czwartek, 14 października 2021

| Katsu 30 | Determinacja i nowy związek

 

Czas historii: lipiec, 699 l.a.t.e

============

Od mojego zerwania związku z Itachim minął miesiąc. I nawet po takim czasie trudno mi było sobie przyswoić ten fakt… Szczególnie, że tak naprawdę tylko my dwaj o tym wiedzieliśmy, bowiem nie zdążyłem się tą wiadomością podzielić ani z Hidanem, ani z Sun Yang, z którą coraz bardziej zaczynałem się zaprzyjaźniać. Tak, dobrze czytacie. Nawet IM nie powiedziałem. Dlaczego? Cóż… W ciągu całego tego miesiąca sporo rzeczy się wydarzyło. Było to tak upierdliwe że nawet nie zdążyłem siąść i spokojnie pomyśleć…

Po pierwsze, jeden ze szpiegów organizacji dał Painowi cynk, iż coraz więcej ludzi o nas wie, dlatego Konan, która do tej pory cały czas sama rządzi Deszczem, zaczęła zaganiać nas do treningów bardziej niż kiedykolwiek, przez co moje treningi z Kakuzu nie będą już więcej odkładane na później.

– No już dobrze, teraz już naprawdę zajmę się tym szczylem – Westchnął ciężko, gdy zostaliśmy pewnego dnia wezwani do gabinetu.

Po drugie… Przemeblowanie chałupy. * A dokładniej, przydzielenie pokoi dla Sun Yang i Fuu, by ta pierwsza przestała już mieszkać z rodzicami i w końcu zaczęła odzwyczajać się od ich obecności, a ta druga… Opuściła loch. Tak, biedaczka od kwietnia przecież spała w lochach. Mimo bycia pełnoprawnym członkiem Akatsuki…

– A jakich będę mieć fajnych sąsiadów! Uulalaa! – Śmiałą się (a przynajmniej, na to wyglądało że była ucieszona), przyśpiewując i łapiąc Hidana i mnie pod ramię. Dużo mniej szczęścia miała natomiast Sun Yang, gdyż jej pokój… Znajdował się na tym samym piętrze co pokój Kisame. Który jak wiadomo, mocno na nią leci, a ona… Wręcz przeciwnie. Tak więc gdy Rekinek tylko zaczynał jakiekolwiek sugestie odnośnie ich „związku”, dziewczyna rzucała rozpaczliwe spojrzenie albo na Sasoriego, albo na Kakuzu, wzdychających smętnie, że „robią za ochroniarzy dla szczyli”… Co jak wiadomo było poniekąd prawdą. Przynajmniej jeśli chodzi o Sasoriego. Jakby nie patrzeć, to on bardzo mi pomógł, gdy doszło do pewnego incydentu z Tobim. Nie oznaczało to też oczywiście, że sama nie potrafiła nic zrobić. Bardzo często sama stawała w swojej obronie, ale niekiedy i jej brakowało sił i zmuszona była zasięgać wsparcia. Nie zawsze, ale zdarzało się, jak już mówiłem.

Kolejną ważną sprawą, o której coraz częściej się gadało, było polowanie na trzyogoniastego… Między innymi dlatego też Konan zaczęła tak napastować naszego skarbnika, by ten ruszył w końcu tyłek i mi pomógł.

Dziś miał właśnie nadejść ten dzień… Treningu oczywiście. O godzinie czwartej rano zadzwonił budzik, na którego walnąłem ciężką łapę, by przestał dzwonić. Westchnąłem ciężko, pozwalając sobie poleżeć niecałą minutę, po czym zwlokłem się z materaca jak zombie i podszedłem do okna.

Widok za nim powitałem spojrzeniem spod byka. Mimo tego, że było już widno (lipiec!), czułem, że ta godzina na wstawanie stanowczo nie jest dla mnie… Ale cóż zrobić. Kakuzu kazał, to trzeba było. I tak dobrze, że nie wymyślił wstawania o trzeciej, bo i taki początkowo miał plan. Na szczęście zmienił zdanie.

Przetarłem zaspane oczy i powlokłem do łazienki, by umyć twarz i wziąć orzeźwiający prysznic.

Wycierając i ubierając się, powtarzałem sobie w głowie i przekonywałem samego siebie, dlaczego wstawanie na trening o tej porze jest dobrym pomysłem. Służyły mi do tego słowa samego Kakuzu: „Później będzie pieprzony skwar. Chyba nie chcesz ćwiczyć na patelni?”

Oczywiście, że nie chciałem. I pewnie teraz niektórzy mogliby podsunąć nam porę wieczorową… Ale i tu Kakuś miał gotową wymówkę:
„Wtedy nie będzie mi się chciało. Po za tym, będziemy mniej produktywni”.

Tak więc, zostały nam pory wczesno poranne... Co oczywiście nie oznacza, że z tych wieczorowych nie będziemy korzystać, wręcz przeciwnie, jednakże skarbnik uparł się, by na początku zaczynać niedługo po świcie.

Jak się okazało, nie byliśmy jedyni, którzy wpadli na ten pomysł… Wychodząc na korytarz, zderzyłem się z Hidanem.

– Ał! Uważaj jak leziesz, parówo! – Warknął, trzepiąc mnie w głowę z otwartej dłoni. Oczywiście mu oddałem, na co schwycił moją rękę, chcąc ją wykręcić, w ostatniej chwili jednak udało mi się zablokować chwyt. Hudan uśmiechnął się szeroko.

– Niezła próba! – Stwierdził, po czym w jego oczach ujrzałem niebezpieczny błysk – A jeśli walnę cię w ten sposób, to…!

– Czy mnie oczy nie mylą? – Jak na zawołanie, usłyszałem za sobą głos mojego tymczasowego mentora, powstrzymując tym samym chcącego mi przyłożyć Hidana – TY wstający tak wcześnie?!

– Obróciłem głowę, by spojrzeć na Kakuzu, jednak pytanie swoje zdawał się adresować do młodego Jashinisty, patrząc na niego w niemałym szoku.

Chłopak widocznie musiał odebrać to zaskoczenie oraz pytanie jako swego rodzaju pochwałę, bo od razu dumnie się wyprostował, patrząc na nas z wyższością (nawet jeśli od Kakuzu był niższy).
– Tak! Jak widać, i ja potrafię! – Przytaknął zadowolony.
– Posłuchaj, gamoniu – Zaczął od razu Kakuzu ostrym tonem, a mnie przeszedł lekki dreszcz grozy. Widocznie nie był w dobrym humorze – Jeśli specjalnie wstałeś, by nam przeszkadzać w treningu, to jak matkę kocham…!
– Ej, zluzuj dziadzie! – Hidan przerwał mu, podnosząc ręce w obronnym geście – Ja się idę modlić!

– O, a od kiedy twoja religia mówi by robić to tak wcześnie? – Zapytał uszczypliwie bankier – Od wczoraj? Czy może wstałeś skoro świt, dowiedziałeś jakimś cudem że są nowe praktyki i…

– NIE DO CHUJA! – Wydarł się na to chłopak, aż czułem pod stopami jak podłoga zadrżała – PO PROSTU TAK SOBIE WYMYŚLIŁEM!

– AHAA! AKURAT WTEDY, GDY MY TRENUJEMY?! – Odwrzasnął Kakuzu, na co rzuciłem szybkie spojrzenie na szyby w oknach. Mógłbym przysiąc, że i one się już wtedy ruszały, z sufitu poleciał tynk, a na ścianach utworzyły się pajęczynki zwiastujące zawalenie budynku…
„Oby to była tylko moja wyobraźnia”, pomyślałem z trwogą, rzucając rozpaczliwe spojrzenie na swoich dwóch kumpli, którzy nie przestawali się na siebie drzeć:
– CZYTAŁEŚ W OGÓLE PROGNOZĘ POGODY STARY ZJEBIE?! – Ryknął Hidan.

– CZY CZYTAŁEM?! – Huknął skarbnik – TO OD DŁUŻSZEGO CZASU MOJE PIERDOLONE HOBBY, MAŁY SUKIN…!

– CZY MOŻECIE ZAMKNĄĆ MORDY?! – Usłyszeliśmy nagle wszyscy taki ryk, na który od razu wszyscy się odwróciliśmy. Na schodach stali Kisame z Itachim. Mieli na sobie narzucone płaszcze organizacji, spod których rekiniemu  spod niedopiętego suwaka ewidentnie wystawała piżama. Jego drugi towarzysz zapewne też ją miał na sobie, ale nie mogłem dojrzeć przez zasłaniającą jego nogawki sylwetkę Rybci, patrzącego się po nas groźnie.
– Ludzie tu kurwa próbują jeszcze spać! – Warknął już nieco bardziej uspokojony nagłą ciszą – Idźcie być zjebani gdzie indziej!

I takim oto akcentem ruszył z powrotem na górę niczym burza. Itachi też ruszył z miejsca, jednak zanim to zrobił, obrzucił nas tylko zrezygnowanym, nawet nieco przepraszającym spojrzeniem.

Kakuzu westchnął.

– Dobra, idziemy na dół – Zarządził. Poszliśmy i tak znaleźliśmy się w kuchni, gdzie moi dwaj koledzy zdawali się kompletnie nie pamiętać tego co przed chwili między nimi zaszło. Kakuzu siedział przy stole popijając tylko kawę i zapisując coś w swoim notatniczku, zaś Hidan trajkotał mi o swoich modlitwach i o tym jak strasznie je zaniedbał ostatnimi czasy.

– Aż źle się przez to fizycznie czuję – Wyznał, grzebiąc widelcem w swoim talerzu z jajecznicą – I widzisz, wszystko przez babę…

– To może w końcu ją sobie odpuścisz? – Zapytałem. Mowa była oczywiście o Konan, do której Jashinista od dłuższego czasu smalił cholewki.

– Cóż, nie zamierzam – Stwierdził, prostując mięśnie z wesołym uśmieszkiem – Jeszcze się we mnie zakocha. Zobaczysz!

Powstrzymałem się od dalszego zniechęcania i ostentacyjnego westchnięcia, gryząc po prostu swojego tosta. Wiedziałem, że dalsze próby odwiedzenia go od prób podrywania naszej liderki nic mi nie dadzą. Przynajmniej, gdy byłem jeszcze zmęczony i nie miałem ochoty na kłótnie.

Pogadaliśmy jeszcze chwilę, po czym wraz z Kakuzu wyszedłem z kuchni.
– Dobra! To do potem! – Mruknął Hidan, po czym ruszył po coś do siebie na górę. Pomachałem mu i szybko dobiegłem do skarbnika. Po drodze jeszcze spotkaliśmy Sasoriego, życzącego nam powodzenia i tak wyszliśmy z budynku.

A co do lalkarza… Po incydencie z Lordem Góry, jak pamiętacie, usiłowałem go przeprosić za wszystko, jednakże ten co chwila mnie zbywał mówiąc że jest zajęty… Poniekąd była to prawda, jednak później, gdy w końcu udało mi się go skutecznie dopaść, wyznał wreszcie że był n mnie wściekły. Przeprosiłem go chyba z milion razy, by usłyszeć:
– Dobra, wybaczam – Powiedział, kładąc mi drewnianą rękę na barku, aż się skrzywiłem lekko z bólu. On kontynuował: – Ale pełnię tego wybaczenia otrzymasz, jak na polu bitwy przestaniesz zachowywać się jak ciota. Masz się wziąć za siebie, jasne?!

Dwa razy mi nie trzeba było powtarzać. Nie chciałem mieć z nim napiętych relacji, także wziąłem się do roboty… I nawet jak nie z Kakuzu, to sam coś w końcu zacząłem robić… Nie jakoś specjalnie gorliwie, bo czasami sobie folgowałem i faktycznie potrafiłem dzień lub dwa nie ćwiczyć, po czym zaraz brałem się znów w karby. Nie mogłem więc już powiedzieć że nie robiłem kompletnie nic. Tym bardziej teraz, gdzie jak mówiłem, Kakuzu rozpisał specjalny trening i ustalił jego godziny.

– Dobra – Powiedział, gdy byliśmy już poza granicami wioski – Mam nadzieję, że wziąłeś tę swoją glinę?
– Oczywiście! – Przytaknąłem, jednak dla pewności sprawdziłem jeszcze okolice spodni. Na szczęście niczego nie pominąłem.

– To ulep z niej tę swoją gigantyczną papugę – Zarządził skarbnik – Tę, na którą wsiadasz.

– Masz na myśli kanarka…– Poprawiłem go z nadąsanym wyrazem twarzy. Machnął ręką lekceważąco.

– Wiesz o co chodzi – Mruknął – Ulep i tyle.

Powstrzymując się od wywrócenia oczami, po prostu sięgnąłem do swojej torby, następnie formując w dłoniach odpowiedni kształt. Gdy maleńki kanarek był gotowy, rzuciłem go na podłogę i po ułożeniu dłoni w odpowiednią pieczęć, moje dzieło stało się dwa razy większe od nas.
– Świetnie – Stwierdził Kakuzu – Nasz dzisiejszy… I przypuszczam że nie tylko dzisiejszy bo zapewne rozłożymy go na następne miesiące - trening, polegać będzie na tym, że będę testować twoją szybkość.

– Czyli że co? – Zapytałem z tępo.

– Uciekasz na ptaku a ja próbuję cię złapać – Powiedział po prostu Kakuzu, wywracając oczami – Jeśli od razu cię złapię i nie będę odczuwał przy tym żadnego zmęczenia, zadanie zawalone. Jeżeli zaś będę mieć trudności i nie uda mi się w ogóle cię złapać w ciągu dwóch minut, misję masz zaliczoną i będziemy mogli przejść do dalszych rzeczy.

– Pff, prościzna! – Parsknąłem, wsiadając ochoczo na kanarka.

– Noo, zobaczymy – Odparł pobłażliwie – Oddal się ode mnie i daj znać kiedy będziesz gotowy.

Zrobiłem jak powiedział. Wzbiłem się w niebo i odleciałem na jakieś kilkanaście metrów, po czym rozłożyłem beztrosko ręce jak samolot.

– Jestem gotowyyy! ~ – Zawołałem śpiewnie… I zaraz pożałowałem swojej beztroski. Bo oto w moją stronę już leciała ręka Kakuzu, rozciągnięta przez dziwaczne liny.

 Ledwo umknąłem przed złapaniem, by zaraz znów musieć mierzyć się z drugą ręką… Potem z pierwszą… Ciach! Zostałem złapany. Kolejna próba, fiasko. Jeszcze jedna próba… I jeszcze następna…

– Do ciężkiej kurwicy, co się z tobą dzieje?! – Wkurzył się mój trener, gdy w końcu przysiedliśmy by odpocząć – Powiedz mi, jak z takimi umiejętnościami… A właściwie to ich BRAKIEM, zdołałeś ty w ogóle pokonać KAZEKAGE?!

Westchnąłem.

– Sam nie wiem – Odparłem beznadziejnie – Wtedy byłem… Chyba bardziej przygotowany… Lepszy? Nie wiem, ja po prostu…

– Rozleniwiłeś się? – Dokończył za mnie skarbnik – Zapuściłeś? TO się stało, że się potem i teraz zesrało?

Wbiłem wzrok w ziemię.

– No…– Znowu westchnąłem – Najwidoczniej tak. Ale… Ale wiesz – Spojrzałem na niego błagalnym wzrokiem – Miałem problemy osobiste i…

Tu podniósł rękę na znak, że mam się zamknąć.

– Nie – Powiedział stanowczo, wręcz ostro – Nawet nie chcę słyszeć takich durnych wymówek… Co to ma kurwa znaczyć, „problemy osobiste”? Chłopie! Nie każ mi tutaj cytować zasad panujących w organizacji! Pamiętasz punkt dziesiąty?!

– N-Nie? – Odrzekłem cicho.

– Nie zacytuję słowo w słowo, ale z tego co pamiętam – Powiedział, patrząc na mnie ironicznie – To nie akceptuje się czegoś takiego, że ponoszą cię emocje i wplatasz życie osobiste w misje! „Zakładając płaszcz, stajesz się Iną osobą”, do chuja! Nie ma że wyjesz bo umarł ci kot, pożarłeś się z kimś czy zerwałeś! W czasie poselstwa o tym nie pamiętasz! I pomimo stanu psychicznego – nieważne jaki jest - trenujesz!

– Ok, czaję – Wymamrotałem, czując jak dreszcz przebiega mi po plecach na wzmiankę o zerwaniu. Zacisnąłem pięści na kolanach po czym spojrzałem z zamyśleniem w przestrzeń przed siebie.

„Miał całkowitą rację… Co ja sobie myślałem? Czy ja naprawdę pobłażałem sobie przez… Tego palanta Uchihę? I przez to, co ostatnio nawiedza moje myśli? Te dziwne wspomnienia? Fakt faktem, są one jak wrzód na dupie i ciężko się przez nie skupić, ale czy naprawdę…?”

Otrząsnąłem się z tych myśli, po czym stanowczo popatrzyłem na skarbnika.

– Tak… Wiem o czym mówisz i w pełni się z tobą zgadzam – Powiedziałem z powagą, wstając z miejsca – Nie chcę już tak więcej robić… Wracajmy do treningu.

I nawet, jeśli powiedziałem to trochę wbrew sobie, bo całe moje nagromadzone lenistwo wołało „nie”, byłem zadowolony że się przełamałem. Że zrobiłem ten mały kroczek.

*.*

No dobrze, bądźmy szczerzy… Tak pięknie to też za specjalnie nie było. Bo nawet, jeśli nie przyznałem się tego Kakuzu na głos, to wielokrotnie moją głowę nawiedzały momenty, w którym byłem o włos od tego, by powiedzieć to pieprzone „nie”. Żeby zejść na ziemię, podziękować i wyjść… Naprawdę, mój stan psychiczny doszedł już do takiego momentu… To było okropne.

– Co, zmęczyłeś się?! – Wrzasnął Kakuzu z dołu.

– N-Nie! – Odkrzyknąłem.

„TAK!”, ryknął głosik w mojej głowie. Zapewne sumienie, oburzone że próbowałem oszukać samego siebie.

– To świetne! – Stwierdził skarbnik, nadal krzycząc z dołu – To kolejna runda!

– Kurwa mać – Jęknąłem cicho, po czym od razu naszła mnie chęć, by sam się strzelić w mordę.

„Nie”, pomyślałem: „Nie, cholero. To już trwa za długo… Już nie możesz sobie odpuścić.”

Westchnąłem już chyba po raz tysięczny tego dnia, który dla wielu ludzi tak naprawdę dopiero się wtedy zaczynał.

„Spokojnie. To, że nie ma teraz na tym etapie wybuchów, nie oznacza że nie będzie ich wcale!”, pocieszałem się. „To tylko przejściowe! Po prostu musisz przestać być powolnym zjebem!”

Trenowaliśmy więc dalej, aż nie nadeszła ósma. Dokładniej, kwadrans po. Wtedy też Kakuzu kazał mi zejść na ziemię i gdy podszedłem do niego, on wciąż ze wzrokiem w górze powiedział:

– Dobra, robi się już za ciepło. Za chwilę będzie tu piekielny kocioł… Kończymy na dziś. Ale pamiętaj! Jutro widzimy się tu o tej samej porze!

Skinąłem głową i każde z nas poszło w swoją stronę. Ja do siedziby, on… No cóż, to już wiedział sam.

Szybko znalazłem się w swoim pokoju i swojej łazience, do której wszedłem z nieukrywaną przyjemnością. Zimny prysznic marzył mi się już od kilku godzin. Ale nawet jeśli przyniósł on chwilową ulgę, nadal nie mogłem przestać zadręczać się słowami mojego chwilowego trenera.

„Naprawdę stałem się taki beznadziejny?” przemknęło mi przez głowę, gdy wychodziłem z brodzika i zacząłem się wycierać. Wtedy też naszła mnie myśl:

– Nie mogę trenować tylko z nim – Wymamrotałem ją i popatrzyłem na siebie uważnie w lustrze.

„Sam też muszę coś robić”, dopowiedziałem sobie już w głowie. I w ten oto sposób w umyślnie zrodził się szalony dla mnie plan: miałem biegać. Biegać, ćwiczyć walkę na manekinach… Ogólnie taijutsu. Coś, czego mocno nienawidziłem i coś, czym do tej pory nie musiałem się martwić z uwagi na to, że przecież walczyłem na dalekie dystanse.

Sapnąłem zrezygnowany, ale postanowiłem sobie że osobiście również poszerzę zakres obowiązków treningowych. W tym celu… Zajrzałem najpierw do szafy. Jeśli miałem zacząć biegać i trenować ogólnie „normalnie”, tj. bez żadnych ostrych narzędzi i wybuchowych technik, to naturalnie musiałem mieć do tego odpowiedni strój… Tylko że nie. W mojej szafie nie znajdowało się nic z tych rzeczy. Wszystkie dresy, w których ćwiczyłem w liceum na wf-ie już dawno były na mnie za małe.

– O chuj… Kiedy tak urosłem? – Zdziwiłem się i szybko zmierzyłem. W końcu jeszcze niedawno byłem grzdylem najniższym spośród wszystkich tu osób… A teraz? Wow… Ładne sto siedemdziesiąt dwa centymetry.** W prawdzie nie jest to jakoś specjalnie dużo, w końcu wielu dzbanów i tak zaczęło by pleść mądrości typu: „prawdziwy facet zaczyna się od stu osiemdziesięciu”… Ale postanowiłem się nie załamywać. NAWET jeśli wciąż jestem drugim co do najniższego w organizacji. NAWET, jeśli Sun Yang jest ode mnie dwa centymetry wyższa…. I wreszcie, NAWET jeśli Uchiha ma ten pieprzony ponad metr osiemdziesiąt.

Popatrzyłem sceptycznie na swój strój do walki. Właściwie, mógłbym niby biegać w tym… Ale równocześnie nie chciałem też rzucać się w oczy. Nawet jeśli nie miałbym na sobie płaszcza, to większość mieszkańców Deszczu doskonale wiedziała jak pod spodem ubierają się członkowie organizacji. W końcu niejeden raz wracaliśmy z misji z rozpiętymi płaszczami.

„Nie, to zdecydowanie musi być coś innego”, pomyślałem w końcu i rozejrzałem za swoim portfelem.

Przeliczając pieniądze, pomyślałem o nowym i w zasadzie jedynym centrum handlowym w osadzie. Zbudowano je raptem dwa lata temu, ale ani razu go nie odwiedziłem, bo też nie miałem po co. Nie miałem pojęcia też, ile dokładnie jest tam sklepów i czy będzie mnie stać na cokolwiek stamtąd, ale nie zaszkodziło się przejść. Zresztą… Po drodze były przecież stragany i małe sklepiki.

– Ok., podsumujmy…– Powiedziałem do siebie, biorąc do ręki małą karteczkę i długopis, po czym usiadłem na łóżku, garbiąc i  podpierając o stolik nocny, by mieć równy grunt do pisania – Nowe buty, nowa koszulka, spodnie dresowe… Bluza? Niee… Bluzę kupiłem niedawno… Co jeszcze?

Zastanawiałem się gorączkowo przez chwilę, po czym ostatecznie poprzestałem na trzech rzeczach. Zerknąłem na zegarek, zastanawiając się, czy centrum już jest otwarte. Było po dziewiątej.

– To pewnie dalej za wcześnie… Ale cóż – Rzekłem, wzruszając ramionami. Wyszedłem z pokoju, po czym zszedłem na dół i wreszcie opuściłem siedzibę.

Pogoda nie należała do najprzyjemniejszych. Nawet jeśli było słonecznie, to niestety jak dla mnie, stanowczo za gorąco. Ukrop totalny, prawie żadnego cienia… Okropność. Mimo to, zdecydowałem się ruszyć naprzód. Wiedziałem, że jeśli głupia atmosfera zacznie odbierać mi chęci na cokolwiek, to niczego nie osiągnę i dalej będę się męczył na treningach… Nie wiedziałem co prawda, czy akurat odmówienie sobie spaceru w upale ma cokolwiek wspólnego z walką z moim ostatnim lenistwem na treningach, ale pomyślałem że lepiej, jeśli nie będę już opuszczał się w niczym.

„Coś czuję, że z tym zawzięciem szybko sam siebie znienawidzę”, przemknęło mi przez głowę „a przynajmniej, moje ciało mnie znienawidzi, albo ludzie wokół…”

Z tymi myślami, szedłem smętnie przez miasto, cały czas mając z tyłu głowy by jak najszybciej zawracać do domu i pokoju, żeby uchronić się przed gorącem. Że przecież nie muszę zaczynać od zaraz, że ubrania kupię sobie kiedy indziej, że przecież i tak nie skupiam się na tym, co oglądam na tych straganach, że te ciuchy są i tak wieśniackie, że…

Tu poczułem stuknięcie w ramię i już miałem się odwrócić, gdy przede mnie wysunęła się blada twarz Sun Yang.

– Hej! – Zaświergotała, szczerząc zęby.

– Cześć, Deidara! – Przywitała się Qiu Yin, dziewczyna Sun Yang, stojąc obok niej. Obie złapały się radośnie pod ramię, nie zważając na spojrzenia wokół nich.

– No hej… – Powiedziałem, siląc się na uśmiech. Mimo tego, że przed chwilą wyszedłem na ten ukrop, już czułem się zmęczony i rozdrażniony.

– Co tu robisz? – Zapytała Sun, rozglądając się po bazarze z lekko kpiącym uśmieszkiem – Kupujesz tu coś?

– Tak, chciałem kupić sobie nowe ubrania do ćwiczeń – Odrzekłem – Ale na chęciach się skończyło, bo nie widzę tu nic ciekawego.

– Nie dziwię się! – Parsknęła czarnowłosa, klepiąc mnie ze śmiechem po ramieniu.

– Czemu nie pójdziesz do centrum? – Zapytała Qiu Yin – Tam na pewno coś fajnego znajdziesz, masz większy wybór.

– Nie wiem o której jest otwarte – Wymamrotałem.

– Od ósmej trzydzieści – Odparła jasnowłosa, patrząc na zegarek – Mamy za dwadzieścia dziesiątą, jakbyś pytał.

– Ale to chyba sama galeria się tak otwiera, co nie? – Dopytywałem.

– U nas nie – Wtrąciła Sun – U nas wiele rzeczy działa już bardzo wcześnie do bardzo późna… Nie mów, że nie wiedziałeś?

– Nie zwróciłem uwagi – Powiedziałem wymijająco. „W takim razie Deszcz jest nieco okrutny dla zwykłych mieszkańców, skoro tak funkcjonuje”. Pomyślałem.

– Właściwie, czemu nie poszedłbyś z nami? – Zaproponowała Qiu Ying.

– Po co? Gdzie? – Zdziwiłem się.

– No, do centrum! Też tam idziemy, a ty chyba też chcesz coś sobie kupić, prawda?

Potwierdziłem.

– No to na zakupy! – Zawołała radośnie blondynka, chwytając pod ramię już nie tylko swoją dziewczynę, ale i mnie.

W ten oto sposób, znaleźliśmy się w galerii. Bilbord na jej dziedzińcu głosił, że sklepów miało być tam około dwustu… Było w czym wybierać. Jak się też okazało, dziewczyny potrafiły świetnie doradzić mi w wyborze, ale też… Skończyło się na tym, że butów nie kupiłem jednej pary, a dwie. To samo ze spodniami, a bluzek miałem już ze trzy. Ich koronnym argumentem było to, że przecież:

– Nie możesz chodzić biegać ciągle w tym samym! – Mówiła Qiu Yin.

– Jak w końcu będziesz musiał wyprać te przepocone ciuchy, będziesz w dupie a treningiem bo przypominam ci, że to gówno schnie – Dodawała Sun Yang.

I oczywiście posłuchałem, kupując każde ich słowo. I to dosłownie… Ale cóż zrobić, ostatecznie miały rację. Wszystko co mówiły było logiczne… Kurde, co ja sobie myślałem? Jedna para? Pfff…

– Ja chyba jestem jakiś nienormalny – Mruknąłem, siedząc w fotelu w jakimś butiku, gdzie dziewczyny wybierały już rzeczy dla siebie.

– Mówiłeś coś? – Zapytała Qiu Yin, odwróciwszy się do mnie z naręczem ubrań, które miała przymierzyć.

– Nie, nie. Nic – Powiedziałem, machnąwszy ręką.

– Nie, nie. Nic – Powiedziałem, machnąwszy ręką. Nie wiem, ile już tak siedzieliśmy. Sun Yang dawno już wybrała sobie co chciała, teraz próbowała zrobić wszystko, żeby tylko przyspieszyć zastanawianie się blondynki nad tym, co powinna kupić.

Oglądałem ich poczynania w milczeniu, zastanawiając się nad swoją wieczorną rozgrzewką, gdy ktoś złapał mnie gwałtownie za ramię aż o mało nie krzyknąłem:

– Cześć, parówo! – Był to oczywiście Hidan, cały zadowolony z mojej reakcji – Co robisz w takim miejscu, hmm?

– Ee… Wybierałem sobie ubrania na dzisiejszy trening – Wymamrotałem, powoli zdejmując z siebie jego rękę, na co ten również usiadł na różowym fotelu obok mnie.

– Nie chcę ci nic mówić – Powiedział ostrożnie i z nagłą powagą – Ale to… To DAMSKI sklep – Dokończył po czym zaczął głupio chichotać. Wywróciłem oczami.

– Tak, zauważyłem – Powiedziałem nieco ostro – I dla twojej wiadomości, ja już sobie wszystko kupiłem w INNYM sklepie… A tu kupuje Sunny i Qiu Yin, więc daruj sobie!

– Jeejuś, spokojnie! – Hidan wystawił ręce w obronnym geście – Żartuję tylko! Nie bądź taki krzywy!

Westchnąłem ciężko.

– Sorry – Mruknąłem.

– Stało się coś? – Zapytał Jashinista, już naprawdę poważy.

– Ten trening – Odparłem męczeńsko – Nie wiem, czy podołam… Obiecałem sobie, że porządnie się za siebie wezmę, ale ciągle muszę przy tym walczyć z samym sobą!

– Długo nie trenowałeś na serio, więc to normalne – Hidan wzruszył ramionami, po czym wyszczerzył zęby w uśmiechu – Ale jak już się naprawdę przełamiesz, to polubisz cały ten wysiłek! Cierpliwości!

Pomarudziłem coś pod nosem, co mój kumpel uznał za koniec tego tematu, bo zaczął grzebać coś w swoich zakupowych torebkach, których wcześniej nie zauważyłem.

– Patrz, co mam – Powiedział, pokazując mi jakieś świece, posążki, korale i inne duperele – Zajebiste, nie?

– Po co ci to? – Zdumiałem się.

– Robię nowy ołtarz dla Jashina – Odrzekł – Jeden zrobiłem poza wioską kilka lat temu i tam chodziłem się modlić. Ale uznałem, że w moim pokoju posiadanie czegoś takiego również nie zaszkodzi!

– Ale…– Odparłem ostrożnie – Ale nie będziesz się u siebie modlił… Tak, jak zawsze, nie?

Mówiąc „tak jak zawsze”, miałem na myśli to, że kładzie się na ziemi w sztyletem lub kosą wbitą prosto w serce… Czyli coś, co niedawno miałem nieprzyjemność zobaczyć po raz pierwszy na własne oczy. Jakoś kilka dni po moim zerwaniu z Itachim. Hidan był wtedy niedaleko poza wioską, przed wspomnianym wcześniej ołtarzykiem. Chciałem z nim wtedy pogadać o całej sytuacji z Uchihą, ale że był zajęty, to musiałem zrezygnować.

– Niee, co ty! – Powiedział, wkładając swoje klamoty z powrotem do toreb – Nie zamierzam zakrwawić sobie pokoju… Bez przesady.

Odetchnąłem z ulgą. Wtedy przyszły do nas dziewczyny, witając się serdecznie z moim kumplem.

– Proponuję, żebyśmy coś zjedli – Powiedziała w końcu Qiu Yin.

– Jestem za! Wybierzmy się do jakiejś restauracji! – Odezwała się natychmiast Sunny – I co wy na to, żeby iść dziś do klubu!?

– Ja odpadam – Powiedziałem, starając się przekrzyczeć radosny okrzyk Hidana – Jutro mam trening z Kakuzu. Nie mogę za późno się kłaść, a tym bardziej pić alkoholu.

– On ci w ogóle pozwala na jakiś dzień wolny? – Zapytała czarnowłosa, patrząc na mnie w zdumieniu.

– Przestań tak gadać, dopiero pierwszy dzień z nim trenuję – Wyjaśniłem – I tak… Mam mieć niedziele wolną, a dziś wtorek, także… Przykro mi.

– To wychodzi na to, że z tobą najwyżej coś sobie zjemy tylko – Hidan otoczył mnie ramieniem – Bo chyba nie masz nic przeciwko, jakbyśmy poszli bez ciebie?

– Nie, przecież wam nie zabronię – Mruknąłem, na co chłopak nagle jakoś posmutniał i natychmiast mnie puścił.

– Dobra, nie idę nigdzie.

– No przecież mówię, że wam nie zabronię! – Zaprotestowałem – Możecie wszyscy śmiało iść!

– Odechciało mi się! – Hidan przeciągnął się z beztroskim uśmiechem, a ja wywróciłem oczami.

– Ok., skoro ustalone że nigdzie nie idziemy – Wtrąciła Sunny – To gdzie idziemy na papu?

– Chodziło mi raczej o coś innego niż jedzenie w restauracji – Oznajmiła Qiu Yin, na co wszyscy na nią spojrzeliśmy – Zróbmy coś sami! I już nawet wiem co, barszcz!

– Że co? – Zapytaliśmy wszyscy równocześnie – Co to jest? ***

– Zupa robiona przez moją prababcię – Odrzekła blondynka – Oczywiście, jak jeszcze żyła… Dawno tego nie jadłam, chciałabym więc to odtworzyć! Najpierw chciałam zrobić to z tobą – Zwróciła się do Sunny, po czym spojrzała również na mnie i Hidana – Ale że jest nas już więcej, tym będzie zabawniej!

– Okej, rozumiem że nie mamy nic do gadania? – Zapytała ostrożnie (nienawidząca gotować) Sun Yang, na co jej dziewczyna radośnie potwierdziła, wyciągając z kieszeni spodenek kartkę z przepisem i składnikami.

I tak ruszyliśmy do marketu w centrum, gdzie niemal od razu rzuciliśmy się do odpowiednich działów po wyznaczone rzeczy. Z tyloma rękami zakupy spożywcze minęły nam dość szybko, jednak gdy spojrzałem na zegarek, zobaczyłem że już było po trzynastej, gdy wróciliśmy do domu by robić dziwaczą zupę.

– Ok., ja kroję i przecieram buraki, zajmę się też mięsem – Zarządziła Qiu Yin, gdy obowiązkowo umyliśmy wszyscy rączki – Hidan i Deidara obierają ziemniaki, ty Sun krój na razie pora. Jakbyś skończyła szybciej, to pomagasz chłopakom. Albo oni tobie. Mamy jeszcze do pokrojenia seler, czosnek…

Zaczęła wyliczać i wydawać instrukcje. Wydawało się, że robimy wszystko jak należy, a przy tym było dużo śmiechu. Rozmawialiśmy, droczyliśmy się, czasem Hidan od tak rzucił we mnie marchewką a ja mu oddawałem…W środku całego tego zamieszania dołączyła również do nas Fu, narzekająca wcześniej na brak towarzystwa i przy tym oferując bezcenną pomoc. Qiu Yin oczywiście zapewniła ją, że ona również będzie mogła zjeść tajemniczy specyfik od prababci.

I w końcu ów specyfik można było spożyć. Całą piątką staliśmy wokół garnka, obserwując sceptycznie zawartość.

– Wydaje się być… Za jasny – Odezwała się w końcu Qiu Yin – Nie tak zapamiętałam ten kolor. Coś tu nie pasuje.

Poparzyliśmy na nią z przestrachem, jak wreszcie zdecydowała się nalać zupę do głębokiego talerza. Wzięła łyk… I moooocno się skrzywiła.

– Aż tak źle? – Zapytałem trwożnie, gdy Hidan po prostu chwycił za dużą łychę do mieszania i też spróbował.

– Czy źle? – Zapytał, słabym głosem – To jest chujowe! To ma być takie kwaśne?! –Zwrócił się do blondynki, która pokręciła energicznie głową.

– To ja chyba spasuję z tym próbowaniem – Stwierdziła Fu, patrząc jak i ja postanowiłem skosztować naszego szatańskiego dzieła. Faktycznie, było to jakieś kwaśne… I zdecydowanie za ostre.

Mimo to, zdecydowaliśmy się jednak przełamać i zjeść przynajmniej talerz tego czegoś, przy czym każde z nas próbowało wykryć kto czego dodał za dużo lub za mało. Oczywiście, nikt się nie przyznał. Ja sam jedynie mogłem przed sobą samym przysiąc, że działałem według instrukcji i uważnie patrzyłem… Przysięgam!

Garnek oczywiście nie został w całości opróżniony. Niestety, większość zawartości musiała zostać po prostu wylana. Pozostałe składniki pochowaliśmy gdzie trzeba, na wypadek, gdybyśmy chcieli zrobić już coś bardziej zjadliwego… Aczkolwiek robienie obiadów w kuchni tej siedziby było rzadkością. Zwykle większość z nas jadała na mieście, a jeśli już coś robiliśmy w kuchni to tylko śniadania.

– Może Itachiemu i Kisame się przydadzą – Powiedziała Sunny, chowając pozostałe ziemniaki do szuflady – W zasadzie to tylko oni tu normalnie gotują… I kto wie – Tu odwróciła się do mnie, puszczając mi oczko – Może kiedyś sobie z nimi zjesz? A dokładniej… Z pierwszym panem?

– Raczej nie – Powiedziałem chłodno – Nie zamierzam.

– Idziemy na zewnątrz? Muszę zapalić – Wtrącił nagle Hidan, a ja odczułem ulgę i nadzieję na zmianę tematu… Niestety jednak się myliłem, bo gdy już wyszliśmy i przysiedliśmy na ławeczce, żadne z moich przyjaciół nie odpuszczało:

– Dlaczego nie chcesz? – Zapytała Qiu Yin – Słyszałam, że dobrze gotuje!

– Nie w tym rzecz – Powiedziałem, przeklinając się w myślach za to, że zamiast jakoś porządnie uciąć tę gadkę, tylko ją pogłębiałem durnymi odpowiedziami: – Po prostu… Nie.

– Pewnie chodzi o to, że tutaj… No cóż, biedaczyska nie mogą być sami – Sunny przyłożyła sobie dramatycznie rękę do czoła, niemal pokładając się na ławce – A pewnie bardzo by chcieli…

– Są jeszcze hotele miłości – Hidan wyszczerzył się do mnie – Oczywiście, polecałbym wam takie poza wioską… Wiesz o co chodzi.

– Meh, sądzę że dowódca by tam nie zaglądał – Sun Yang machnęła niedbale ręką – Z tego co mi kiedyś, kiedyś mówił, to fakt że pada deszcz nie oznacza iż wtedy kontroluje ludzi. Robi to tylko wtedy, gdy mamy gości…

– Taak? – Hidanowi aż zaświeciły się oczy na tę wiadomość – Słyszałeś parówo?! Droga wolna! Robimy co chcemy!

– No! – Zawołała radośnie Qiu Yin – To teraz możesz iść po swojego i…!

– Zerwaliśmy – Przerwałem jej. Na dźwięk tego słowa czułem, jak coś ścisnęło mnie w gardle. W uszach zadzwoniło, miałem też wrażenie, jakbym doznał jakiego oczyszczenia…

Spojrzałem na moich przyjaciół. Wszyscy patrzyli na mnie z wytrzeszczonymi oczami.

– Ale jak to… Kiedy? – Wydukał Hidan.

– Miesiąc temu – Odparłem, czerwieniąc się ze wstydu, że nie powiedziałem mu nic wcześniej – Sorry, jakoś zapomniałem żeby z tobą… Z wami o tym pogadać…

– Ale co się stało? – Zapytała Fu.

– No…– Rzekłem z ociąganiem. Nie chciałem za bardzo o tym mówić, na szczęście nadeszła nieoczekiwana pomoc:

– Deidara! – Usłyszałem z oddali i wraz z pozostałymi popatrzyliśmy w tamtym kierunku.

W naszą stronę szedł Hajime Baniru, fotograf, z którym poszedłem na drinka zaraz po rozstaniu z Itachim. Poznaliśmy się, gdy robił zdjęcia w lesie, gdzie siedziałem wtedy wraz z Sun Yang. Był wtedy w pracy, ale z jakiegoś powodu postanowił nas obserwować z ukrycia… Po czym oczywiście przepraszał, gdy tylko Sun go przyłapała. Na szczęście facet okazał się być w porządku i nawet jeśli nasze poglądy na temat sztuki się nieco różniły, dobrze nam się rozmawiało Nawet, jeśli wydawał się chyba sporo starszy ode mnie. Nie wiedziałem co prawda, ile ma lat, ale wiedziałem że nasza przepaść to na pewno więcej niż pięć lub sześć lat.

– Pozwolisz? – Nawoływał mnie. Spojrzałem przepraszająco na pozostałych, po czym natychmiast do niego pobiegłem.

– No, co jest? – Zapytałem, gdy byłem już wystarczająco blisko niego.

– Zastanawiałem się po prostu, czy nie mógłbym cię porwać na trochę – Uśmiechnął się mężczyzna – Wiesz, dawno się nie widzieliśmy, po za tym zapomniałeś chyba że złożyłeś mi obietnicę! Właściwie to dwie!

– Yy… Tak? – Zapytałem powoli, starając sobie ze wszystkich sił przypomnieć o co mogło chodzić – A… Co to było?

– Och, zgodziłeś się, żebym cię namalował! – Odrzekł pobłażliwie, unosząc mi nieco podbródek. Na ten niespodziewany gest wzdrygnąłem się, na co szybko zabrał dłoń, odchrząknął i kontynuował – No i oczywiście… Miałeś pokazać mi co potrafisz! To, jaką sztukę tworzysz!

– A-aaa… – Odparłem, czując jakieś dziwne gorąco. Byłem pewny, że moja twarz jest czerwona – F-Faktycznie… Cóż… Wiesz, jestem jakby zajęty… Wiesz, siedzę z przyjaciółmi i…

– A później? – Nie poddawał się Hajime – Moglibyśmy się wybrać gdzieś wieczorem, zajść też do jakiejś knajpki, na przykład do tej gdzie ostatnio byliśmy i…

– Jeśli mówisz o alkoholu to od razu mówię że nie – Przerwałem mu – Widzisz, od dziś mam zarzucone dość intensywne treningi, które robię około czwartej rano.

– Aj, no to faktycznie – Zgodził się mój rozmówca nieco zawiedziony.

– No właśnie, po za tym…– Powiedziałem, patrząc na zegarek na ręce – Dziś wieczorem i tak wychodzę biegać. Nawet nie mam jak zbytnio pogadać…

– Rozumiem, że od znajomych nie możesz się urwać? – Upewnił się facet. Wyglądał na zdeterminowanego.

– Niezbyt, chciałem z nimi coś obgadać – Wyjaśniłem – To dla mnie ważne… No i chciałem też sam to obmyślić w samotności. A wieczorem idę biegać.

 Mężczyzna skinął głową, uważnie mi się przypatrując. 

– Mam pewien pomysł – Powiedział w końcu, uśmiechnąwszy się chytrze – I żywą nadzieję, że nie odmówisz… Pójdę z tobą!

– Yy… Ze mną? – Powtórzyłem tępo – A-Ale… Zaraz… Co? Gzie?

– No, biegać! – Mój rozmówca wywrócił oczami, przyjacielsko klepiąc po plecach – Mówiłeś, że wieczorem, tak? O której?

– Myślałem o dwudziestej… Dziewiętnastej trzydzieści? – Odparłem, zdając sobie sprawę że właściwie nie obmyśliłem dokładnego czasu od którego miałbym zaczynać i zanim zdążyłem cokolwiek przełożyć czy zmienić, on powiedział:

– Super, to o dziewiętnastej trzydzieści  w tym miejscu?

Zamrugałem zdezorientowany. Jego upór był godny podziwu. Nie wiedząc dokładnie co zrobić, po prostu skinąłem w ciszy, czując mętlik.

– To do zobaczenia! – Zawołał wesoło i natychmiast się ulotnił. Przez chwilę stałem w miejscu jak idiota, gdy poczułem wokół siebie jakieś dziwne napięcie. Obróciłem się natychmiast.

Hidan i dziewczyny, wciąż na naszej ławce, wpatrywali się we mnie porozumiewawczo. Od razu do nich podszedłem, przygotowując się na docinki.

– Ty, o to było? – Zapytał Hidan, patrząc za mną, zapewne na oddalającego się Hajime.

– O co ci chodzi? – Żachnąłem się – Gadałem z nim tylko… To coś złego?

Dopiero na tę odpowiedź mój kumpel zdecydował się na mnie spojrzeć śmiejącymi się oczyma, które zaraz skierował na równie rozbawioną Sun Yang.

–Ktoś cię tu polubił – Powiedziała, mrugając znów oczkiem porozumiewająco.

– Jak… Polubił? – Zapytałem podejrzliwie, na co i ona i Hidan westchnęli tak ciężko, że aż poczułem się głupio.

– Sunny chce ci powiedzieć, że podobasz się temu facetowi się głuptasie! – Odrzekła uśmiechnięta Qiu Yin. Wytrzeszczyłem oczy i zrobiłem krok do tyłu, patrząc zdezorientowany na kręcącą głową  Sunny.

– Mój homo-czujnik nigdy się nie myli – Skwitowała, wprawiając mnie w jeszcze większe zakłopotanie.

– H-Homo co? – Homo-co?

– Homo wykrywacz, radar… Nazywaj to jak chcesz – Odparła, beztrosko przylegając plecami  o oparcie ławki – Prawda jest po prostu taka, że potrafię odgadnąć czy ktoś jest gejem lub lesbijką. A on… Definitywnie na ciebie leci.

– Tylko… Taki jakiś za stary on jest trochę co? – Mruknął Hidan, znów zerkając za mnie, jednak gdy poszedłem wzrokiem tam gdzie on, Hajime już dawno zniknął – Właściwie, to ciężko mi się przyzwyczaić że miałbyś być z kimś innym… – Tu Sunny gorliwie mu przytaknęła, a on kontynuował – Dopiero co zaakceptowałem fakt że byłeś z…

– Słuchajcie no – Powiedziałem stanowczo – Nie wiem, co wy myślicie, ale to nie tak… Ja i ten facet… Nie ma NIC między nami, jasne? Raz się spotkaliśmy po przyjacielsku, teraz też tak będzie!

– Sądzę, że to go nie zadowoli – Wtrąciła delikatnie Fuu – Sądząc po tym, jak na ciebie patrzył i jak cię schwycił za podbródek…

Tu błyskawicznie się zaczerwieniłem w akompaniamencie przytakiwań i gorliwej dyskusji o tym, czy to na pewno dobry pomysł, żebym zapuszczał się z kimś „tak starym”.

– Możemy… – Odezwałem się w końcu, przebijając się przez tę niedorzeczną debatę – Iść porozmawiać gdzieś indziej? Nie sądzę, żeby gadanie TUTAJ o… Takich rzeczach, to dobry pomysł.

– Jasne – Zgodziłsię Hidan, błyskawicznie wstając – Przenieśmy się do mojego pokoju! Też mam zresztą coś do powiedzenia!

Zgodziliśmy się więc i poszliśmy za nim. W drodze uświadomiwszy sobie przy okazji, że to chyba pierwszy raz odkąd tutaj w ogóle miałem zobaczyć jego pokój i w ogóle do niego wejść. Od kiedy tu jesteśmy, zawsze spotykaliśmy się po za naszymi sanktuariami.

We wcześniejszych kryjówkach Hidan zazwyczaj mieszkał z Kakuzu, nie mogąc zbytnio dać upustu swojej wyobraźni. Ciekaw więc też byłem, co wymyślił… I nie zawiódł mnie.

Powitała mnie bowiem ciemnoszara tapeta i widok różnych dziwnych masek na ścianach, mrożący krew w żyłach (zapewne dla Jashina) ołtarzyk przyozdobiony czaszkami, świecami i koralikami które widziałem już dziś rano. Do tego czarne meble w postaci szafy i stolików nocnych, oraz oczywiście dosyć spore łóżko z (oczywiście) czarną pościelą. Spojrzałem desperacko w bok, chcąc nieco uciec od tego przygnębiającego klimatu, trafiając w ten sposób wzrokiem na dwa duże okna, przykrytymi czerwonymi zasłonami.

– Nooo, to czujcie się jak u siebie! – Rzucił beztrosko Jashinista, siadając od razu na swoim łóżku.

– Milutko tu…– Skomentowała Qiu Yin, rozglądając się. Spojrzałem na nią podejrzliwie, podejrzewając sarkazm… Jednakże wydawała się mówić szczerze.

– Wiem, sam cały wystrój zaprojektowałem! – Odparł Hidan, wyraźnie z siebie dumny, po czym spojrzał na Sun Yang – Widzę, że wywiera na ciebie tak samo piorunujące wrażenie jak gdy pierwszy raz tu zawitałaś!

– Tak, dalej jestem pod wrażeniem tych czaszek – Stwierdziła dziewczyna, podchodząc do ołtarza. Popatrzyłem po nich.

– To wy już się odwiedzaliście? – Zapytałem.

– No tak, co w tym dziwnego? –Zaskoczyła się Sunny, patrząc na mnie ze szczerym zdziwieniem – Nawet spaliśmy u siebie!

– CO? – Wytrzeszczyłem gały i kompletnie otępiały popatrzyłem na Qiu Yin, która tylko wzruszyła ramionami.

– Dopóki nie robią niczego dziwnego to czego miałabym im zabronić? – Stwierdziła, na co Fu rzuciła jej dziwne, jakby oskarżycielskie spojrzenie. Gdy spotkałem się z nią wzrokiem, od razu zmieniła minę na „obojętną”.

– Dokładnie! Nie mów że nie słyszałeś o przyjaźni damsko-męskiej? – Parsknął Hidan, odciągając mnie od tej dziwnej mini scenki. Popatrzyłem na niego z pod przymrużonych powiek.

„Akurat w twoim przypadku ciężko mi sobie wyobrazić cię w takiej relacji!”, pomyślałem.

– W każdym razie, o czym mieliśmy dyskutować? – Zagadnęła Sunny, zmieniwszy nieco temat.

– Chodzi o Konan – Powiedział Jashinista – Powiedzcie, doradźcie coś… Co mam zrobić żeby w końcu spojrzała na mnie jak na faceta?!

Wydałem z siebie potworny jęk rezygnacji, na co oberwałem poduszką.

– Jak nie masz niczego ciekawego do podzielenia to się tam zamknij! – Ofuknął mnie – Pytam poważnie!

– Ale przecież ci już mówiłem – Odparłem najostrożniej jak umiałem – że przecież ona cię nie chc…

– Ty, mam rzucić w ciebie kosą tym razem?! – Warknął siwowłosy. Wytrzeszczyłem oczy. Cholera, naprawdę był przewrażliwiony na tym punkcie… Jego entuzjazm i pewność siebie jaką widziałem gdy rano zapewniał iż niebiesko włosa „jeszcze się w nim zakocha” kompletnie wyparował. Teraz wyglądał na przybitego i zdesperowanego.

 Wystawiłem ręce na znak pokoju i dałem znać że już się nie odzywam. Hidan westchnął ciężko.

– Sorry – Mruknął – Po prostu już nie wiem co mam robić… Dwoję się i troję! A ona nawet na mnie nie spojrzy! Chyba wszystkiego już próbowałem!

Popatrzyliśmy wszyscy po sobie zmieszani, widocznie nie wiedząc co powiedzieć.

– Joł, Emm…No to ja może sobie pójdę – Stwierdziła Fu, a na pytające spojrzenie gospodarza odparła – Wybacz Hidan, nie znam sytuacji ani nie potrafię radzić w takich tematach, wiesz… Jedyne co mogłabym zrobić to spróbować pocieszyć, ale zgaduję że by cię to tylko wkurzyło, także…

– Nie no, nie wychodź – Powiedział Hidan dość delikatnie jak na niego  – Przecież możesz zostać…

– Wiem co mówię – Mruknęła dziewczyna, jakoś dziwne czerwona na twarzy, po czym gdy tylko się pożegnała, bardzo szybko wyszła.

Przez chwilę siedzieliśmy w niezręcznym milczeniu, by w końcu zacząć dyskutować o problemie mojego kumpla. I podobnie jak Fu, sam nie wiedziałem co mam mu powiedzieć, prócz oczywiście swojego własnego zdania – żeby nawet nie próbował się zalecać do naszej liderki bo nic z tego nie będzie. W końcu sama mi to powiedziała…

Po pewnym jednak czasie temat zszedł na bok i zaczęły się wygłupy, w których jakoś nie w smak było mi uczestniczyć. Gdy Hidan z dziewczynami rzucali się poduszkami i zarządzili jakąś tam grę, postanowiłem wykręcić się zmęczeniem, by tylko móc wrócić do pokoju.

– A nie miałeś dziś trenować? – Zapytał mój kumpel, przypatrując mi się podejrzliwie.

– Właśnie dlatego idę zrobić sobie kawę i nieco odsapnąć – Wyjaśniłem, starając się brzmieć naturalnie – Już siedemnasta, muszę się przygotować, wychodzę przecież o dziewiętnastej trzydzieści i…

– Noo, ale jakbyśmy jednak wyszli do klubu – Zaczął ostrożnie – To nie miałbyś nic przeciwko, nie?

– Przecież mówiłem, że nie! – Odparłem z wielką ulgą na myśl, że nie zamierza mnie zatrzymywać – Idźcie i się bawcie! Potem mi opowiecie jak było, pa!

Mówiąc to, od razu wyszedłem i gdy tylko zamknąłem za sobą drzwi, usłyszałem gromkie krzyki radości. Westchnąłem.

„Widocznie bardzo chcieli wyjść się bawić”, pomyślałem i od razu wszedłem do swojego pokoju, by przygotować potrzebne rzeczy. Przebrałem się w strój do ćwiczeń, wziąłem butelkę wody i gdy już miałem schodzić na dół do kuchni, coś mnie tknęło. Spojrzałem na drzwi od pokoju Fu. Nabrałem kilka wdechów i wydechów, po czym zdecydowanym krokiem podszedłem do upatrzonych wrót.

Zapukałem trzy razy, cierpliwie czekając… I kiedy pomyślałem, że na daremno, drzwi w końcu otworzyły się, a moim oczom okazała się… Zapuchnięta twarz mojej sąsiadki do której się dobijałem.

Na mój widok od razu się uśmiechnęła, a ja ledwie wstrzymałem oddech. Po jej wyglądzie od razu wiedziałem, że płakała.

– Joł, senpai! Co tam? – Zagadnęła nienaturalnie wesoło. Patrzyłem na nią jak wół w malowane wrota jakieś kilkanaście sekund, po czym zdecydowałem się przemówić:

– To ja powinienem cię o to zapytać.

– Hę? – Mruknęła – O co ci chodzi? Przecież wszystko jest w…

– Nie udawaj – Przerwałem jej – Płakałaś. Przecież widzę!

– Co ty gadasz! – Parsknęła nienaturalnym śmiechem  – To tylko…

– Jak powiesz że osa cię tak ugryzła w twarz, to cię wyśmieję – Wypaliłem – Gadaj, co jest! Ktoś ci coś zrobił?! Naubliżał ci?!

Fu westchnęła i nim się obejrzałem, zostałem siłą wepchnięty do jej jeszcze nie do końca urządzonego pokoju, po którym rozłożonych było kilkanaście nieotwartych kartonów.

– Że niby kto miał mi, cytuję, „naubliżać”? – Zapytała dziewczyna, patrząc na mnie lekko drwiąco – Wszystko jest w porzo! Czemu się tak rzucasz, senpai?

– Bo mam oczy i widzę że coś jest nie tak! – Warknąłem – Wiem jak wygląda ktoś, kto płakał! Mówże… To Kisame, tak? Tobi… Czy Itachi?

Fu wytrzeszczyła oczy po czym zaczęła się śmiać. Tym razem szczerze.

– No, z tym ostatnim to senpai, dowaliłeś! – Chichotała, po czym nieco spoważniała, dalej się jednak uśmiechając – Itachi  senpai to akurat jedna z najmilszych osób, jakie tu spotkałam. Joł! To samo z Tobim-senpaiem, jest przecież taki śmieszny! Co miałby mi zrobić?

„Więcej złego niż myślisz”, przeleciało mi przez głowę, jednocześnie czując się trochę głupio że tak oceniłem Itachego. W prawdzie, racja, miałem z nim straszne zgrzyty, ale fakt… Dla innych był przecież do rany przyłóż… A przynajmniej nie zawadzał im jakoś zbytnio. Tylko ja miałem z nim problem. Właściwie, obydwaj mieliśmy ze sobą problem. Ale to już przeszłość, odrębna historia i nie chciałem do niej wracać.

– Zaś Kisame – Kontynuowała Fu, wytrącając mnie z zamyślenia – Cóż, ma swoje teksty, ale idzie z nim wytrzymać. Możliwe, że jak się go, pozna to spoko gość.

– Już to widzę – Odburknąłem jej.

– Co mówiłeś? – Zapytała.

– Nic – Odparłem szybko, po czym zaraz się zreflektowałem  – Znaczy… Chciałem po prostu zapytać, czy aby na pewno u ciebie wszystko dobrze… Widzisz, ja kiedyś też miałem tutaj problemy z innymi… Właściwie to całkiem do niedawna... Okej, w sumie nadal mam, ale teraz jest przerwa… Dlatego pytam.

Dziewczyna przez chwilę patrzyła na mnie z zamyśleniem, następnie odwróciła wzrok, zagryzając wargę. I trwała tak przez jakiś czas, po czym znów na mnie spojrzała.

– Tak, płakałam – Powiedziała w końcu – Tęsknię za swoją ojczyzną… Za ludźmi stamtąd… Chyba wiesz jak to jest, prawda?

Na tę odpowiedź poczułem, jakbym dostał w twarz kamieniem z napisem „odwal się”. W je oczach, a właściwie całej postawie, coś kazało mi wierzyć… Że kłamała. A przynajmniej – nie mówiła całej prawdy. Bo jasne, mogłem uwierzyć że tęskni za swoimi stronami, w końcu jest tu od niedawna… Ale wiedziałem, że to akurat najmniejszy problem.  Że prawda jest zupełnie inna, ale od tak mi tego nie wydusi. Za mało mnie zna, ja za mało ją znam... I ona sama nie zna tu nikogo na tyle dobrze, by móc się w pełni zwierzyć komukolwiek. W prawdzie była  z Hidanem, ze mną i  z dziewczynami cały właściwie dzień, tak jak zresztą odkąd się tu pojawiła… Ale czy na pewno nam ufa? Może spędza z nami czas, bo nie ma z kim innym? Możliwe.

– Tak, wiem jak to jest  – Powiedziałem więc – Także… Jakbyś chciała pogadać, to wiesz, gdzie mnie znaleźć.

– Jasne, będę o tym pamiętać – Powiedziała wesoło, po czym otworzyła mi drzwi. Zrozumiałem od razu sugestię i wyszedłem. Drzwi zamknęła dopiero gdy byłem już na dole… Robiąc przy tym niemały hałas. Zakląłem w myślach, obwiniając się przy tym jak nieostrożnym idiotą byłem… Serio, jak mogłem myśleć że od razu wyśpiewa mi o co jej chodzi?

Wkurzony na siebie ruszyłem do kuchni, robiąc sobie kawę i tak siedziałem, pijąc jedną, drugą… I wracałem wspomnieniami do chwili, gdy Fu (bo o niej cały czas mowa) tak gwałtownie wyszła…. A potem ten jej płacz… A właściwie twarz spuchnięta od płaczu… Analizowałem to wszystko. I wtedy mnie olśniło.

– Czy to możliwe… – Powiedziałem na głos i urwałem, postanawiając powiedzieć to w myślach: „Czy to możliwe, że… Że chodzi jej o Hidana?”

– O Hidana…– Powtórzyłem tępo, po czy zacząłem się śmiać – Nieee, na pewno nie!

I gdy tylko to powiedziałem, od razu spoważniałem. „A może jednak? On… Się jej podoba?”

Popatrzyłem w dopitą już trzecią filiżankę kawy, mocno się zastanawiając do tego, do czego doszedłem, kręcąc przy tym głową.

„Nie, nie mogę tak wydawać osądów… Pewnie coś źle zrozumiałem. To nie może być to”, ‘pomyślałem w końcu i gdy już miałem być pewien tego, co sobie założyłem, znów naszły mnie wątpliwości. To jej spojrzenie na Qiu Yin, gdy powiedziała że nie ma nic przeciwko by Sunny spała z Hidanem w jednym łóżku, w ogóle, cała jej postawa gdy w ogóle ten temat został poruszony, no i w końcu wyznanie Hidana dotyczące Konan…

„Nie, nie…Nie”, mówiłem sobie. „Przecież doskonale wiadomo że Sunny jest lesbijką, Fu na pewno też to wie i chodziło jej o co innego.”

Westchnąłem, uznając iż lepiej będzie wszystkiemu się bardziej przyjrzeć. Bo jeśli moje przypuszczenia są słuszne…

„To mamy tu niezły trójkąt miłosny! Hidan Kocha się w Konan, która go nie chce. Z kolei w Hidanie, prawdopodobnie kocha się Fu, której on… Właściwie nie wiadomo co o niej myśli… Ale raczej nie jest to nic romantycznego… Co robić? Zaraz zakaz nadany przez Paina zostanie całkowicie olany”.

– Hej, ty tam! – Usłyszałem i spojrzałem w stronę łuku drzwi, w którym stali Qiu Yin, Sun Yang i Hidan. Wszyscy wystrojeni.

– Na pewno nie idziesz? – Zapytała blondynka, a ja uniosłem brew.

– Czemu każecie mi się powtarzać? – Odparłem pytaniem – Przecież mówiłem, że mam plany…

– Oj, tylko się droczę! – Powiedziała dziewczyna, podchodząc do mnie i dając całusa w czoło.

– Chcieliśmy się tylko upewnić czy z tobą wszystko dobrze – Powiedział Jashinista – Czy się potem na nas jednak nie wkurzysz że poszliśmy bez ciebie.

– Nie musicie się o to martwić – Westchnąłem – Już postanowiłem. Moje treningi może odbierają radość mi, ale wam przecież nie muszą…

– I to są mądre słowa! Dobra parówa! – Zakrzyknął Hidan, klepiąc mnie w plecy tak, że aż się zgiąłem  w pół – To my lecimy!

– A Fu? – Dodałem.

– Co, „Fu”? – Odparł mężczyzna.

– Idzie z wami czy jak? – Upewniłem się – Wiecie, skoro nie gadamy już o tobie i twoich problemach, to pomyślałem że może ją zapytałeś…

– Zapytałem – Hidan rozłożył ręce w akcie rezygnacji – Ale odmówiła. W zasadzie, to nawet nie otworzyła mi drzwi, gadaliśmy przez nie… Nie wiem, o co chodzi, nie drążyłem.

– Okej… – Powiedziałem cicho i powoli, podczas gdy wszyscy zaczęli wychodzić.

– My lecimy – Zakomunikował Jashinista na odchodne – Tylko się nie zaszyj gdzieś znów ze swoim ex-kochasiem bo się wkurzę!

– CO?! – Warknąłem, na co ten zaczął się złośliwie śmiać i sobie poszedł. Od razu wstałem i zacząłem iść w jego stronę – Czemu miałbym to robić?! Nie widziałem go cały dzień!

Ale odpowiedział mi tylko głupi śmiech i dźwięk zamykanych drzwi. Kopnąłem z wściekłości losową szafkę i przyłożyłem czoło do ściany.

„Tak, wiem do czego zmierza…” Pomyślałem mocno zirytowany. Wiedziałem, że ilekroć mocno się pokłócę z Itachim, to i tak po czasie do siebie wracamy. Hidan na pewno doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Że wracamy, pieprzymy się po kątach, potem on mnie zostawia… I tak w kółko i w kółko…. Ale jak już mówiłem, nie zamierzałem do tego wracać.

„Dobrze, że go nie widziałem prawie cały dzień… Chcę dni, w których nie będę go widział W OGÓLE! Niech nie wraca! Gówno mnie obchodzi gdzie jest! Kurwa! Było mi tak dobrze bez ani jednej myśli o nim… A nawet jeśli była, to tak szybko potrafiłem ją odgonić, lecz teraz…”

– Sukinsyn! – Wrzasnąłem, uderzając o ścianę, po czym ruszyłem w stronę drzwi, sprawdzając po drodze godzinę. Było idealnie w czas. Zanim Hidan i reszta dotrą do kluby ja już będę miał przynajmniej godzinę zrobionego treningu.

Wyszedłem na powietrze, oddychając głęboko, by zacząć od małej rozgrzewki i rozciągania. Całe to moje wkurzenie sprawiało, że zapomniałem narzekać na ćwiczenia. Po prostu ćwiczyłem, myśląc o tym kretynie (Uchiha), do momentu gdy usłyszałem głos:

– Hej! Cieszę się że zaczekałeś! – Zawołał Hajime, beztrosko do mnie podchodząc – Tak myślałem, że możesz zacząć od rozgrzewki, ale nie sądziłem że tak późno! Myślałem że jak przyjdę to ty już skończysz… Co tak patrzysz?

„Cholera,  zupełnie o nim zapomniałem”.

– Nic takiego – Mruknąłem, prostując się i przerywając swój skłon– Czyli ty już skończyłeś rozgrzewkę?

– Oj, tak. Jestem nastawiony na bieganie! – Odrzekł ze śmiechem.

– Daj mi w takim razie jeszcze kilka minut – Powiedziałem, po czym kontynuowałem przez jakiś czas swoje ćwiczenia. Hajime dołączył do mnie. Rozgrzewaliśmy się jakieś piętnaście minut, po czym zaczęliśmy bieg, w czasie którego nie przestawałem myśleć. Główna myśl dotyczyła oczywiście Itachiego, że to dzięki niemu biegłem bez zmęczenia. Że to dzięki niemu a nie mnie samemu miałem taką siłę… I to mnie wkurwiało. Wkurwiało, że mimo tego, że tego skurczybyka tu nie ma, to nadal wywiera na mnie jakikolwiek wpływ.

„Jakim prawem, zasrany dupku?!” mówiłem sobie „sam bym sobie doskonale z tym poradził! Zmotywowałbym się lepiej!”

Tak sobie wmawiałem, jednak po jakimś czasie szybko zrozumiałem, że ten palant jest mi coś winien. Że może to, że teraz się na niego wściekam, że daje mi to siłę… Tak, on mi to WISI. Ja POWINIENEM coś dostać w zamian za cały ten stracony czas z nim!

– Hej, Deidara! – Usłyszałem i natychmiast zatrzymałem się, obracając w stronę głosu. Hajime wydawał się być już naprawdę wyczerpany. Wtedy szybko się rozejrzałem po okolicy… Skąpanej już w mroku.

– Która godzina? – Zapytałem, gdy do mnie podbiegł.

– Już prawie wpół do dwudziestej trzeciej – Mruknął mężczyzna, dysząc – Cholera, jaką ty masz kondycję… Ludzie z Akatsuki muszą być naprawdę niesamowici!

– Właściwie, to nie mam kondycji – Powiedziałem, czując rumieńce na twarzy i strach na myśl o nadchodzących zakwasach – To… Wina emocji, byłem czymś wzburzony… Normalnie ciężko mi było się zmotywować przez cały dzień.

Nie wiedziałem, czemu mu to mówiłem, słowa wypływały ze mnie same.

– Chyba też muszę spróbować się na coś wkurzyć – Odparł, szturchnąwszy mnie przyjacielsko w ramię – Zdradzisz mi, co tak cię poruszyło?

– To osobista sprawa – Odrzekłem krótko. Sądząc po minie mojego rozmówcy, nie była to odpowiedź jakiej oczekiwał, ale też nie dąsał się jakoś zbyt długo, bo zaraz powiedział radośnie:

– To co? Możemy uznać, że twój trening mamy odhaczony?

– Cóż, tak sądzę – Zgodziłem się, wzdychając ciężko. Dopiero gdy to powiedział, zdałem sobie sprawę jak bardzo się zmęczyłem.

– No to bardzo chciałbym zobaczyć w końcu tę twoją sztukę – Wypalił – Myślisz, że gdzie jest najlepsze do tego miejsce?

Zatkało mnie. Gapiłem się na niego chyba z dobrą minutę.

– P-Poza… Wioską… – Wydusiłem w końcu – A-Ale… Czemu ci tak zależy? Myślałem, że… Że głównie chodziło ci o to, by wciągnąć mnie w te twoje… Dzieła…

– O, to w swoim czasie – Powiedział z delikatnym uśmiechem – Teraz chciałbym porozmawiać o tobie.

Wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia. Naprawdę byłem w szoku… Jak dotąd, jedyną osobą która wykazywała zainteresowanie i szacunek tym co tworzę… Byłem tylko ja sam. No… Ewentualnie moja matka, ale to jej wspieranie też było dość… Płytkie. A on? Wydawał się naprawdę chcieć więcej…

– To trzeba wyjść… – Wymamrotałem niepewnie.

– Zatem chodźmy – Zarządził. Poszedłem przodem, wciąż zszokowany tym, co właśnie usłyszałem. Nawet podczas drogi, gdy on mówił, ja go zbytnio nie słuchałem, analizując tylko wcześniejsze słowa. Zobaczyć moją sztukę, porozmawiać o mnie…

„Itachi nigdy by tak nie powiedział”, myślałem. Zacisnąłem zęby.

„No oczywiście że nie, on dbał tylko o własny tyłek”.

– To co? Zaczynamy? – Do mojej głowy nagle przedarł się głos Hajiime. Zamrugałem kilka razy, po czym rozejrzałem po okolicy… Byliśmy już poza wioską.

– Jasne – Odrzekłem, po czym nakazałem zostać w miejscu, by się oddalić. Czułem, że przepełnia mnie dziwne uczucie ekscytacji i… akceptacji. W końcu ktoś nie widział w mojej sztuce tylko rozpierdolki, ale miał dostrzec coś więcej.

Ulepiłem odpowiednią figurę, kształt papużki falistej, którą natychmiast zaprezentowałem mojemu widzowi.

– Mogę zobaczyć? – Zapytał zafascynowany, podchodząc do mnie natychmiast – To… Jak to zrobiłeś? Nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak szybko ulepił coś tak doskonałego… W tak krótkim czasie! Przecież… Przecież ona ma wszystko! No, może prócz kolorów… Ale ten dzióbek, piórka… !

– To tylko wierzchołek góry lodowej – Odparłem zadowolony – Nie widziałeś najlepszego… Odsuń się proszę.

Zrobił, jak powiedziałem i gdy znów był już wystarczająco daleko ode mnie, utworzyłem odpowiednią pieczęć do ożywienia mojego tworu. Ptaszek zrobił kółko wokół mnie, podleciał do Hajime robiąc to samo, by następnie wzbić się wystarczająco daleko w powietrze i wreszcie móc zrobić… Wybuch!

Zerknąłem na mojego towarzysza, wpatrzonego w to co właśnie zrobiłem. Dałem mu jakąś minutę na oswojenie się z doskonałością tego dzieła, aż w końcu zapytałem:

– I jak?

Brak odpowiedzi. Dalej patrzył w niebo, po którym już nic nie było widać. Spróbowałem drugi raz, potem trzeci i następny…

– Co? – Odrzekł w końcu,  jakby wyrwany z transu. Popatrzyłem na niego jeszcze uważniej: wyglądał tak, jakby autentycznie był… Zadowolony.

– Przecież… Przecież to istna awangarda! – Powiedział w końcu, wstając i podchodząc w moją stronę, w jego głosie słychać było istny zachwyt –Człowieku to… TO jest sztuka! Jesteś geniuszem piękna!

Wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia. Spuściłem wzrok, natychmiast zalewając się krwistym rumieńcem . Nie wiedziałem co mam odpowiedzieć. Prawdopodobnie podziękować czy coś, jednakże słowa i tak nie mogły przejść mi przez usta, więc tylko słuchałem dalej:

– To co do tej pory widziałem… Teraz mam wrażenie że nie miało absolutnie żadnego wyrazu, choć wcześniej uważałem to za piękno. Żyję tyle lat a dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, że…

– Okej, już… Wystarczy – Przerwałem mu, w obawie że się rozkręci jeszcze bardziej, a nie do tego przywykłem – Cieszę się… Że ci się podoba.

– I tyle? – Zdumiał się – Przecież nie powiedziałem wszystkiego!

– Tyle mi wystarczy jak na początek – Wymamrotałem.

– Nie lubisz, jak się rozmawia o tym co tworzysz? – Zapytał dziwnym głosem – Ja na przykład uwielbiam rozmawiać o fotografii czy rysunku, ale to co właśnie zobaczyłem… To jest coś nowego! To trzeba omówić! Jak nie z tobą, to z kiś innym, kto zna temat i…

– Jak dotąd tylko ja mówiłem o mojej sztuce – Przerwałem mu – Nie ma nikogo innego niż ja, kto uważa wybuch i chwile ulotne za coś, co można uznać za dzieło. Wielokrotnie kłóciłem się o to z… Na przykład z pewną osobą, z którą często jestem na misjach, albo z kimkolwiek innym kto uważa się za artystę i nikt nie przyznawał mi racji. Albo nawet jak nie jest artystą, jak na przykład… No, ktoś z kim do niedawna byłem w związku… Ta osoba też nie brała mnie na poważnie, a co dopiero tego, w co wierzę. I przestałem o tym mówić.

– Niesłusznie – Stwierdził Hajime z powagą, dopiero po tych słowach ponownie spojrzałem mu w twarz, a on kontynuował – Nikt cię nie powinien tłamsić, Deidara. Wiesz… Oni wszyscy może jakąś tam rację mają, bo i owszem, ci co są artystami, na pewno coś wiedzą o sztuce… Ale już mają swoje standardy, boją się zmian. Ty możesz być bardziej kreatywny i jesteś! Jeśli będziesz chciał namalować niebieskiego tulipana z pomarańczową łodygą, nikt nie ma prawa ci mówić, że to jest złe i ten tulipan ma być czerwony!

– O czym ty… – Zacząłem z krzywym uśmieszkiem, ale mi przerwał:

– Chcę powiedzieć to, co powiedziałeś mi wtedy w barze, gdy pierwszy raz rozmawialiśmy i nie chciałeś jeszcze tego rozwinąć – Odrzekł, kładąc mi dłonie na ramionach – Sztuka to wybuch. Nie daj sobie wmówić, że jest inaczej... I zapomnij o swoim byłym. Jesteś już wolny!

W tamtym momencie już nie wiedziałem ani co mam mówić, ani co robić… Po prostu patrzyliśmy na siebie w ciszy. Przyglądając się mu, jego śniadej twarzy i złotych oczach zacząłem rozmyślać o wszystkich tych latach, w których tyle czasu zmarnowałem na latanie za tym skurwielem Itachim i ile z tego mogłem poświęcić na szlifowanie mojej sztuki, którą tak mimo wszystko okrutnie zaniedbałem, a o której przypomniał mi człowiek stojący przede mną. Człowiek, dzięki któremu znów poczułem dawną pasję… A wystarczyło tylko kilka miłych słów.

– Chyba robi się późno – Powiedział w końcu, wyrywając mnie z transu. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę że jego ręce powędrowały już nieco wyżej. Jedna spoczywała na szyi, druga na moim policzku. Tak, jakbyśmy mieli się zaraz pocałować.

– Faktycznie – Przyznałem cały czerwony, odsunąwszy się natychmiast, tym samym zmuszając go by mnie puścił  – Siedzę tu już za długo, a przecież za kilka godzin mam trening…

– Szkoda że mieliśmy tak mało czasu – Powiedział, idąc ze mną ramię w ramię. Postanowiłem udawać, iż nie widzę faktu że właśnie miał zamiar odprowadzić mnie do domu – Chciałbyś jutro również się spotkać?

Nie wiedziałem dlaczego, ale na to pytanie poczułem, jak serce bije mi jeszcze bardziej niż przedtem. Kompletnie nie rozumiałem swojego zachowania… W końcu spotkaliśmy się raptem dwa razy, z których po raz pierwszy gadaliśmy miesiąc temu o jakichś głupotach przy alkoholu. Teraz był już drugi raz jak się widzimy, a ja… Czułem się lepiej niż kiedykolwiek. Doceniony… Ważny.

Nic dziwnego więc, że moja odpowiedź nie mogła być inna, jak tylko twierdząca.

*.*.*

Minął kolejny miesiąc. Pierwszy tydzień treningu z Kakuzu było istnym piekłem, dodawszy fakt iż sam przecież dołożyłem sobie kolejnych ćwiczeń, po których zakwasy miałem niemiłosierne. Ale mimo tego… Wiedziałem, że warto było. Ja coś robiłem w końcu ze sobą, nawet jeśli powoli to parłem do przodu i lider czy Konan nie mogli się przyczepić, a po za tym… Całe następne tygodnie widziałem się z Hajime, o którym rozmawiałem już nie tylko na temat sztuki, ale i o różnych innych rzeczach, dzięki czemu mogłem go lepiej poznać… I choć było to z lekka dziwne, zaczynał naprawdę mi się podobać. Pomimo dość niespodziewanego dla mnie faktu:

– Masz… Trzydzieści lat? – Zdumiałem się, gdy w końcu po miesiącu naciskania zdecydował się wyjawić swój wiek.
"Myślałem że to max pięć lat różnicy... Nie dwanaście".

– No tak, co w tym dziwnego? – Zapytał, otwierając drzwi do swojego mieszkania.

– Nic, tylko – Zawahałem się, przekraczając w raz z nim próg – Nigdy nie myślałem że będę miał o tyle starszego od siebie… Wiesz…

– Chłopaka? – Zapytał z zadziornym uśmieszkiem, na co spłonąłem rumieńcem – To jest to, co chciałeś powiedzieć? – Dopytywał, obejmując mnie w pół jedną ręką, a drugą przytrzymując mój podbródek.

– Nie nazwałbym tak tego – Powiedziałem nieco złośliwie – Nie całowaliśmy się nawet, a ty już…

Oczywiście, nie trzeba mu było powtarzać, by w końcu przypieczętować to, co od właściwie samego początku było między nami jasne. Nasz pierwszy pocałunek utwierdził mnie w przekonaniu, że… Znów się zakochałem. I tym razem, jasno patrzyłem w przyszłość.


.*+ C.D.N +*.

===========================

*Przepraszam, mój błąd, ale... Straciłam gdzieś rozrysowany rozkład chałupy Akasiów. Nie mogę sobie za nic przypomnieć kto gdzie miał pokój (prócz Deia i Hidana - oni to pamiętam że byli na pierwszym piętrze), stąd ten pomysł z przemeblowaniem - a że przecież mają oni nowe członkinie w ekipie, to miałam dobry powód by ten patent z remontem zrobić xDD

** Tak, Deidara w oryginale ma inny wzrost... Jest dużo niższy. Wkurzało mnie to trochę, więc postanowiłam go jednak "urosnąć" xD Zresztą, nie tylko jego. Tak naprawdę kanoniczny wzrost w tym ff zostawiam tylko Sasoriemu, Fuu oraz Kisame. Tu macie oryginał tego, ile nasi Akasie mierzą:


A to MOJA wersja:

Dajcie znać, która wersja podoba Wam się bardziej... Choć i tak zostawiam moją, bo sądzę że to co zrobili w mandze/anime to jest zbyt... Nienaturalne? No, za niscy oni są dla mnie - Deidara, jako chłopak w wieku lat osiemnastu (w oryginale dziewiętnastu) przy takim wzroście brzmi mi co najmniej niezdrowo xDD Znaczy, teraz też najwyższy nie jest, ale bardzo niskiego zostawiać go nie chciałam xD
Z takim niskim wzrostem, osobiście akceptuję tylko Levia z SnK xD

*** Tak, wiem że dla nas wszystkich zapytanie czym jest barszcz jest ultra głupie, jednakże pamiętajmy że nasze postaci... Nie mówią po polsku i nie znają polskich zwyczajów xD Dlatego dla nich, zupa ta jest egzotyczna :D Chciałam też dać tu taki polski smaczek - ot, babcia Qiu Yin była Polką ^_^

==============================================

Iiii... Koniec na ten moment. Przyznam szczerze, że jak na razie ze wszystkich notek, ta była najtrudniejsza, jaką pisałam, a mimo to boję się, że i tak wyszła za długo, za co przepraszam.
Wiem, że może nie na to czekaliście, ale w końcu musiałam dać notkę, gdzie Itachiego w ogóle nie będzie, a skupię się nieco na samym Deiu. I wiem, że może to za wcześnie na takie pytanie, ale co myślicie, iż nasz milusiński jest w nowym związku? I o jego nowym partnerze? Dla mnie, osobiście jest to właśnie najcięższa część tej notki... W końcu wszyscy wiemy, jaki paring wiedzie prym w tej historii. Także, jeżeli się zmartwiliście tym przebiegiem, to Was pocieszam - nowy związek nie jest i nie będzie na zawsze xD
Co do Fu i jej zmartwień z Hidanem - no cóz, to jeszcze nie wiem jak rozwinę. Przyznam szczerze że ja tę dziewczynę kompletnie z dupy tu wrzuciłam, po czym zorientowałam się że nie mam na nią pomysłu, także, no... Na razie mamy nieszczęśliwą miłość. Może później coś innego uda mi się wykombinować xD

1 komentarz:

  1. No i wracamy do wyczekiwanego Deia! Powiem ci, że nigdy nie byłam taka ciekawa co dalej...

    Miesiąc czasu, masa roboty, to zrozumiałe, że jeszcze nikt nie wie, ale spodziewałam się, że Hidan będzie się dopytywał... Ale no. Ale przemeblowanie a rozdzielenie pokoi to troche różnica... Wiesz... Ej, ale dobra, ja też bym nie chciała ćwiczyć w pełnym słońcu. Kaku ma jednak łeb na karku! Jak uroczo... Kaku i Hidan się kłócą... <3 No rybcia uchroniła ich od szukania sobie nowego miejsca na bazę, chwała mu! No dość tego pitolenia, dawać ten trening! Ulep se papuge? Ależ to wysokogatunkowy kanarek! xD Ja bym tak to ujęła. No... Nie chciałabym mieć Kakuzu za trenera. Serio... Okej, czyli Dei postanowił ogarnąć dupkę. Bardzo ładnie.
    ***
    Biedny Dei... Pewnie Kaku styrał go po wsze czasy... xD Blondi idzie na zakupy? 0.o Jest mój kochany idiota! <3 Ooo... Ołtarzyk będzie budował. Dobrze, że nie gdzieś na korytarzu, czy coś. No nie mów... Hidan i Dei jako kuchareczki? XD Coś pięknego...
    Jest nasz fotograf i potencjalny gorący kochanek! Hajime? Coś mi mówi to imię... ;) Haha! Wiedziałam! Ten chłopaczek pragnie naszego blondaska! Em... Kurka, ale Deia może tykać tylko Itacz... Pokój Hidana? Chyba się boję...
    Ten pokój... No nie podoba mi się. Hidan i przyjaźń damsko-męska... To brzmi tak abstrakcyjnie. Przecież Hidan bierze wszystko, co sie rusza. No... Z pewnymi wyjątkami. Nie... On znowu o Konan? Tak, to piękny ship, ale... No ona go nie chce! Czemu? Fakt, nie jest za mądry, ale za to zabawny! Co jest z Fu? Czyżby ona kręciła z Konan? Nie! Nie rób mi tego! Oj, co jest z Fu? Może ona jednak podkochuje sie w Hidanie? Kurka, jak złamiesz jej serduszko to będzie mi smutno... Oj ona biedna nie wiem do czego jest zdolny tej cium Tobi... Ale rybka miła? No, może dla kobitek... Ej, no ale ja mówię, że coś z Hidanem i chyba faktycznie! A może nie? Dei się często mylił... Och... Hidan jest przesłodki. "dobra parówa" To zdecydowanie Dei... <3 Rozgrzeweczka przed... Przed czym?! xD Hajime zaliczy? A może to Dei będzie na górze? Nie... Raczej nie. Hmm... Ta fascynacja Deiem jest mocno podejrzana... Wyczuwam szpiega. O nie, nie. Z Hajime jest coś ewidentnie nie tak.
    ***
    Wiedziałam. Hajime go zaliczy. Tylko jaki jest motyw... Będzie mnie to prześladować, bo nie uwierzę w zwyczajne zauroczenie...

    Jednak... Kuniec. Szkoda, bo jak w końcu ruszyłam tyłek do czytania to notka dobiegła końca.
    Co ja myślę o tym nowym związku? Ściema! To jakiś szpieg, chcący wyciągnąć informacje albo chory na umyśle gwałciciel! Na pewno nie ma czystych intencji. Co to to nie!

    OdpowiedzUsuń