciąg. Rozwieszone kinkiety z pochodniami na ścianach nie gasły nawet, gdy obok przebiegali ludzie. Niektórzy się za mną oglądali posyłając pełne wyrzutów spojrzenia, by odwracać się i biec znów w swoją stronę. Przywykłem… Zresztą, nigdy zbytnio nie poświęcałem temu uwagi. Życie zgotowało mi i tak gorsze rzeczy.
Ruszyłem w stronę miejsca, gdzie znajdowała się jadalnia. Wchodząc do niej, znów ściągnąłem na siebie wzrok większości zgromadzonych. Niektórzy nawet przytrzymywali krzesła, jakby w obawie że się do nich przesiądę… Cóż za dziecinada. Jakby miało mi to sprawić jakikolwiek żal, iż spocony tłuścioch, który świdrował mnie świńskimi oczkami, odmawiał mi „zaszczytu” zajęcia miejsca obok niego. „Oj, wielka szkoda… Ja sobie chyba nie poradzę z takim emocjonalnym ciosem! Jak ja teraz będę z tym żył?!”
Rozbawiony nieco swoimi myślami, po prostu przeszedłem do stołu z jedzeniem, by wziąć miskę ryżu z wołowiną i jakimiś warzywami, dwa pomidory i herbatę. Tak wyposażony zacząłem wychodzić z tego chlewu, po drodze zabierając jedną z gazet, która leżała samotnie na pustej ławce.
– Podobno dziś doświadczenie ma być specjalne – Usłyszałem zza stolika z ludźmi, którzy nawet nie spojrzeli na mnie gdy przechodziłem obok – Podsłuchałem, że mają brać w nim udział stażyści…
– No, to faktycznie poważne doświadczenie! – Zadrwił niski, tym razem dziewczęcy głos. Obróciłem się przez ramię. Najwierniejsi z najwierniejszych, ponoć jedni z najsilniejszych i ulubionych… Kidomaru („Kido”), Jirobo, Sakon, Ukon, i Tayuya dyskutowali spokojnie w swoim towarzystwie, nie zadając sobie nawet trudu by ściszyć głos lub żeby podnieść głowę i sprawdzić, czy kto ich nie podsłuchuje. I choć zazwyczaj nie zwracam na nich uwagi i zajmuję się sobą, tak teraz poczułem pewne zainteresowanie.
– Ale posłuchaj! – Ciągnął niezrażony Kidomaru – Skoro szkoleni są nowi lekarze i naukowcy, to na pewno szefuncio szykuje coś grubszego!
– Gdyby tak było, raczej by przypilnował przed wyjściem tej informacji na światło dzienne – Odrzekł sceptycznie Sakon – No i Kabuto…
– Kabuto jest dupą wołową – Weszła mu w słowo Tayuya – Sądzę, że sraki sobie nie potrafi sam dobrze wypolerować, a co dopiero dotrzymać jakiejkolwiek tajemnicy…
– Tayuya…- Jęknął dotąd milczący Jirobo, krztusząc się jedzeniem – Błagam… Słownictwo…
– Czochraj się – Prychnęła dziewczyna w odpowiedzi, po czym zwróciła do reszty kolegów – Skończmy ten temat, dobra?
– Właśnie, mamy ważniejsze rzeczy do omówienia – Poparł ją brat bliźniak Sakona, Ukon.
– Jakie? – Zdumiał się Kido.
– No ta impreza, co ją zaplanowaliśmy! – Odparł z ożywieniem chłopak, odgarniając nieco z czoła niebieskie włosy – Robimy ją czy nie?! Długo się mam prosić?!
Posłuchałem jeszcze trochę, mając minimalną nadzieję na powrót do wcześniejszego tematu. Szybko jednak zrozumiałem, iż nie mam czego tam szukać w momencie, gdy Jirobo na chwilkę podniósł wzrok, spotykając się z moim. Wyszedłem więc jak najszybciej, nie chcąc wdawać się w jakąś męczącą sprzeczkę z jego pozostałymi kumplami i nim się obejrzałem, już byłem u siebie w pokoju.
Westchnąłem z poirytowaniem, stawiając jedzenie na biurku. Przysiadłem przy nim i rozwinąłem wziętą wcześniej gazetę. Jak tylko mam okazję, przeglądam najnowsze numery, by sprawdzić czy aby czegoś o mnie nie piszą… Bo jakby to powiedzieć… W pewnym sensie cieszyłem się niezbyt przychylną sławą przez incydent sprzed trzech lat. Przekartkowałem i przetasowałem pobieżnie wzrokiem wszystkie strony, jednak nic nie zauważyłem na pierwszy rzut oka. Moje nazwisko nie pojawiło się w żadnym nagłówku. Syknąłem niecierpliwie, odwracając gazetę z powrotem na pierwszą stronę, by zacząć wertować od nowa, tym razem wolniej. W między czasie zabrałem się za konsumpcję śniadania. Przyglądałem się uważnie tytułom artykułów. W ten sposób prawie zakrztusiłem się gdy natrafiłem na informację o „Porwaniu Kazekage”, a na zdjęciu uznałem dobrze znaną mi osobę, z którą miałem okazję się zmierzyć… Gaara… No proszę. Czegoż się tu dowiaduję! I jakie znowu porwanie? Eh, w sumie co mnie to obchodzi…
Przewróciłem dwie strony, nie trudząc się na choćby liźnięcie artykułu, trafiając tym samym na następny. Ten wydawał się nie mniej wesoły od poprzedniego: „Gdzie jesteś?”, brzmiał jego tytuł. Po zagłębieniu się w treść można było znaleźć imiona i nazwiska osób, uznawanych za jedne z silniejszych w swoich wioskach. Wielu z nich zniknęło nagle w niewyjaśnionych okolicznościach w dość krótkim od siebie odstępie czasu. Chcąc zająć czymś czas, po prostu zacząłem czytać o każdym z zaginionych i o tym jakie jest to nieprawdopodobne że akurat on lub ona rozpłynęła się od tak bez wieści. Nie wiedząc nawet kiedy, zagłębiłem się w lekturę.
Już prawie kończyłem jeść i czytać, niezbyt przejęty losem tych biedaków, gdy pewne słowo zelektryzowało mnie jak nic innego, przez co tym razem naprawdę prawie bym się udusił…
„…Akatsuki. Chodzą podejrzenia, że ta właśnie organizacja może mieć z tym coś wspólnego. Trzy lata temu dwóch jej członków było widzianych w Osadzie Liścia. Ich imiona…”
Moje oczy znów, tym razem trzeźwiej, zaczęły odczytywać dane osobowe zaginionych, by za wszelką cenę upewnić się czy nie ma wśród nich informacji o Jinjuuriki. Ale… Ale nic nie znalazłem. Nic co mogło mi cokolwiek mówić. Nic, na czym mogło mi zależeć. Zresztą… Czy takie informacje mogą być w ogóle zamieszczane? Przeskoczyłem wzrokiem do imienia i nazwiska znajdującego się wśród członków Akatsuki i incydentu sprzed trzech lat. Moje źrenice na pewno się zwęziły, gdy spojrzałem na jedno z nich…
Dźwięk pukania do drzwi sprawił, że podskoczyłem w miejscu, przez co wyśliznęła mi się gazeta, wpadając do miski dolnym rogiem w ryż. Warknąłem pod nosem coś niezrozumiałego i powlokłem się do wyjścia, szarpiąc gwałtownie za klamkę.
Kabuto stał z uniesioną dłonią zwiniętą w pięść, z której lekko wystawał palec wskazujący. Po jego minie można było stwierdzić, że nie spodziewał się że otworzę tak szybko.
– Czego? – Burknąłem.
– To tak się witasz z Prawą Ręką twojego…- Zaczął biadolić, ale mu przerwałem:
– Możesz mi odpowiedzieć?
Okularnik westchnął ciężko, poprawiwszy szybko binokle
zsuwające się z nosa.
– Pan Orochimaru pyta, kiedy zamierzasz zacząć swój dzisiejszy trening –
Oznajmił, po czym wykrzywił usta – Chyba, że się poddałeś…?
– Jak będę to będę – Odparłem sucho, ignorując jego końcową uwagę – Zresztą, nie potrzebuję go do towarzystwa.
Już miałem zamknąć mu drzwi przed nosem, gdy ten wsunął między nie stopę… Debil chyba jednak zapomniał, że włożył niezbyt twarde kapcie.
– Auu! – Zawył, podskakując w miejscu i łapiąc się za girę. Nie zamierzałem powstrzymywać drwiącego uśmiechu – Nie zapominaj… – Sapał, nadal skacząc – Ile mu zawdzięczasz… Szczeniaku jeden…
Zaraz po tych słowach przestał stąpać z nogi na nogę, odwrócił się i poszedł w swoją stronę, kuśtykając i miotając pod nosem przekleństwa.
Patrzyłem za nim jeszcze chwilkę, po czym ponownie skryłem w swoim sanktuarium, zamykając za sobą wejście. Gdy tylko znów przysiadłem do biurka, odechciało mi się kończyć posiłku. Wyjąłem tylko gazetę z miski, wyrzuciłem resztki i namaczając naczynie wodą, zostawiłem w zlewie. obtarłem papierem róg szmatławca, by rozwinąć go i kontynuując czytanie na zaczętej stronie… Ale wtedy przypomniałem sobie, że przecież dziś odpoczywam. Potrząsnąłem więc głową i bezceremonialnie przewróciłem kartki, lądując na dziale gdzie można było znaleźć tematy takie jak: „skuteczny sposób na usunięcie kamienia z toalety”, „szybki przepis na makaroniki”… Czy co gorsza, literatura erotyczna mająca być ekscytująca dla wszystkich kobiet, tymczasem podniecająca była tylko dla kur domowych. Myślę, że każdy zrozumiałby czemu bez namysłu zdecydowałem się na spojrzenie na tytuł brukowca: „Shuriken”*… No tak. Zapomniałem że ten szmatławiec ma się wpasowywać do każdego. KAŻDEGO. Po artykułach dla starych ciotek natrafiłem na kolorowanki dla dzieci... Co za chory psychol wpadł na pomysł, by informacje o mordercach i zaginięciach łączyć z historyjkami i kolorowankami dla dzieci?
Nie zadając sobie trudu na odpowiedzi na te kretynizmy, po prostu wyciągnąłem się w fotelu, odnajdując dział z krzyżówkami. Gdyby to biurko nie należało do mnie, położyłbym sobie jeszcze na nie nogi, ale musiałem zadowolić się podnóżkiem. Zacząłem rozwiązywać hasła, nie zwracając uwagi na kroki i gadaninę na korytarzu.
„Jesteś słaby. Dlaczego jesteś taki słaby? Cóż, brakuje ci… Nienawiści.” To zdanie wdarło mi się do mózgu zupełnie nagle, aż podskoczyłem i odruchowo zgniotłem trzymaną gazetę, by zaraz agresywnie ją rozwinąć, o mało co nie rozdzierając papieru…
„Uchiha Itachi.”
Zmieniłem zdanie. Wstałem gwałtownie z fotela, łapiąc za pozostawiony przy łóżku miecz.
*.*.*
– Czyż to nie wspaniałe? – Powiedział właściciel dobrze mi już znanego głosu, stojący za mną – Zaszedłeś już bardzo daleko, pokonanie go jest już tylko kwestią czasu.
– Nie – Powiedziałem, chowając miecz do zawieszonego na pasie pokrowca, po czym spojrzałem w przestrzeń, na której rozciągały się ciała znokautowanych przeciwników – Jeszcze nie. Sporo przede mną. Potrzeba tu nadal czegoś więcej.
Mimo że stałem odwrócony tyłem do swojego rozmówcy, dobrze wiedziałem że już otwiera usta by wtrącić raz jeszcze swoje racje, dobrze go w końcu poznałem. Jednak przerwało mu nieoczekiwane pojawienie się osoby trzeciej, doskakującej do nas znikąd.
– Czcigodny Orochimaru – Usłyszałem, na co lekko obróciłem głowę, jednak nie na tyle, by za siebie spojrzeć – Właśnie ukończyłem odczynnik, o którym wcześniej mówiliśmy.
– Ah, jasne – Po głosie wężowatego słychać było, iż lekko się uśmiechnął – Będziesz testował go na Suigetsu, tak?
Na dźwięk tego imienia drgnąłem nieznacznie, czując jak wyostrza mi się słuch. Zdecydowałem się jednak ostrożnie zerknąć przez ramię.
– Tak, wieczorem – Odparł okularnik.
– Kto ma czuwać nad eksperymentem? – Dopytywał Sannin.
– Powierzyłem to zadanie Karin – Powiedział wyraźnie z siebie zadowolony Kabuto – Są teraz we wschodniej kryjówce. Zaraz do kogoś poinformuję by o zmierzchu udał się tam do nich na zwiady…
– Ja pójdę – Wciąłem się natychmiast.
– Och, skądże taka zaskakująca decyzja, Sasuke? – Spytał zdumiony Orochimaru, a jego sługus wpatrzył się we mnie z oczami jak sarna na festiwalu fajerwerków.
– To nic – Powiedziałem obojętnie, odwracając od nich wzrok – Zwyczajnie się nudzę... I tyle.
*.*
Droga do wschodniej kryjówki nie zajęła mi specjalnie długo… Choć nie ukrywam, mogłoby mi pójść szybciej, gdyby okularnik nie zwlekał ze znalezieniem odczynnika, który miałem zanieść Karin.
– Spóźniłeś się – Powiedziała, gdy tylko przekroczyłem próg laboratorium. Za nią stał wielki zbiornik, który od razu przykuł moją uwagę. Zdawał się być pusty.
– Coś mnie zatrzymało. Wybacz, że cię martwiłem – Powiedziałem, wciąż świdrując wzrokiem wodę. Mimo że nic w niej nie było widać, wyraźnie czułem w nim czyjąś obecność.
– W-w-wcale się nie martwiłam! – Zapewniła gorączkowo ruda, machając energicznie rękoma, na co siłą rzeczy przeniosłem na nią wzrok, a ona dodała pod nosem – T-tak w ogóle, mógłbyś się nie zatrzymywać jak już masz coś zrobić…
Udałem że tego nie słyszałem. Sięgnąłem tylko do kieszeni i podałem jej fiolkę.
– Aaa-ach… - Usłyszałem dziwny, jakby przytłumiony głos, dochodzący z zasobnika. Po chwili pojawił się w nim Suigetsu bez ubrań – Czyli teraz zostałeś zwierzakiem Orochimaru jak ta idiotka? Cóż za wst…
Nie dokończył, bo dziewczyna walnęła pięścią w szybę.
– Kogo nazywasz zwierzakiem?! – Fuknęła, po czym poszła w kierunku wyjścia na korytarz– Sasuke, zignoruj tego frajera i chodź za mną. Mam sprawę.
– Sprawę…- Powtórzyłem z westchnieniem tak, żeby nie słyszała, po czym powoli ruszyłem za nią, jednak…
– Sasukeee…- Usłyszałem za sobą jęk, na co się odwróciłem. Suigetsu przyciskał się niemal całym sobą do szyby – Może byś mi jednak… Pomógł się stąd wydostać? Nie cierpię tego miejsca…
Nic nie powiedziałem, tylko czkałem na dalsze słowa. Układałem w głowie co mam mu powiedzieć.
– To bardzo źle działa na mój stan psychiczny… Jeszcze chwila a dostanę pierdolca. Już chyba nie mam piątej klepki, przysięgam… Pooomóóóż...
– Pożyjemy, zobaczymy – Odrzekłem w końcu – Wszystko zależy od tego, jak silny jesteś…
Chłopak cmoknął z niezadowoleniem. Tak, zdaję sobie sprawę, że nie było to w żaden sposób pokrzepiające. Innego wyjścia jednak nie miałem jak tylko spróbować go w jakiś sposób zmotywować… Owszem, planowałem go uwolnić, ale nie opracowałem żadnego dokładnego planu. Nie chciałem zapewniać o niczym przedwcześnie. Nie ma nic gorszego niż złudna nadzieja…
– Idziesz czy nie?! – Usłyszałem wrzask zza korytarza, na co lekko się wzdrygnąłem i od razu wyszedłem. Karin czekała na mnie przy jednej z licznych rzeźb węży, tupiąc niecierpliwie stopą. Na mój widok od razu przestała – Po co z nim w ogóle gadasz?! Nie mów mi, że masz z nim wspólne tematy!
– Jakieś mam… – Mruknąłem obojętnie, wzruszywszy ramionami. Dziewczyna poprawiła nerwowo okulary. Widząc, że teraz sama się wlecze ze swoją „sprawą”, postanowiłem ją nieco przynaglić – No, to czego chciałaś?
– Bo widzisz…- Wymamrotała, zakładając ręce za siebie, wbiwszy wzrok w podłogę. Jej głos stał się od razu jakiś łagodniejszy – Mamy dziś małą imprezkę… To znaczy, wiesz, Ukon organizuje posiedzenie w Sali treningowej. Muzyka, ludzie, alkohol, może jakieś używki, tańce… Takie rozerwanie! No i pomyślałam… Żeby pójść tam po fajrancie… W sensie, po eksperymencie.
– No i co? – Uniosłem brew, krzyżując ramiona na klatce piersiowej – Potrzebujesz na to mojej zgody czy jak?
– Poniekąd – Powiedziała z błąkającym się tajemniczym uśmieszkiem – Chciałam zapytać… Może wybrałbyś się tam ze mną?
– Po co? – Zapytałem, na co zrzedła jej mina – Boisz się czegoś? Przecież nikt ci nic nie zrobi, nawet jak będziesz wracać późno. Będziesz przecież wracać koryta…
– Och! – Parsknęła, przerywając mi i wywracając oczami – Ale ty nieogarnięty jesteś, Boże! Chcę, żebyś przyszedł ze mną jako osobą towarzyszącą!
– Towarzyszącą? – Teraz to mi zrzedła mina, wytrzeszczyłem oczy – Ja nie tańczę, jeśli o to ci chodzi! Po za tym… Nie wiem czy zauważyłaś, ale nie mam tu znajomych. Nikt za mną nie szaleje i wątpię, by mnie tam chcieli, także… Dzięki, ale…
– Ja cię lubię! – Powiedziała natychmiast rudowłosa. Zapadła krótka pauza, a okularnica zaczerwieniła się po uszy, ponownie wbijając wzrok w ziemię i kręcąc stopą w podłodze – Znaczy, ja … Znaczy…
– No już, spokojnie – Mruknąłem, odchrząkując. Nie wiedzieć czemu, poczułem jak samemu robi mi się gorąco. Zapewne z zażenowania, jakie między nami powstało. No i z tego, że w ogóle niechcący wywnętrzyłem się o swojej samotności – Przykro mi, ale nie lubię imprez. Takie zabawy to nie dla mnie.
Minąłem ją, idąc w swoją stronę.
– A co jeśli ci powiem, że ta impreza zawiera elementy sparingu? – Zapytała niewinnie Karin. Zatrzymałem się w pół kroku i obróciłem głowę w jej stronę.
– Co? – Zapytałem – Będziecie… Walczyć?
– Tak… Takie sprawdzanie umiejętności – Odparła, owijając kosmyk włosów wokół palca – Pomysł Kido. Wiesz, po pijaku może być zabawnie. Ponadto inne gry siłowe…
– Zaciekawiłaś mnie – Powiedziałem.
– T-To pójdziesz? – Zapytała z nadzieją dziewczyna, uśmiechając się szeroko.
– Zastanowię się – Stwierdziłem, ruszając przed siebie, samemu powstrzymując się od głupiego uśmieszku.
– Dwudziesta trzecia kończę! Będę w laboratorium! – Zawołała za mną, ale tym razem już się nie odwróciłem.
*.*
Ku mojemu zaskoczeniu, od dawien dawna poczułem się strasznie ożywiony i może wręcz… Radosny. Zupełnie tak, jakby w końcu zaniknęło uczucie trawiącej samotności. Dosłownie nie mogłem doczekać się wieczoru… Szansa TAKIEJ imprezy niesłychanie mi się podobała. W prawdzie, nie chciałem tykać alkoholu ani niczym się odurzać, ale perspektywa oglądania innych ludzi w tym stanie wydawała mi się interesująca. A wręcz... Naprawdę śmieszna! Miałem straszną ochotę to zobaczyć, no i, kto wie… Może dzięki temu będę mógł stwierdzić, z kim utworzę zespół po odejściu od wężowatego? W prawdzie, miałem kilku kandydatów, w tym Karin, którą będzie okazja lepiej poznać, ale musiałem się stuprocentowo upewnić.
Westchnąłem z rozbawieniem, spoglądając ukradkiem na swoje odbicie w lustrze. Siedziałem u siebie w pokoju, zajmując czas czyszczeniem i układaniem broni.
– Mimo wszystko, nadal z ciebie dzieciak, co? – Powiedziałem do swojego odbicia – Żeby tak się cieszyć z jakiejś domówki i mordobicia…
Już któryś raz z kolei zmieniałem miejsce swoich „zabaweczek” i doczyszczałem je, a wskazówki na zegarze zdawały się w ogóle nie poruszać. W końcu uznałem, że czytanie gazet i mycie ostrzy nie pomoże mi w niczym, toteż postanowiłem choć na chwilę wyjść na świeże powietrze. Na korytarzu na szczęście na nikogo się nie natknąłem. Zapewne wielu siedzi na treningu lub zajęciach… W sensie, ci najmłodsi z nas.
Wzdrygnąłem się. Sama myśl, że Orochimaru trzyma tu również dzieci poniżej trzynastego roku życia napawała obrzydzeniem.
Na dworze oczywiście przebywali niemal wszyscy, toteż szybko usunąłem się w głąb lasku niedaleko, by nikt mnie nie zauważył. A przynajmniej, starałem się by tak było. Przeszedłem przez cały leśny teren, w ten sposób znalazłem się naprzeciw morza. Przysiadłem na jednej z wydm i odetchnąłem świeżym powietrzem.
– Ej, Sasuke! – Usłyszałem nagle za sobą, na co przymknąłem oczy i policzyłem do trzech. A chciałem tylko odpocząć…
– Dobrze, że cię złapałem! – Ukon był już przy mnie, nim zdążyłem się obejrzeć.
– Co chcesz? – Odburknąłem.
– Zaproszenie! – Powiedział radośnie chłopak, wciskając mi w dłoń jakąś różową kartkę – Słyszałem, że chcesz dołączyć do mojego posiedzenia! No to pomyślałem, że jeśli ci je oficjalnie dam, to nikt…
– Zaraz, czekaj – Przerwałem mu szybko – Kto powiedział że chcę przyjść? Karin?
– No… Tak – Odrzekł mój rozmówca, odsuwając nieco swoją srebrno niebieską grzywkę, choć nadal zakrywała mu jedno oko – Mówiła, że rozmawiała z tobą i… No, była strasznie podjarana, bo ponoć ją zainteresowałeś!
– To prawda, ale… - Zawahałem się, nieco speszony – Nic nie mówiłem, że na pewno się wybiorę. Powiedziałem że się zastanowię i to wszystko…
– Tak czy inaczej – Ukon wzruszył ramionami, po czym wyszczerzył zęby w uśmiechu – Wiedz, że jesteś zaproszony!
– I nikt nie będzie miał problemów z tego tytułu? – Zapytałem z lekką kpiną – Na przykład twój brat? Pozostali kumple?
– Nie mają NIC do gadania – Oświadczył poważnie chłopak, przesadnie podkreślając co niektóre słowa – To MOJA impreza, więc JA ustalam kto na niej będzie!
– A można wiedzieć, z jakiej to okazji? – Dociekałem. Nie byłem zbyt ufny. Owszem, mogłem wybrać się na tę imprezkę z Karin, ale jeśli zostanę sam z którymś z tych dziwaków… W końcu to pierwszorzędni ludzie Orochimaru! I nawet jeśli mnie eskortowali wprost do niego...**Skąd mam niby wiedzieć, czy czegoś nie kombinują?!
– Po pierwsze – Niebieskowłosy znów się wyszczerzył – Udało mi się W POJEDYNKĘ spełnić jedno z zadań od naszego cudownego Pana!
Mowa o Orochimaru.
– Wyobrażasz sobie?! Nie potrzebowałem do tego swojego bliźniaka!- Mówił podekscytowany, po czym króciutko westchnął, jakby chciał sie uspokoić, co jednak średnio mu wyszło - A po drugie… No cóż… - Tu zaśmiał się jakoś złośliwie – Pewna osoba, która zaszła mi za skórę, dostała wreszcie to, na co zasłużyła! Och… Mam nadzieję, że zdechnie w męczarniach! A to wszystko dzięki dobrym mordeczkom!
– Co…? – Wychrypiałem, ale ten już zdawał się mnie nie słuchać, błądząc rozmarzonym wzrokiem po okolicy, po chwili spojrzał na mnie rozpromieniony.
– Tak czy inaczej, będzie to godzina… A zresztą, sprawdzisz czas i miejsce sam! Po prostu bądź! Liczę na ciebie! Papatki!
Był w takiej ekstazie, że aż zaczynałem się go bać i zastanawiać, czy przypadkiem nie brał jakiś prochów… I słusznie się bałem, bo nie minęło dużo czasu, a rzucił się w moją stronę. Odruchowo chwyciłem za miecz, jednakże to, co zamierzał zrobić, nie miało nic wspólnego z chęcią ataku… Typ najzwyczajniej w świecie niemal zawisł mi na szyi, tuląc do siebie jak najmocniej... Zgłupiałem. Sparaliżowało mnie na tyle, że nie mogłem wydobyć z siebie ani jednego dźwięku, jakby struny głosowe mi wysiadły.
Szybko też okazało się że wcale nie musiałem się odzywać, gdyż chłopak, gdy tylko skończył mnie dusić, od razu pobiegł w stronę lasu, podskakując jak dziewczynka.
Siedziałem jak idiota z otwartą gębą chyba z dwie lub trzy godziny, nim całkowicie się otrząsnąłem z szoku. I choć minęło tyle czasu, to i tak rozglądnąłem się w upewnieniu, czy nikt nie widział tej żenującej sceny… Na szczęście, byłem sam, lecz nie miałem stuprocentowej pewności, czy aby nikogo nie było z nami wcześniej….
Westchnąłem, potrząsając energicznie głową i wstałem. Zaczynało zmierzchać, zbliżał się wieczór. Do imprezy zostało jednak sporo czasu, który postanowiłem wykorzystać na bieganiu po plaży. W prawdzie, robienie tego na piasku nie należy do najłatwiejszych czynności, ale wiedziałem że warto się poświęcić. Dzięki takiemu wysiłkowi wiele można zyskać, skupiasz się głównie na mięśniach, toteż nie zaprzątasz sobie głowy jakimiś bzdetami… Jak na przykład wspomnieniem tego, co miało miejsce kilka godzin temu. Wysiłek fizyczny zawsze pomagał mi się wyciszyć, tak było i tym razem.
*.*
Czując pierwsze oznaki zmęczenia po treningu, od razu udałem się w stronę kryjówki, a następnie swojego pokoju by wziąć prysznic i przebrać. Wtedy też zdecydowałem się na przejrzenie różowej karteczki od Ukona.
„Do: Sasuke
Przyjaciele i fani! Zapraszam Was ultra serdecznie na niezapomnianą i pierwszorzędną balangę z okazji wyjątkowego, bardzo ważnego dla mnie wydarzenia! Przybądźcie na godzinę 23.29 a nie pożałujecie tej decyzji! Będzie taniec, bijatyka i co tam jeszcze chcecie! I jeśli możesz, przynieś ze sobą alko, czipsiorki lub inne EXTRA rzeczy (if u know what I mean)… Tak na wszelki wypadek, choć myślę że na mojej imprezce będzie Ci wszystkiego pod dostatek! Nalegam na przyjście i nie przyjmuję odmowy! Widzimy się w sali ćwiczeń!
Buźka! ( ͡~ ͜ʖ ͡°)
PS. Pakiet rozrywek zawiera wszystko prócz orgii, mysie pysie! ;*
z poważaniem: Ukon”
Po przeczytaniu
powyższej treści uniosłem brew. Owszem, rzadko chodziłem na imprezy, ale to
było chyba najdłuższe i najdziwniejsze zaproszenie jakie kiedykolwiek dostałem…
Te „extra” rzeczy to zapewne zioło i prawdopodobnie twarde narkotyki. Będę
musiał uważać żeby nikt mi czegoś nie dosypał. Jak zresztą mówiła mama. À propos mamy:
Przed oczami nagle stanął mi przedpokój w rodzinnym domu. Nie pamiętam godziny, wiem że za oknami było już ciemno. Ona, mama, której uczepiłem się fartucha i ojciec, stojący na korytarzu i uważnie instruujący o niebezpieczeństwie czyhających w klubach mojego… Brata który wybierał się tam po raz pierwszy wraz z naszym kuzynem, Shisui’em. Wprawdzie, był to klub typowo dla małolatów, alkoholu raczej tam nie sprzedawali (chyba że piwo bezalkoholowe), jednak nie powstrzymało to naszej matki powyrzucania z siebie słów jak katarynka na temat rzeczy, których miał przestrzegać:
– Pamiętaj synu – Mówiła matka – To, że jesteś chłopcem nie oznacza, że nie musisz uważać! Na tym świecie czyha tylu okropnych ludzi, z takimi nic nie wiadomo! Itaś, błagam! Bądź ostrożny bez względu na wszystko! Zawsze pilnuj swojego napoju, zakrywaj go dłonią gdy się odwracasz, nie pij go gdy wracasz z toalety, nie przyjmuj nic od nieznajomych, wróć trzeźwy i tak jak ci mówiłam: żadnych przygód z nowo poznanymi dziewczynami… Wiesz o co mi chodzi – Tu spojrzała na mnie spłoszonym wzrokiem, po czym dodała – I Ty też, Shisui! Ciebie to się też wszystko tyczy!
Tymczasem ojciec stał tylko z założonymi na klatce rękami, jak to miał w zwyczaju i potakiwał głową na każde jej słowo. Odezwał się tylko na wzmiankę o dziewczynach:
– Zabezpieczaj się, jak już coś zaiskrzy – Mruknął, ignorując piorunujące spojrzenie matki, a ja przyglądałem się tylko całej sytuacji, nie do końca łapiąc o co im wszystkim chodzi.
Potrząsnąłem głową, uświadomiwszy sobie że na całe to wspomnienie zacząłem się uśmiechać... „Kurwa, Sasuke” powiedziałem sobie w myślach „ ogarnij się, to już nie wróci! To NIE JEST miłe wspomnienie! Twoi rodzice troszczyli się i uważali za syna typa, który ich później zamordował z zimną krwią!”
Westchnąłem i jeszcze raz spojrzałem na kartkę. „Pakiet rozrywki zawiera wszystko oprócz orgii”… No ta, choć wcześniej sam wspomniał że na posiedzeniu będzie wszystko co kto chce. Znaczy, nie żebym szukał jakichś cielesnych uniesień… I o co do cholery chodziło mu z tą godziną? Dwudziesta trzecia dwadzieścia dziewięć? Kto tak podaje czas na jakiekolwiek wydarzenie? No, ale… W końcu to Ukon. Spojrzałem na zegar. Dochodziła już prawie jedenasta wieczorem. Karin zaraz będzie marudzić że każę jej na siebie czekać. Wciągnąłem na siebie przygotowane wcześniej spodnie i schwyciłem koszulę… Oraz miecz, po czym z gołą klatą wyleciałem na korytarz.
*.*
Moje kroki odbijały się echem po ciemnym i cichym holu, oświetlonym pochodniami. Mimo tego, że wcześniej wyleciałem jak poparzony, tak potem przestało mi się spieszyć ze wzgląd na moją koszulę, z której guzikami oczywiście miałem problem. Zawsze gdy już wkładam coś zapinanego, to oczywiście mam zagwozdkę z zapięciem, przez co doprowadzenie się do stanu w którym wyglądam jak człowiek zajmuje mi trochę więcej czasu… „Co mnie podkusiło by wybrać akurat to?” Myślałem gorączkowo, „Wprawdzie, czerwona koszula w czarną kratę leży na mnie bosko, ale…”
Natłok tych bezsensownego i narcystycznego monologu, jaki prowadziłem z samym sobą przerwało mi nagle nieoczekiwane stuknięcie z oddali. Wytężyłem słuch i stanąłem w miejscu… Przez chwilę panowała cisza, po czym tym razem rozległ się odgłos zamykanych drzwi. Sięgnąłem ręką za plecy by chwycić rękojeść miecza, po czym ruszyłem przed siebie najciszej jak mogłem.
Nie wiem, ile tak szedłem, nasłuchując sam nie wiedząc czego i nim się obejrzałem, byłem na korytarzu, w którym znajdowało się pomieszczenie o nazwie „Lab II”. Dalej zaś pokój Orochimaru… I pewnie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że za jedną z szafek, znajdujących się niedaleko drzwi ukrywała się osoba, której wcześniej nie widziałem.
Tu pragnę wspomnieć, za na piętrze zamieszkiwanym przez Orochimaru, po za nim mieszkam tylko ja i Kabuto. Pozostali ludzie Orochimaru mają kategoryczny zakaz wstępu. Właśnie ze względu na sanktuarium wężowatego (chyba że zostanie się tam zaproszonym) oraz wspomnianego wcześniej „Labu II”, w które intensywnie wgapiała się blond włosa dziewczyna przede mną. Nie wiedziałem, jak mam zacząć rozmowę. Po krótkim namyśle zdecydowałem się nie bawić w żadne ceregiele i uprzejmości:
– Co ty robisz? – Spytałem po prostu, na co ta się odwróciła, wprawiając w ruch swe długie, złotawe włosy. Moje oczy spotkały jej, stalowo niebieskie…I tu skończyło się w niej cokolwiek ładnego. Zdałem wtedy sobie sprawę, że jej wygląd jest co najmniej… Dziwny. Pod rozpiętym białym kitlem dostrzegłem niezbyt kobiece kształty, barki miała również stanowczo za szerokie, a rysy twarzy, choć nieco delikatne, nie do końca przywodziły na myśl dziewczynę… Tak jak zresztą wystające lekko przy krtani jabłko Adama. Ta dziewoja… Była po prostu brzydka! Albo… Potrząsnąłem głową i włączyłem sharingana i przyjrzałem jej kitlowi.
– Nie wiesz, że to laboratorium jest zakazane i niedostępne dla zwykłych naukowców? – Dopytywałem, bo ta milczała jak grób, patrząc na mnie spłoszona jeszcze bardziej niż przedtem – Jesteś tu nowa? Przyszłaś do Orochimaru czy co?
Przez chwilę panowała między nami nieznośna i niezręczna cisza.
– Tak, jestem nowy… – Odparła w końcu męskim głosem, a ja ledwo powstrzymałem wzdrygnięcie –I… Nie, dziś był mój pierwszy dzień i po prostu się zgubiłem.
– Zgubiłeś…– Powtórzyłem po nim powoli, wciąż oszołomiony. Jeśli to facet… To wyjątkowo zniewieściały. Po za tym… Jak on mógł się zgubić? Czyż nie powiedziano mu, że to piętro jest zakazane? Tym bardziej, że – byłem tego pewien – musiał uczestniczyć w eksperymentach z Karin. A ta na pewno go poinstruowała co i jak! No i… Jakimś dziwnym trafem, kogoś mi przypominał. Tylko kogo?
– Nazywam się Doi – Powiedział nagle, przy czym tym razem nie zdołałem zbytnio zamaskować wzdrygnięcia. Spojrzałem na niego uważniej. Wyciągał ku mnie rękę – A ty?
– Nieważne. Idź stąd lepiej – Odparłem niemrawo, znów wyrwany z otępienia, ruszając przed siebie. Mijając go, nie mogłem się powstrzymać przed wyrażeniem swojego spostrzeżenia – Mam dziwne wrażenie, że już cię gdzieś widziałem…
Poszedłem dalej, ale po jakimś czasie zdecydowałem stanąć w miejscu, nasłuchując czy usłuchał mojej rady i zszedł z piętra, ale odpowiedziała mi cisza. Wychynąłem ostrożnie głowę zza kolumn, by spojrzeć w tamtą stronę… Nadal tam stał, widocznie pewien w stosunku do mnie tego samego co ja do niego, że odpuszczę.
– Co ty tu jeszcze robisz? – Spytałem, wychyliwszy się jeszcze bardziej.
– Ah… Nic takiego – Rzekł nerwowo, zakrywając dłonią czoło – Po prostu zastanawiałem się, co może skrywać tak ważne pomieszczenie. To wszystko…
Co za idiotyczna odpowiedź…
– Wszystko? Jesteś pewien? – Parsknąłem. Ściągnął dłoń z gęby, patrząc na mnie spod byka.
– Co to za pytanie? – Zapytał z oburzeniem i gdy już otwierałem usta, by powiedzieć coś o jego wcześniejszym głupim tekście, natychmiast dodał – Zresztą, nieważne. Już sobie idę.
Nic już nie powiedziałem, a on jakiś poirytowany, szybko mnie wyminął i zszedł pospiesznie schodami. Uniosłem brwi. „Ok… to było dziwne.” Pomyślałem, spoglądając po chwili na zegarek na nadgarstku. O w dupę, byłem spóźniony do Karin jakieś dziesięć minut, a nadal nie zapiąłem tej przeklętej koszuli… Rozejrzałem się gorączkowo za lustrem, aż mój wzrok nie natrafił na szafę, za którą ukrywał się ten babochłop. Szczęśliwie dla mnie, na jej drzwiach zauważyłem wiszące zwierciadło
*.*
Karin już na mnie czekała przy laboratorium, podpierając ścianę plecami. W rękach trzymała dwie dość spore poduszki. Słysząc kroki podniosła głowę, rozglądając się nerwowo aż nie złapała mnie wzrokiem. Gdy tylko bardziej się przybliżyłem, westchnęła ciężko.
– Znowu się spóźniłeś – Rzekła z wyrzutem, wciskając mi w dłoń jedną z trzymanych poduch – Jak mogłeś kolejny raz, po tym jak powiedziałam ci kiedy dokładnie tu…?
Nie chcąc, by na dobre się rozkręciła, przerwałem jej to jęczenie gestem dłoni.
– Kabuto mnie zatrzymał – Zełgałem szybko, na co jej twarz momentalnie złagodniała i pokiwała głową ze zrozumieniem. Z jakiegoś powodu nie chciałem poruszać tematu tego dziwnego blondasa co go widziałem wcześniej… Przynajmniej nie w tamtym momencie – Idziemy czy będziemy tak stali?
Dziewczyna wywróciła oczami, po czym to ona machnęła na mnie ręką. Poszliśmy. Z początku było całkiem okej. Nie jestem z tych co zaczynają rozmowę i wiodą w niej prym, toteż milczenie całkowicie mi odpowiadało. Do momentu gdy postanowiłem zerknąć na swoją towarzyszkę… I mimo że nie robiła niczego specjalnego, czułem jak bardzo jest zestresowana, toteż szybko odwróciłem wzrok przed siebie nie chcąc by mi się udzieliło.
– Po co nam te poduszki? – Zapytałem jej wreszcie.
– Myślę, że będą nam potrzebne – Stwierdziła, o dziwo jeszcze bardziej czerwiąc się na to pytanie.
– Po co? – Dopytywałem niestrudzenie – To o to ci chodziło, gdy mówiłaś o walkach? Będziemy napieprzać się poduszkami?
– Co…? Ech, nie! To… Zobaczysz zresztą – Odrzekła nerwowo, machinalnie poprawiając okulary – C-Czego chciał Kabuto?
– Nic takiego – Mruknąłem, chcąc trochę odpowiedzieć tym samym jak ona, czyli niedomówieniem. Szybko jednak zrozumiałem, że ta odpowiedź nie uratuje atmosfery, a wręcz przeciwnie, toteż dodałem szybko – Coś tam rzęził o tym, że… Przebywam zbyt późno na trzecim piętrze.
Karin wytrzeszczyła na mnie oczy zszokowana.
– Serio?! – Parsknęła, zakrywają nieco usta jakby bała się że zacznie zaraz niekontrolowanie chichotać – Przecież tam mieszkasz!
– Cóż, już dawno zaprzestałem prób zrozumienia go – Odparłem
lekko, na co moja rozmówczyni spojrzała na mnie z uznaniem… Tak jakbym
kiedykolwiek faktycznie próbował zrozumieć tego pajaca. No ale wiadomo, coś
powiedzieć musiałem.
– Też kiedyś próbowałam go zrozumieć – Wyznała tymczasem czerwono włosa – I…
Cóż, jego przypadek to zwyczajny fanatyzm. Mówię oczywiście tu o Panu
Orochimaru. W sensie… W sensie że Kabuto jest mu tak fanatycznie oddany –
Tłumaczyła, zacinając się nieco i żywo gestykulując – I w zasadzie… To potrafię
to zrozumieć.
Uniosłem brew.
– Dlaczego? – Zapytałem. Nie po to, by zapchać ciszę,
naprawdę byłem ciekawy.
– No, ten…- W tym momencie Karin znów wbiła wzrok w podłogę, a jej twarz
zdawała się przybierać kolor fioletowej bluzy którą często lubiła nosić, a
której tym razem na sobie nie miała, zastępując jasną, wydekoltowaną bluzeczką –
Sama jestem mu w pewnym stopniu oddana.
– Orochimaru? – Upewniłem się – A czemuż…?
– Jesteśmy! – Wykrzyczała, przerywając mi i przyspieszając kroku, co również uczyniłem rzucając się do popchnięcia przed nią olbrzymich drzwi do sali treningowej… Tak, czasem zdarza mi się być pieprzonym dżentelmenem.
W każdym razie, w pomieszczeniu był już tłum ludzi, a ponieważ nie było tam za bardzo nic co przypominałoby kanapy czy fotele, większość ludu naturalnie umościła się na matach ćwiczeniowych. Szczęśliwcy, którzy oczywiście wcześniej tu przybyli, do podparcia mieli słupki obszyte skórzanymi poduchami. I to właśnie oni byli najbliżej prowizorycznego stołu z jedzeniem i alkoholem (stojącym jeszcze przy oknach). A jako że dla mnie i Karin nie wystarczyło już takiego miejsca, podeszliśmy do ściany, o którą podparliśmy poduszki i swoje plecy.
Ledwo to zrobiliśmy, moja towarzyszka zagadała się z jakąś dziewczyną, którą znałem tylko z widzenia a sam rozejrzałem się po pomieszczeniu. Jak już mówiłem, ludzie porozmieszczali się to tu to tam, śmiejąc i gawędząc w najlepsze. Nigdzie jednak nie mogłem wyhaczyć wzrokiem miejsca do obiecanych pojedynków… Wszystko było w zasadzie pozajmowane przez ochoczo wlewającą w siebie przeróżne trunki hołotę. Aż miałem się zastanawiać, czy w ogóle zostawać i po co tu w ogóle przyszedłem, gdy usłyszałem dobrze już znany mi głos, na co wraz z Karin i jej koleżanką obróciliśmy głowy:
– A jeednaaak! – Ukon zmierzał ku nam z otwartymi ramionami – Już się bałem że nie przyjdziesz!
Klepnął mnie mocno w plecy, przykucnął przy nas i zdecydowanie w zbyt poufały sposób otoczył ramieniem, po czym wyszczerzył zęby w stronę dziewczyn.
– Przyszłam tylko dlatego że błagałeś – Zarzekła się od razu Karin, a jej znajoma odwzajemniła uśmiech Ukona i wstała do innej grupki ludu z jakąś butelką, najpewniej by nam nie przeszkadzać. Karin kontynuowała – Ty wiesz co nam pan Orochimaru zrobi jak się dowie co tu wyprawiamy?!
– Aj, tam przestań – Chłopak niedbale machnął wolną ręką, którą akurat mnie nie obejmował i którą dyskretnie próbowałem z siebie zdjąć ale się nie dało – Przecież wiem że cieszysz się tak samo jak ja! To dlatego powiedziałaś Sasusiowi wcześniej ode mnie!
„Sasusiowi…?”
– K-Każdy się informował! – Wyrwała się czerwona bardziej niż swoje włosy okularnica, nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć na to durne przezwisko – Co…?! M-Może wszyscy mieli czekać aż łaskawie podlecisz do nich z tymi swoimi zaproszeniami?!
Ukon złożył dłoń w sposób imitujący gadający dziób,
wywracając przy tym oczami. W końcu jego uwaga skupiła się na mnie.
– I jak tam? – Zaszczebiotał – Podoba ci się moja imprezka, Sasuś?
– Dopiero tu wszedłem – Odrzekłem szorstko – Po za tym, mógłbyś wyjaśnić mi o co chodzi z tą godziną i przestać nazywać mnie…?
– Boże szumiący! – Chłopak nagle wstał na równe nogi – No właśnie, przyszedłeś! To znaczy że pora zaczynać!
Zamrugałem zdezorientowany gdy rzucił się w stronę stołu z jedzeniem, po czym chwycił coś co przypominało słoik oraz łyżkę. Obrócił twarzą do większości ludu, chrząknął i zawołał, waląc tą pieprzoną łychą w słój:
– Przepraszam! – Ćwierknął, nie przestając stukać aż dosłownie każdy na niego nie spojrzał – Wybiła już dwudziesta trzecia dwadzieścia dziewięć…! No, ok… Trzydzieści jeden bo się SPÓŹNIŁEM z przemową…
Tu rozległy się śmiechy, niektórzy zaklaskali.
– ALE – Kontynuował – Zebrałem was tu wszystkich po to, by ogłosić pewne radosne wieści – Tu wyprostował się z dumą – Otóż, jak wiecie, Pan Orochimaru od wczoraj postanowił uznać mnie jako osobną jednostkę, niezłączoną z moim bliźniakiem – Tu wskazał na zażenowanego Sakona siedzącego niedaleko wraz z pozostałą częścią głównej świty Dźwięku – I już niebawem wyruszam na pierwszą w życiu swoim misje SAMOTNIE!
Gdy wszyscy zaczęli wiwatować i gratulować, ja zastanawiałem się nad uzasadnieniem tej radości. Sam fakt, że traktował go z jego bliźniakiem jako jedność powinien być raczej dołujący, a to by był traktowany jako inna od swojego brata osoba to powinna być zasrana oczywistość… Ale co ja tam mogłem wiedzieć. Sięgnąłem po soczek pomarańczowy.
– Co ty? – Szepnęła do mnie nieco zawiedziona Karin – Nie widzisz że mamy alkohol?
– Nie piję takich rzeczy – Powiedziałem niewzruszenie, biorąc łyka.
– PO ZA TYM – Głos Ukona ponownie przebił się przez gwar i wrzask spragnionego procentów i rozpoczęcia imprezy ludu – Dostałem cynk, iż pewien zjeb, który mi się naraził i który już dawno powinien był gryźć piach, dostał zasłużony wpierdol… I oczywiście szansę, że do tego piachu zawita! I to jest między innymi powód, dla którego zdecydowałem się zrobić tę imprezkę! Gdyż sprawiedliwości może stać się za dość!
– A-Ale o kogo chodzi? – Zapytał ktoś z zebranych – Kto ci się naraził?
Ukon uśmiechnął się troszkę tajemniczo. Dopiero teraz
zauważyłem że przestał już stać z tym durnym słoikiem a tym razem kieliszkiem
pełnym szampana.
– No wiesz – Powiedział jakoś skromnie - Może i minęły ze trzy lata, powinienem
o tym zapomnieć, ale…
– Chodzi o tę ciotę z Piasku z wymalowanym ryjem – Odezwał się nagle głos
Tayuyi. I gdy wszyscy zakrzyknęli ze zrozumieniem i znowu zaczęli wiwatować, ja
wytrzeszczyłem oczy. Moje myśli zaczęły pędzić jak szalone… „Trzy lata?
Pomalowany ryj? Czyżby chodziło o… Kankuro? Chłopaka, którego miałem okazję
poznać podczas egzaminów na chuunina? Z którego rodzeństwem zresztą walczyłem?
To… To o niego chodzi?”
Wychyliłem nerwowo kolejny łyk soku.
– Należało mu się! – Usłyszałem głos pośród tłumu, za którym
oczywiście poszła reszta ludzi:
– To co zrobił było ohydne!
– Powinien dostać bardziej!
– Niech go piekło pochłonie!
I inne takie. Było oczywiście tego więcej, ale wolałbym Wam tego oszczędzić .
Spojrzałem ukradkiem na brata gospodarza imprezy. Im bardziej lud krzyczał, tym bardziej Sakon był nieswój. Można było wręcz pomyśleć, iż przyszedł tu tylko z prośby Ukona, a sam nie chciał w tej całej imprezie uczestniczyć. Było to zresztą zrozumiałe… Zapewne samo wspomnienie sytuacji sprzed trzech lat, walki w którą wtedy się wdał i którą sromotnie przegrał było okropnie dla niego zawstydzające. A ja się poniekąd do tego wstydu przyczyniłem, w końcu to on i reszta jego świty mieli mnie eskortować. Dlatego też się specjalnie już z jego świtą nie dogaduję.
Ale nie żałowałem jego i pozostałych ochotników jakoś specjalnie. Zgaduję, że ktoś taki jak on musiał sam się do tego zadania zgłosić i…
– … I ZACZYNAMYYY! – Wydarł się tymczasem jego bliźniak, co wyrwało mnie gwałtownie z rozmyślań. Ludzie rzucili się na trunki momentalnie, wlewając je w siebie z kufli, kieliszków czy nawet butelek. Patrzyłem na to wszystko nieco oszołomiony, po czym zwróciłem się do raczącej się winem Karin:
– Kto to zrobił? – Zapytałem. Uniosła brew w zdziwieniu.
– Ale że co? – Odparła tym samym, patrząc na mnie zdziwiona.
– No, Ukon wspomniał coś o tym, kto sprał Kankuro? – Dopytywałem niestrudzenie.
– Kankuro… Ah! To ten typ co załatwił Ukona i Sakona? – Odparła z ożywieniem – To tak miał na imię?
– Tak. Kto go urobił?
– No wspominał – Dziewczyna wywróciła oczami – To jest… Może nie do końca, ale określił ich jako swoje ziomki. A przynajmniej ziomek ziomka… Coś w tym stylu. W każdy razie to oni za tym stoją i chwała im za to.
Kiwnąłem tylko głową, nie przestając jednak o ty myśleć. Po chwili spojrzałem na jej wino.
– Uważaj tylko żeby się nie upić – Powiedziałem poważnie, na co ona wytrzeszczyła na mnie oczy i zaczęła się śmiać. Skrzywiłem się.
– O co ci chodzi? – Warknąłem.
– No… Co ty? Mój ojciec jesteś żeby mówić mi coś takiego? – Odrzekła, chichocząc i dając mi kuksańca – Wyluzuj! To dopiero pierwsza lampka! Nic wcześniej nie piłam, a po za tym… Sam byś mógł spróbować!
– Już mówiłem, że nie piję – Oświadczyłem z westchnieniem – A tobie tylko dobrze radzę…
Karin spojrzała na mnie uważnie.
– To jak chcesz walczyć? – Zapytała – Przecież każdy musi
być choć trochę wstawiony, żeby wziąć udział!
Zamrugałem, po czym moich uszu dobiegła jakaś dziwna krzątanina. Ukon
instruował resztę hołoty przy przestawianiu stołów, zaś na samym środku sali
mocno się przerzedziło. Wszyscy kotłowali się już przy ścianach. Wstałem więc,
by też nie stać jak dureń a gdy byłem już na swoim miejscu wraz z oczywiście
moją towarzyszką u boku, oglądałem jak jakieś dziewczyny zaczęły kłaść na ziemi
czerwone piłeczki. Z początku nie zajarzyłem o co chodzi, ale im dłużej kładły,
zrozumiałem że tworzą coś na wzór… Pola. Sam Ukon i jego świta zresztą również
im pomagali, a gdy już skończyli, pan
gospodarz przekroczył linię by stanąć na środku.
– To teraz rozpoczniemy coś, na co myślę czekała większość – Oświadczył z uśmiechem i rozejrzał się wokół, patrząc na piłeczki – Nie jest to idealny prostokąt, bo mamy pewne braki… Ale zgaduję, że każdy już wyczaił, że za tymi liniami z piłek będzie się mieścić wasze pole walki.
Na Sali rozległy się potwierdzające głosy. Sam również kiwnąłem nieznacznie głową.
– Świetnie! No to… Zasady są proste – Powiedział, po czym wyjął z kieszeni… Alkomat – Bijemy się po alko. Nieważne, ile wypiliście, ważne, żeby w ogóle coś wypić… Noo, chyba że uznam, że jesteście za trzeźwi i będzie nie fair – Tu jego uśmieszek zrobił się nieco bardziej złowieszczy. Wywróciłem oczami. No tak… Musiał być jakiś haczyk.
– Prócz tego – Kontynuował – kolejną ważną zasadą jest, by NIE UŻYWAĆ broni rzucanych. Chyba jasne dlaczego… Po za tym, żadnych technik które mogą zniszczyć tę salę, bo inaczej pan Oro sprzeda nam wpierdol. Zresztą… Najlepiej, jeśli powstrzymacie się z używaniem jakichkolwiek ninjutsu czy genjutsu. Ja i moje ziomki wolimy nie tworzyć bramy ochronnej i…
– Sugeruję żebyśmy jednak utworzyli – Odezwał się znienacka Kidomaru, na co większość ludu ochoczo mu przytaknęła – Pojedynek będzie wtedy zabawniejszy i nie będzie nas ograniczał! No i ta sala i tak wymaga remontu, więc…
Ukon jęknął męczeńsko.
– Ale to zużyje nam za dużo czakry! – Marudził.
– A kto powiedział, że ty to będziesz robił? – Zapytał jego brat – Możemy zrobić to w czwórkę z Kido, Tayuyą i Jirobo bez ciebie. Nie będziemy przecież i tak walczy…
– Co to, to nie – Przerwała mu Tayuya – Możesz sobie potem odpoczywać, droga wolna, ale JA zamierzam wziąć udział w walce!
– Ja też! – Zakrzyknął ochoczo Kido. Sakon tylko westchnął i podniósł dłonie w obronnym geście na znak, że już nie ma zamiaru się odzywać. Ja sam pomyślałem wtedy, że dziewczyna jest stanowczo zbyt pewna siebie, skoro myśli iż będzie mogła potem walczyć jak tak kilka razy utworzy barierę…
– Ok, suwaj się – Zwrócił się Jirobo do Ukona, który posłusznie wykonał kilka kroków w tył, aż nie przekroczył linii czerwonych piłek.
Czwórka ludzi Orochimaru stanęła we wszystkich czterech kontach, po czym spojrzeli wyczekująco na gospodarza imprezy.
– Co? – Zapytał ich, kompletnie zbity z pantałyku.
– Może powiesz łaskawie kto pierwszy walczy, zanim cokolwiek zrobimy? – Powiedziała Tayuya dość ostro, na co Ukon wydał z siebie zaskoczony okrzyk, a wśród zgromadzonych powstało rozbawienie.
– Racja, głupi ja – Mruknął, pukając się w głowę. Następnie podszedł jakiegoś koszyka, w którym zaczął coś mieszać ręką.
– Na pierwszy ogień zrobimy losowo – Ogłosił – W koszyku znajdują się imiona i nazwiska zgromadzonych tu osób. Gdy wyjmę dwie karteczki, wymienieni z nich zawodnicy wystąpią na środek, ja ich zmierzę alkomatem i wtedy zaczną walczyć! Zrozumiano?!
Po
pomieszczeniu rozległo się jednogłośne potwierdzenie. W czasie gdy Ukon
wertował kartki, ja zacząłem zastanawiać się czy w ogóle chciałem wziąć w tym
udział, czy po prostu oglądać… Po pewnym czasie jednak zdecydowałem.
– Masz
jeszcze to… Wino? – Zapytałem Karin, na co ta momentalnie się uśmiechnęła.
– Och, czyli
zdecydowałeś się wypić? – Powiedziała słodkim tonem. Westchnąłem.
– Gdybym nie zdecydował, to bym nie pytał – Odburknąłem – To masz czy nie?
– Yy, no tak, tu stoi… - Powiedziała, krzątając się przy stole, aż nie chwyciła butelki – Tylko czekaj, dam ci drugi kieliszek…
– Po co drugi, wezmę twój – Stwierdziłem, na co zrobiła się czerwona jak mak.
– N-Nalegam jednak, żebyś miał swój.. – Szepnęła. Patrzyłem na nią przez chwilę, po czym wzruszyłem ramionami i wziąłem jej z rąk całą butelkę, pociągając z niej kilka tęgich tęgi łyków.
– Wow! Sasuke! – Usłyszałem i omal się nie zakrztusiłem. Spojrzałem przed siebie i zrozumiałem, że oprócz Ukona, gapi się na mnie cała sala – Nie wiedziałem że z siebie taki twardy zawodnik!
– Bez przesady, to nie wódka – Odburknąłem z oburzeniem,
czując jak kręci mi się w głowie. Spojrzałem ukradkiem na butelkę. W prawdzie,
Karin wcześniej z niej trochę wypiła i może trudno było stwierdzić, ale
wyżłopałem jakąś połowę. Momentalnie się skrzywiłem i wzdrygnąłem (Boże, jakie
to było ohydne!), na co większość perfidnie się zaśmiała.
– Losujesz te imiona czy nie?! – Warknąłem w stronę gospodarza, na co ten tylko
wzruszył ramionami, zachichotał i wyczytał głośno imiona:
– Yuko Aizawa i Aoi Murasaki!
Rozległy się brawa, ja sam również przyklasnąłem zachęcająco, choć wymienione dziewczyny znałem ledwo z widzenia i tak naprawdę nie wiedziałem która jest która. Tak samo jak nie wiedziałem czego się mam spodziewać i komu kibicować… Szybko się jednak okazało, że gdy Czwórka Dźwięku wytworzyła bramę ochronną, zawodniczki nie do końca wiedziały co ze sobą zrobić. Tu próbowały się chwytać za włosy, tu jedna zdzieliła koleżankę w twarz, druga odpłaciła się pierwszej kopem w brzuch, coś próbowały rzucać shurikenami czy kunaiami, które niekiedy odbijały się o wytworzoną bramę… Istny cyrk!
Oglądając całe to żałosne przedstawienie, odliczałem tylko minuty aż któraś się zmęczy i odpuści, by wpuścić na salę kogoś bardziej wartego uwagi, ale widocznie publiczność – szczególnie ta męska – zdawała się mieć zgoła inne zdanie! Poszturchiwali się z rozbawieniem, gwizdali i klaskali, głośno komentując zaistniały pojedynek dwóch, dopiero co zaczynających dziewczyn… Ba, w zasadzie to dziewczynek! Bo ileż one mogły mieć lat? Trzynaście? Nie żebym był jakoś nie wiadomo jak od nich starszy, bo przewyższałem je tylko o dwa lata, ale doświadczenie miały w tym naprawdę niskie… W dodatku przy tych nikłych umiejętnościach były przecież pijane. Dlatego też nie widziałem nic fajnego w całym tym maratonie. Wzdychałem więc tylko raz po raz, licząc w głowie błędy jakich się narobiły przy uciesze dużo wyżej postawionych od nich kretynów i czekając, aż ten koszmar dobiegnie końca.
„Nie tego się spodziewałem”, powiedziałem sobie w myślach, ponownie pociągnąwszy łyk soku, by zabić smak alkoholu.
Kiedy jednak zaczęło się przedłużać i było wiadome, że nic z tego nie wyjdzie, Ukon zarządził remis i odstawienie dziewczyn do ich pokoi. Zaczęły się kolejne losy.
– Jirobo i Hiroto! – Zawołał Ukon, zaś stojący niedaleko Jirobo wytrzeszczył oczy w zdumieniu.
– Daj kogoś innego, ja się nie zgłaszałem – Zażądał stanowczo.
– Ja cię zgłosiłam! – Zachichotała rozbawiona Tayuya, na co ten posłał jej groźne spojrzenie, co oczywiście dziewczyny nie ruszyło w żadnym stopniu, tylko uśmiechnęła się szerzej. On pozostał jednak nieugięty.
– Powiedziałem: NIE – Warknął.
– Na pewno? – Zapytał jeszcze nieśmiało Ukon, ale szybko zrezygnował z dalszych prób namawiania kolegi. Westchnął więc z zawodem, po czym wylosował kolejne imię:
– Kidomaru!
– Noo! To teraz się zacznieee! – Zawołał wylosowany entuzjastycznie i natychmiast wstając z miejsca, zaś jego przeciwnik zdawał się być przerażony doborem osoby, z którą miał walczyć. Westchnąłem ze znużeniem po raz już nie wiadomo jaki raz, wiedząc iż zanosi się na walkę, która raczej nie będzie zbyt emocjonująca. I miałem rację.
Mimo iż techniki, którymi posługiwał się Kidomaru bez wątpienia były widowiskowe i ciekawe, tak cały finał był mocno oczywisty. Be nazwiskowy Hiroto, mimo że próbował zbliżyć się do rywala, jako że posługiwał się technikami blisko dystansowymi, ni w ząb nie zdołał dosięgnąć przeciwnika, bo za każdym razem był odrzucany na coraz to więcej sposobów. Gdy tylko się zdołał uwolnić, to znów szybko był łapany w sidła sieci zarzucanych przez Kido.
– Widzę, że przyszedłem w samą porę – Usłyszałem za sobą, na co obróciłem głowę. Między mną a Karin stał z założonymi na klatce rękami Kimimaro.
– Co ty tu robisz? – Spytała moja towarzyszka zaskoczona, tym samym kradnąc mi kwestię.
– To co ty, przyszedłem na imprezę – Oznajmił spokojnie, oglądając spokojnie walkę swojego kolegi – I trafiłem w czas, jak sądzę. Kido się doskonale bawi!
Gdy tylko to powiedział, pojedynek momentalnie się zakończył. Zwycięzcą był oczywiście Kido. Losowanie też tak bardzo spodobało się Ukonowi, że nie zamierzał już wybierać nikogo samemu.
I tak minęło już z dziesięć pojedynków. Niektóre dość interesujące i zabawne, jak na przykład wtedy gdy pewni dwaj grubi i głupi bracia musieli stanąć przeciwko sobie i ciężko było ustalić remis***, toteż zrobiono głosowanie i ostatecznie zamiast Fujina wygrał Raijin… Swoją drogą to ten, który rano nie chciał mi pozwolić siąść obok siebie, jakby kto pytał.
– Ty się zgłosiłeś do udziału? – Spytała nieoczekiwanie Karin, patrząc na Kimimaro, podczas gdy tłum uspokajał jednego z przegranych braci jakimś średniej jakości żarciem.
– Nie – Odrzekł Kimi – A nawet jeśli ktoś zgłosił to nie wezmę udziału, bo nie piję i nie zamierzam pić alkoholu. To mnie dyskwalifikuję. A zresztą… Nie mam ochoty walczyć.
Tu omal nie zakrztusiłem się winem, które jeszcze postanowiłem sobie raz spróbować… Czułem się jak ostatni idiota, który jako jedyny dał się namówić na chlanie, choć wcześniej nie zamierzał ulec. Szybko odstawiłem kielich i spojrzałem na zegarek. Dochodziła jakoś pierwsza w nocy, a ja już wiedziałem, że jedyne czego tak naprawdę chciałem, to tylko oglądać tych wszystkich matołów, ewentualnie iść do siebie. Zapał walki straciłem, zaczynało mi być niedobrze i zrozumiałem, że zwyczajnie się upiłem, a najlepszym pomysłem będzie wyrzyganie tego świństwa, które w siebie wlałem.
Los tego dnia nie był jednak dla mnie łaskawy, albowiem następnym, który miał walczyć, to…
– Misumi Tsurugi i Sasuke Uchiha!
„Noż kurwa, jak miło…”, pomyślałem z goryczą, patrząc na typka wyłaniającego się z tłumu. Że też akurat musiał mi się trafić koleś z drużyny pajaca, z którym walczyłem trzy lata temu na egzaminie na chuunina… Z tym, że on wtedy walczył z wspomnianym na początku imprezy Kankuro, który to przecież…
Wtedy mnie coś tknęło. Wchodząc na ring, gdzie po sprawdzeniu przez Ukona musiałem wziąć jeszcze szota wódki, nagle coś sobie przypomniałem… Mianowicie magazyn Shuriken... Coś było w nim napisane...
– I co? Trzęsie ci się dupa? – Usłyszałem, po czym nagle oprzytomniałem, zdając sobie sprawę że od jakiegoś czasu stoję na ringu, otoczony przez barierę ochronną, a przede mną chyboce się mój przeciwnik, odgrażając na różne sposoby: – Rozjebię cię…– Tu czknął – jak to zrobił Yoroi trzy lata temuuu!
Popatrzyłem na niego litościwie. Owszem… Może i wtedy dostałem wpierdol i wynosili mnie z Sali na noszach, ale o ile pamięć mnie nie zwodzi, wygrałem tamten pojedynek, dostałem się do finału oglądanego przez Hokage… Po za tym, miałem dwanaście lat, a on, mój rywal… Dwadzieścia trzy. I tak, mimo tego wieku nadal chełpił się, że może wpieprzyć dzieciakowi.
Ale sytuacja się przecież zmieniła. Obydwaj byliśmy już starsi, ja poszedłem do przodu z technikami, a on, wraz z moim obecnym przeciwnikiem, z tego co słyszałem wciąż stał w miejscu, także…
– No, to pokaż co tam masz! – Zachęciłem go. Na odzew długo czekać nie musiałem… I mimo wszystko porządnie się rozczarowałem. Typ używał tych samych technik co wcześniej: wodnych oraz rozciąganie ciała jak gumy. Wszystko to można było zwyczajnie potraktować błyskawicą.
„Ech, miałem nadzieję że jednak trochę się polepszył”, pomyślałem, miotając w niego z miecza piorunem po tym, jak dla zmyłki dałem się parę razy uderzyć w brzuch. Po raikiri padł jak długi, a bariera zniknęła.
Najgorszy. Pojedynek. Ever.
Zszedłem z ringu jak nie pyszny, gdy tłum mi przyklaskiwał i gratulował.
– To było świetne! – Zaszczebiotała Karin, podchodząc do mnie jak najszybciej.
– No, przyznaję, że nawet się zaśmiałem – Skomentował Kimimaro.
– Nie na to liczyłem – Powiedziałem markotnie, śląc Karin mroźne spojrzenie, na co ta spojrzała na mnie niewinnie.
– Mówiłam ci, że to walki po pijaku! Nie wiem na co się nastawiałeś! – Zarzekła się, a ja wywróciłem oczami.
„Czyli marnuję tu tylko czas… Faktycznie, nie wiem na co liczyłem”.
Następnymi w kolejce był jakiś koleś, którego imienia i nazwiska nie wychwyciłem oraz Tayuya.
– Jak zwykle – Sapnęła, wchodząc na ring – Wiedziałam, że trafi mi się facet…
Ponoć od swojego egzaminu na chuunina musiała walczyć tylko z facetami.****Jej pojedynek był… Dość ciekawy i niestety krótki. Ciekawy, gdyż jak zwykle do walki wyjęła swą broń w postaci fletu, a dzięki muzyce, którą grała, wytworzyła iluzję widzianą tylko przez biedaka, jakiemu dane było usłyszeć melodię. Z perspektywy oglądających, koleś wyglądał jak opętany i też szybko się poddał.
Po tym też pojedynku Ukon zarządził krótką przerwę, w czasie której każdy miał coś sobie przegryźć i dodatkowo jeszcze się napoić czy też pójść do toalety… Przerwa ta była również wypełniona tańcami, gdzie każdy bujał się z kim tylko chciał. Sam ukrywałem się jak mogłem, by nie zostać wyhaczonym przez Karin... Ale okazało się, że świetnie bawi się beze mnie, obracając przeróżnych kolesi. Co też jakoś dziwnie mnie... Dotknęło.
W jednej chwili pomyślałem sobie, że mam dość jej towarzystwa i kończę z nią rozmowę na ten wieczór. Może nawet na kilka dni? Nie wiedziałem, cholera, nie miałem pojęcia czemu czułem tę irytację... Ech, ale sam czułem się wkurzony na siebie, że się tym w ogóle przejąłem jak ostatni frajer.***** Zachodziłem w głowę, o co mi chodzi, szybko dając sobie spokój z tymi bzdetami. Próbowałem więc zająć głowę myślami o pojedynkach, ale... Plan przywrócenia walk jednak legł w gruzach przez pewne nieoczekiwane wydarzenie.
Chłop po przegranym pojedynku z Tayuyą począł wyrywać jej flet z dłoni i żądał rewanżu na pięści. Dziewczyna oczywiście natychmiast się zgodziła, nie zważając na gadanie swoich kolegów, którzy odmawiali utworzenia bramy ochronnej… I się zaczęła szarpanina, krzyki, bitka... Aż wszyscy nie wyszli na zewnątrz, by zobaczyć co się będzie działo. Sam zresztą byłem ciekaw, co z tego wyniknie i z nadzieją na grubą akcję, podreptałem grzecznie za tłumem, ignorując zawroty głowy i chęć wymiotów po ilości wypitego alkoholu i ciosów jakie dałem sobie zadać. Wyszliśmy wszyscy na zewnątrz, odetchnąwszy świeżym powietrzem i tworząc krąg, ze stojącą na środku Tayuyą i pijanym awanturnikiem. Tłum zaczął klaskać i nawoływać do bitki, ale... Jak się też okazało, był to błąd. Całe to zamieszanie przywołało na miejsce Kabuto i kilku strażników Dźwięku, którzy kategorycznie zarządzili koniec imprezy. Wszyscy się rozeszli.
Już miałem się kierować do siebie z ulgą, gdy podbiegł do
mnie Ukon z Karin.
– Ej, ej, jak coś to będzie prywatna popijawa w salonie jak już ten cymbał
sobie pójdzie – Namawiał mnie, uwiesiwszy się mojego ramienia – Idziecie?
– Ja na pewno przyjdę – Stwierdziła okularnica – Tylko jak
już tu jestem, to idę jeszcze sprawdzić coś w laboratorium. Ty też idziesz,
Sasuke, prawda?
– Może później, też mam coś do zrobienia – Zełgałem i wyprzedziłem ich, nie
patrząc za siebie.
**
Nie mogę powiedzieć, że tylko zmarnowałem czas… Niektóre rzeczy warto było zobaczyć, aczkolwiek gdybym nie uczestniczył w całym tym przedsięwzięciu, nic bym tak naprawdę nie stracił. Możliwe, że moje oczekiwania były zbyt wysokie, dlatego też byłem tak poirytowany… A może to kwestia złamania przyrzeczenia samemu sobie, że nigdy się nie napiję alkoholu… W każdym razie, nie byłem zachwycony. Nie dość, że rozrywka taka sobie, to jeszcze ta przeklęta Karin…
Wywróciłem oczami, idąc korytarzem i podpierając ścian. Musiałem przystanąć na moment. Już wiedziałem co to za uczucie. Zazdrość. Coś, czego nie czułem już od bardzo, baaardzo dawna. Tylko… Dlaczego i z jakiej racji? Owszem, chciałem mieć ją w drużynie, stanowiącej cześć mojego przyszłego planu, jaki miałem, ze względu na jej zdolności… I to wszystko! Więc czemu…?
Sapnąłem ze złości. „To pewnie wina tego, że się schlałeś menelu zasrany”, pomyślałem, nieco bardziej rozchmurzony. Tak, to najwidoczniej przyczyna moich problemów z głową, jakie przechodziłem po tknięciu tego świństwa.
„Przez to wydaje ci się, że jest spoko i nawet ładna, ogarnij się!”, dodałem sobie jeszcze, po czym ruszyłem dalej. I tak sobie szedłem, aż opanowało mnie pewne uczucie… I nie, wcale nie chodziło o to, że chciało mi się rzygać. Coś mi mówiło, być może intuicja, że w siedzibie grasuje szpieg.
Mimowolnie pomyślałem o tym dziwnym chłopaku w blond włosach, o którym przez całe zamieszanie z walką w Sali treningowej, zapomniałem. Po za tym ten artykuł, który rano czytałem, o którym sobie przypomniałem by znów zapomnieć, rozproszony harmidrem.
Potrząsnąłem głową, chcąc odgonić te myśli, jednakże… Byłem już blisko schodów prowadzących na moje piętro, gdzie mieszkałem. Całym sobą spodziewałem się, że gdy wejdę na górę, natknę się na jakąś aferę, toteż ostrożnie podreptałem na górę, najciszej jak umiałem.
Nie myliłem się. Natychmiast zatrzymałem się w najmroczniejszym miejscu, gdy przed sobą zobaczyłem… No właśnie. Tego samego chłopaka z wcześniej, czającego się tuż za plecami Kabuto wchodzącego do LABu II.
„No, to będzie ciekawie”, powiedziałem sobie, jeszcze bardziej przyciskając się do ściany w ciemnościach, by tylko nikt mnie nie zauważył. "Sasuke, jesteś pieprzoną wyrocznią", dodałem sobie jeszcze. Ale kierowany ciekawością i kretyńskim podziwem do samego siebie, nie byłem w stanie z tego wszystkiego usiedzieć w miejscu, toteż wychyliłem się nieco, by lepiej widzieć.
Jak się okazało, intruz był tak pochłonięty swoimi działaniami, że aż nie oglądał się za siebie. Dostrzegłem też w jego dłoni jakąś dziwną rzecz… Uruchomiłem sharingana i wiedząc już, co się zaraz stanie, natychmiast i niezbyt cicho cofnąłem się z powrotem w głąb korytarza.
Rozległ się niezbyt głośny wybuch, po którym prawdopodobnie wystąpiła jakaś wymiana zdań, a chłopak wybiegł zza drzwi z naręczem dokumentów. Gdy miał się już rzucić do ucieczki, Kabuto również zdążył wydostać się z pokoju i rzucić na nieproszonego gościa.
Rozpoczęła się szamotanina, w której była podjęta przez intruza próba zaatakowania Yakushiego strzykawką, której uniknął, ale za to dostał kopa w twarz i go zamroczyło. Nie zatrzymało go to jednak, by nadal próbować zaatakować złodzieja, który już nie zamierzał tak łatwo dać się dotknąć, postanowiwszy chwycić przeciwnika za szyję i widocznie przycisnąć do ściany, jednak Kabuto był szybszy. Widząc, jak kopie chłopaka w brzuch i próbuje w ten sposób rozkwasić mu głowę, uznałem, że czas zakończyć tę farsę.
Mimo zamroczenia umysłu, skupiłem się w sobie, przywołując cicho nieco ponad tuzin białych węży, niewiele dłuższych od człowieka i napuściłem je… Na Kabuto.
Gady ruszyły gwałtownie ku niemu, oplatając całe ciało, zaś
jeden z nich przysłonił mu pole widzenia. Blondyn gapił się na to przez moment
w oszołomieniu, po czym natychmiast ruszył w stronę Yakushiego, by wstrzyknąć
mu coś w szyję… Coś, co widocznie miało błyskawiczne działanie, bo facet niemal
od razu zawisł nieprzytomny w objęciach moich syczących przyjaciół, które poczęły
ostrożnie puszczać go na ziemię i wracać do mnie.
Szpieg tymczasem stał i patrzył za nimi w kompletnym szoku, zdając się na dobre
zastygnąć. Westchnąłem ciężko, stwierdzając że to już czas się chyba ujawnić.
Wyszedłem mu naprzeciw.
Przez moment patrzyliśmy tylko na siebie, ale widząc że ten nie zamierza
wydusić siebie ani słowa, zdecydowałem się zacząć pierwszy:
– Na co się gapisz? – Spytałem po prostu, rzucając szybkie
spojrzenie na to, co trzymał… Całe szczęście, że dokumentacja którą miał nie
była oryginalna… Kolory autentyków zwojów były czerwone, zaś to co zwinął było
zielone. Przez chwilę nawet wahałem się, czy go nie zaatakować, jednak coś mi
mówiło, że będzie lepiej jeśli wszystko to weźmie – Pospiesz
się i właź z powrotem do gabinetu! Sprawdź raz jeszcze, czy wszystko wziąłeś.
Uniósł brwi, nic nie mówiąc i robiąc jak powiedziałem. Ostrożnie wśliznąłem się
za nim, oglądając jak wszystko sprawdza. Raz czy dwa może za siebie spojrzał,
jednak ja stałem tak, by nie rzucać się w oczy. Uspokojony wrócił więc do
swojego wertowania.
Raz jeszcze rozważyłem, czy robię dobrze, pozwalając mu tu szperać i brać co
chce i czy lepiej będzie, jeśli go nie zabiję… Ale wtedy zrobił taki ruch,
jakby zaraz miał wychodzić, toteż sam szybko to przed nim zrobiłem.
Gdy wyszedł na korytarz, wydawał się
być dosyć zaskoczony, że mnie tu nadal widzi, ale natychmiast zmył z siebie ten
wyraz twarzy, a ja powstrzymałem się przed zrobieniem złośliwego grymasu.
„On naprawdę myślał, że go tutaj tak zostawię samego? Niedoczekanie…”
– Tak właściwie…– Przemówił w końcu ludzkim głosem – To czemu mi pomagasz?
– Jeśli wszedłeś na to piętro, coś kazało mi myśleć, że nie jesteś stąd –
Odrzekłem, czując że to co mówię nie ma kompletnie sensu – A skoro wysłano cię do
przeszpiegów u Orochimaru, musisz działać w dobrym celu.
Kłamstwo. Czyste kłamstwo… Nie ufałem mu, nie miałem pojęcia w jakim celu
działa i czy to przypadkiem nie ma czegoś wspólnego ze mną i z Liściem. Właściwie,
to grałem na czas, by właśnie mu przyfasolić w twarz i…
– No… Tak – Wydukał, patrząc na mnie dziwnie. Chyba nawet on mi nie wierzył, a
mimo to brnął w to dalej: – Ale czekaj, czegoś tu nie rozumiem. Wiele osób
próbowało kręcić się wokół tego piętra… No i właściwie to czemu ty na nim
jesteś? I co masz na myśli? Czy przypadkiem sam nie pracujesz dla Orochimaru?
Zamrugałem zdezorientowany. Nie wiem czemu… Ale te jego durne pytania… I to gdy
spojrzał mi w oczy… Jakoś tak… Cała chęć pozbycia się go natychmiast mi
przeminęła. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu, gdy na niego patrzyłem, czułem
coś znajomego. Tak jakby miał być częścią… Mojej rodziny. Tylko z jakiej
racji? Żadnej przecież już nie mam,
jestem sam… On miałby być częścią mnie? No, nie wydaje mi się… Ale jakoś tak…
– Coś nie tak? – Zapytał nagle spłoszony, na co odchrząknąłem zażenowany. Wciąż oczywiście zastanawiając się co mnie opętało.
– Po pierwsze, mam tu pokój – Oznajmiłem w końcu, nie przestając uważnie go
obserwować – Po drugie, nie mam zamiaru zdradzać byle komu swoich motywów. Po
za tym, z tego co mi się wydaje, to nie jesteś przypadkiem zajęty?
– Ee… Tak, wybacz, spieszy mi się – Powiedział i natychmiast zaczął się oddalać
w swoją stronę – Jeszcze raz dzięki za pomoc!
I uciekł. A ja stałem jak debil, żałując ostatniego zdania. Żałując, że go
pogoniłem… I nie porozmawiałem z nim dłużej, bo oto znów przyszła mi do głowy ta
nurtująca myśl: „Musiałem go już wcześniej widzieć!”
**
Żałowałem też kolejnej rzeczy. Że od razu po spotkaniu z tajemniczym nieznajomym (a może znajomym?) poszedłem do siebie i walnąłem spać… A wydarzyło się potem dosyć sporo.
Otóż intruz, prócz ukradzenia kopii dokumentów, postanowił
jeszcze narozrabiać, uwalniając po drodze spragnionego wolności Suigetsu, przez
co cała kryjówka została postawiona na nogi. Komu oczywiście przypisano
zadanie, by go złapać i znaleźć? Mi, oczywiście!
– Sasuke, wstawaj! – Ryknął jeden z naukowców, wchodzący mi bezpardonowo do
pokoju i budząc. Podniosłem z poduszki zachlaną mordę, czując że zaraz się na
niego zrzygam w ramach zemsty, ale ten zaczął gadać jak najęty:
– Pan Orochimaru przypisał ci zadanie złapania Suigetsu! Nikt nie wie, gdzie on
jest ani kto go uwolnił, pan Kabuto leży gdzieś nieprzytomny, więc powiedziałem
panience Karin, żeby…
– Doobra zzaamknijj sięę… - Wybełkotałem wkurwiony, łapiąc go
za fraki jak ostatni i zszokowanego wyrzucając z pokoju jak ostatni cham.
Po ubraniu się w strój do walki, przemyciu twarzy i użalaniu w myślach co
zrobiła ze mną jedna butelka wina, w końcu byłem gotowy ruszyć i zająć się
sprawą.
Miejscem, w któym wydarzył si wypadek było oczywiście laboratorium, toteż tam się udałem.
– Gdy się ocknąłem, zastałem taki widok... - Usłyszałem już na korytarzu głos jakiegoś faceta, toteż przyspieszyłem kroku.
– Do jasnej cholery! Pan Orochimaru mnie ukatrupi jak się o tym dowie! - Wrzasnęła Karin. Będąc już na odpowiednim korytarzu, dostrzegłem ją z oddali i jeszcze bardziej wydłużyłem kroku. Wyglądała tak, jakby zaraz miała dostać spazmów. Po chwili zdecydowała wziąć się w garść:
– Zbierz ludzi! Musimy go schwytać nim przekroczy granicę! – Zarządziła. Wtedy stanąłem obok niej.
– Myślisz, że razem cokolwiek tu zdziałacie? - Spytałem prawdopodobnie dość chamsko, ale nadal nie w smak było mi jej niedawne zachowanie. Popatrzyła na mnie krzywo.
– Przecież mówiłam, że zbieram ludzi – Fuknęła – Nie idę tylko z nim. Jesteś jakiś upośledzony?
Na ten tekst pomyślałem, że gdyby nie była dziewczyną, to prawdopodobnie już dawno dostała by ode mnie w twarz... Znaczy, nie to że nigdy nie walczyłem przeciwko kobietą, bo walczyłem... Ale wtedy były to walki o coś konkretnego i wartego mordobicia. Bez poważniejszego powodu wolałem raczej się nie zamachiwać na płeć piękną.Tym bardziej, jak ta nie ma szans... Mówiłem już, nawet mi zdarza się być cholernym dżentelmenem.
– Po za tym, co ty tu w ogóle robisz? - Zapytała.
– Pomyślałem sobie, że chętnie popatrzę na rozwalone laboratorium – Zironizowałem – I się z ciebie pośmieję.
– Ty... Ty chamie! - Wykrzyknęła z oburzeniem – Co cię do cholery ugryzło?! Co...– Tu sapnęła wkurzona, poprawiając okulary, po czym dodała już spokojniej – Dobra, jak masz zamiar wchodzić i w paradę, to zjeżdżaj. Muszę robić rzeczy...
– Co zamierzasz? – Dodałem już poważniej, stwierdzając że wkurzanie jej i wyżywanie za wcześniejsze w niczym nie pomoże.
– Jak to co? – Spytała sucho.
– Skoro już tu jestem, pomogę ci – Oznajmiłem.
Nie oponowała, choć nadal była nieco naburmuszona (czemu się nie dziwię, zachowałem się jak palant, ale w zasadzie należało jej się). Ruszyliśmy natychmiast.
Skacząc po drzewach, szybko zorientowałem się, że nie pomyliłem się co do rozważania jej osoby w swojej drużynie.
– Zdolności tropiące? – Upewniłem się, gdy po raz kolejny wskazała gdzie dokładnie kieruje się nasz cel.
– Tak, umiem wyczuć czakrę znanych mi ludzi – Odparła, podążając przede mną.
– Przydatna zdolność – Przyznałem – Choć nie rozumiem... Czemu ktoś z taką zdolnością miałby trzymać się kogoś takiego jak Orochimaru? Przecież z łatwością mogłabyś uciec...
Prawdopodobnie nie spodziewała się takich pytań z mojej strony, bo przez dłuższy czas przestała się odzywać. Pomyślałem wtedy czy przypadkiem nie trafiłem na jakąś napiętą strunę, więc już miałem zmienić temat, gdy powiedziała:
– Mam swoje powody.
I tyle. Było więc jasne, że nie zamierza tego ciągnąć, a ja zrozumiałem że choćbym nie wiadomo jak próbował, niczego się nie dowiem. Przestałem się odzywać i resztę drogi do celu przebyliśmy w milczeniu.
Suigetsu nie zaszedł za daleko. Przynajmniej według Karin. Wylądowaliśmy na jakichś mokradłach. Zacząłem się rozglądać.
– Niech to szlag... Że musieliśmy trafić na staw! – Warknęła, po czym zwróciła się do mnie – Nawet jeśli go nie widzimy, wiem że tu jest.
Przyaknąłem.. I ledwo to zrobiłem, w naszą stronę zaczęły cisnąć wodne pociski, które cudem ominęliśmy. Gdy lawina ustała, z jeziora wynurzył się nie kto inny jak Suigetsu.
– No cóż, tak jakoś żem myślał, że nie zdołam cię zaskoczyć – Zwrócił się do mojej towarzyszki, po czym obrócił lekko głowę, by natknąć na moje spojrzenie – Ale że ty też przyszedłeś? To ci zaskoczonko...
– Sasuke trzyma się pana Orochimaru – Odpowiedziała za mnie Karin z satysfakcją, a ja powstrzymałem się by nie wbić zażenowany wzroku w ziemię – To chyba oczywiste, nie?
– A bądź tam cicho! - Warknął na nią chłopak, po czym zwrócił do mnie z entuzjazmem – Ej! Może zamieniłbyś ją na mnie?
Zamrugałem zdezorientowany, kompletnie nie mając pojęcia jak rozumieć to zdanie, więc się nie odzywałem. Za to zrobiła to za mnie Karin:
– Coo...? Na Mózg ci się rzuciło, kretynie?! – Wrzasnęła, patrząc na niego z odrazą i czerwieniejąc na policzkach. Widocznie, nie tylko ja zrozumiałem tę propozycję w dziwny sposób... Ale zanim zdążyłem palnąć coś w stylu: "nie jestem gejem", na szczęście ugryzłem się w głupi jęzor.
– Nie mam żadnego powodu by z tobą walczyć - Powiedział Suigetsu , kompletnie zlewając moją towarzyszkę.
– Przestań mnie olewać! – Fuknęła na niego, na co ten dalej udawał że jej nie widzi, w dalszym ciągu oczekując mojej odpowiedzi.
– Już ci mówiłem w laboratorium – Odezwałem się w końcu, rzucając w niego od niechcenia kunaiem, który nawet go nie drasnął, choć przeleciał mu przez brzuch.
– Ach, no tak...– Powiedział wted– y pogodnie i w zamyśleniu, wpatrując w miejsce, w które miał dostać – Powiedziałeś że wszystko zależy od mojej siły czy coś w tym stylu...
Znów spojrzał mi w twarz. Błysk w jego oczach nie pozostawiał wątpliwości, że mieliśmy zacząć walczyć... I że po tej walce będę w stu procentach pewien, że prócz Karin, jego na pewno będę chciał mieć po swojej stronie.
Tak też było. Popisali się oboje. I niosąc i jedno i drugie, kompletnie wykończonych, z powrotem do siedziby, już obmyślałem następne kroki swojego planu towarzyszącego mi odkąd przybyłem w wężowe progi.
**
Czerwiec, 699r.
l.a.t.e
Po wydarzeniach i imprezie z maja, ludzie nie przestawali gadać i zastanawiać się, co się właściwie stało w tamtą noc. Kto uwolnił Suigetsu i jaki był jego motyw?
Cóż, dla mnie to nie było aż tak ważne, jak dokumenty, które pozwoliłem temu komuś gwizdnąć. Bo brak kopii zauważył w końcu i Orochimaru. Zaczęło się dokładne przesłuchiwanie i sprawdzanie wszystkich naukowców. Tych starych, nowych oraz kandydatów na to stanowisko… I oczywiście wyszło, że ci, którzy mieli na imię Doi… Stanowili liczbę jeden. I był to jeden z najstarszych w tym zawodzie, w dodatku przeciwieństwo tego, jak wyglądał intruz: łysy, gruby, niski i z wąsem w wieku średnim. Na pewno nie był to młodzian o długich blond włosach i szczupłej sylwetce… Ku rozczarowaniu i zażenowaniu Karin, że tak szybko mu zaufała.
Patrząc na nią, tylko uśmiechałem się złośliwie pod nosem,
dziwnie rad że jednak ten chłopak tu nie przynależy.
„Dobrze jej tak”, pomyślałem, wgryzając się w pomidora na werandzie i zażywając
letniego słońca. Nieopodal mnie siedzieli Kimimaro, Ukon, Sakon, Tayuya,
Kidomaru i Jirobo, zawzięcie o czymś dyskutując. Z początku nie zwracałem na nich
uwagi, wychwytując tylko ich wspominanie zmarłych popleczników Orochimaru,
których chyba musiałem poznać, bo kojarzyłem imiona, ale nie zwróciłem na to
jakiejś specjalnej uwagi… Do czasu, aż nie zeszli na temat ucieczki Suigetsu, a już w szczególności wyostrzyłem słuch, gdy wrócił temat poruszony na imrezie: załatwienie Kankuro.
– Ty, słyszałeś że on jednak żyje? – Zaczął Kidomaru, szturchając w bok Ukona.
– Kto? – Spytał niezbyt przytomnie, oglądając jakieś grzyby
nieopodal.
– No… Ten typ z pomalowanym ryjcem – Nie dawał za wygraną Kido. Jego rozmówca
słysząc to, zerwał się na równe nogi.
– Że co?! – Wydarł się, łapiąc przy tym za głowę – Jak to kurwa… Żyje?! To po kiego robiłem tę imprezę?!
– Zapominasz chyba, że robiłeś ją głównie z innego powodu –
Odezwała się Tayuya znużonym głosem.
– No tak, ale… Jak oni mogli… Tak zawieść – Mamrotał Ukon – Ta trucizna od Sas…
– Ekhem! – Odchrząknął jego brat, na co chłopak zerknął na chwilę na mnie, jakby ze strachem, po czym natychmiast uśmiechnął anielsko… I zmienił temat, na co jego koledzy chętnie przystali.
Gapiłem się na nich przez chwilę w oszołomieniu, nie rozumiejąc właściwie co zaszło… I wtedy, pozostawiony właściwie samemu sobie, zacząłem sobie przypominać… Kankuro… O co chodziło z Kankuro, dlaczego dostał wpier…
I olśniło mnie. Wiedziałem już, że nie mogę się zatrzymać. Pomimo sobie, zerwałem się na równe nogi, gnając jak głupi do swojego pokoju.
– Sasukee! – Darł się za mną Ukon, który z jakiegoś powodu
postanowił za mną biec, ale tym razem, jak mówilem, nie dałem się zbić z tropu żadnymi głupotami.
Wbiegłem do pokoju jak burza, zamknąłem za sobą drzwi na klucz i począłem przeglądać
stare magazyny, kolekcjonowane przeze mnie od dłuższego czasu.
W końcu natrafiłem na właściwy. Z artykułem, którego szukałem: „Porwanie
Kazekage Gaary”.
Zacząłem czytać w pośpiechu, aż natrafiłem na zdanie: „Do porwania czcigodnego Kazekage doszło pomiędzy dwudziestą trzecią a dwudziestą czwartą w nocy. Sprawcami było dwóch członków grupy przestępczej Akatsuki.” Przeczytałem, czując jak wali mi serce, jednak nie skończyłem na tych dwóch zdaniach: „Imię głównego walczącego nie jest jeszcze znane, przypuszcza się jednak, iż drugim sprawcą może być Sasori Akasuna, odpowiedzialny za zranienie brata czcigodnego - Kankuro. Jego stan jest bardzo poważny, lekarze zakładają najgorsze…”
Tu skończyłem czytać. Wiedziałem już wszystko. Ludzie z Dźwięku potajemnie bratają się z Akatsuki. A przynajmniej, ich znajomi się z nimi kumplują… Nieważne ktokolwiek kto jest, może doprowadzić mnie do znalezienia Itachiego szybciej niż się tego spodziewałem... Jak mogłem wcześniejtego nie skojarzyć?! Parokrotnie przecież słyszałem już kiedyś takie imiona jak... Jak to było? Sasori! To już wiem na pewno, dalej jakiś... Hidan? ... I ktoś tam jeszcze na "D"... Czemu nie zwracałem na to uwagi?! Cisnąłem gazetą w kąt ze złości, po czym zrobiłem kilka uspokajających oddechów.
"Myśl, skup się, coś z tego wyciągniesz...", dodawałem sobie otuchy. I nie myliłem się.
Wiedziałem już, że
Ukon z jakiegoś powodu mnie polubił i mógłby mi pomoc… Ale było nestety jeszcze coś. Moją chęć spotkania z „braciszkiem”
utrudniał jednak fakt, iż nie jestem jeszcze do końca pewny swoich siły… Oraz
uderzająca mnie niczym grom świadomość, że tak naprawdę wcale nie chcę się z
nim spotkać… Przynajmniej, nie w tym sensie jaki planowałem przez te trzy lata…
„Wcale nie chcesz go zabić”, powiedział nagle jakiś głosik wydobywający się
jakby z głębi mnie. Potrząsnąłem głową, przeszedłem nerwowo po pokoju, usiłując
przekonać się, że to najgorsze kłamstwo… Ale… Nic to nie dawało. W końcu
przysiadłem na łóżku, niemal wyrywając sobie włosy z głowy.
– Nienawidzę go. Nienawidzę, nienawidzę…– Powtarzałem sobie jak mantrę, jednak im dłużej to robiłem, tym bardziej głosik w głowie stawał się nachalny i coraz bardziej zaprzeczał. W końcu zwiesiłem ręce na kolanach, patrząc tępo w podłogę, ignorując pukanie do pokoju i nawoływania mojego imienia z korytarza.
Do diabła, czemu wciąż jestem taki słaby?!
.*+ C.D. N *+.
|===================|
* Shuriken - gazeta międzynarodowa, którą czytał również sam Dei w rozdziale 25, cz.drugiej. Nie ma tego w anime/mandze. Całe to pismo wymyśliłam ja. To coś na bazie pewnej polskiej gazety na literę F ;) Czasami będzie się przewijać. Ogólnie nasz trzeci narrator ma rację, nazywając tę gazetę "szmatławcem". xD
** Gwoli ścisłości - przypominam, Sound Sour/Five w tym ff przeżyli misję eskortowania Saskacza - za bardzo ich lubię by dać im umrzeć noooo (ekhem, przynajmniej jak na razie, moje zdanie co do uśmiercania może się zmienić) xD
*** Mowa tu o takich głupolach z fillerów. Należeli oni do jakiegoś więzienia Orosia, czy coś. Podam zresztą >LINK< do ich opisu. Ich imiona kojarzą mi się też z pewnymi technikami malarskimi Saia, z tym że jego postaci braci były dobrze zbudowane - o dziwo, nie było słowa wspomnianego o tym w ciekawostkach, a wiem że na bank to ich imiona mają demony Saia - a przynajmniej PODOBNE xD
**** Wymyśliłam to, to żaden fakt. Nie googlujcie tego bo nic na ten temat nie ma xDD Takie tam przyrównanie do walki z Shikamaru, który też walczył z dziewczynami ^^"
***** Tak, możecie się zdziwić ale lubię ich ship - no nic na to nie poradzę, przepraszam xDD Możliwe, że skończą razem, ale jak na razie mówię to póki co ^^""
~~~~~~~~
No i koniec rozdziału! Mam nadzieję, że podobała Wam się ta perspektywa :D Bo ja, mówiąc szczerze świetnie się bawiłam… Szczególnie przy wspomnieniach naszego dzisiejszego bohatera o rodzicach i klubie. Jak widać, nawet nie zakładali że ich syn mógłby coś cimcirimci z osobami tej samej płci xD Jak również liczę, że choć trochę teksty naszego narratora Was rozbawiły czy coś...
Iii... Tak, wydłużyłam nieco dialogi między naszym dzisiejszym bohaterem i "Doiem - intruzem", gdyż tamte były zdecydowanie za krótkie. I zanim ktoś spyta - tak, dokonałam już zmian w tamtym rozdziale, w którym ta scena padła po raz pierwszy. A była to pierwsza część notki 24tej ^^ Po za tym, jakbyście przypadkiem skojarzyli że podobne błagania ze strony Suigetsu o ratunek padły już w stronę Deidary to tak, macie rację, tak było. Suigetsu próbował wycyganić pomoc w ten sam sposób zarówno od Deia, jak i naszego dzisiejszego bohatera. I to właśnie do tego drugiego próbował się najpierw zwrócić ^^
Jeśli też martwicie się tym, że tylko nasz dzisiejszy bohater miał takie dziwne uczucia względem Deia, to nie musicie się martwić - Dei z tego stanu również nie zostanie wykluczony xD
W każdym razie, liczę że zbyt wielu błędów nie było, bo sorawdzałam i przeinacząłam treść wielokrotnie, a jeśli coś się znajdzie to wybaczcie ;-;
Ok, bo przedłużam - do następnego, a ten... Miejmy nadzieję że niebawem, bo mam dużo pomysłów!

No więc właśnie, doczekane.
OdpowiedzUsuńPieprzenie o sztuce? Nie brzmi zbyt ciekawie.
No... Przyznam że Sasek był na mojej liście podejrzanych. A jednak. No, przyznam że ma charakterek lepszy niż w animcu. Oj Sasek... Kłamiesz na każdym kroku... Ale wow... Sasek przeprasza Karin za spóźnienie? Powinien rzec "Cicho babo." Taka idiotka jak pewna osoba z którą miałam nieprzyjemność obcować. xD
No tak... Oro nie jest zbyt smaczną postacią, wygląda na starego zboka. Biedny Sasek, lepi sie do niego taki kapeć... Aż musiał odreagować... Ja bym nie poszła jakbym dostała takie zaproszenie. 0.o Zniewieściały Dei... Biedactwo... No ale Sasek to cały czas kłamie... Nieładne to. Nudne te pojedynki, ja i Sasek byśmy po prostu wyszli... Też był sie ulotniła przy pierwszej okazji.
Te wydarzenia z innej perspektywy robią się jeszcze bardziej ciekawe. Ciekawe czy znajdą Suika, mam nadzieje że nie. I dwa zwłoczki niósł z powrotem. xD
Czyżby Sasek miał wątpliwości co do zaciupania braciszka?
Ale nie, Karin nie może wypluć z siebie dzieciaka jak w animcu. Ktokolwiek, byle nie różowa i czerwona... No i czekamy na następny!
Ja to bym sobie z chęcią przeczytała jakiś rozdział z perspektywy Itachiego :D
OdpowiedzUsuń