Czas akcji: czerwiec, 699 r. l.a.t.e
Most Kanabi. Granica pomiędzy osadą Trawy a Wodospadem. Dochodziła godzina siódma rano. Ja i Sasori chowamy się za skałami. Obaj po przeciwnej stronie, ukryci w krzakach za wielkimi kamieniami, czekamy na nasz cel. Powóz z Lordem Góry. Zacisnąłem kurczowo dłoń na rękojeści podarowanego mi przez Akasunę miecza. W głowie roiło się od przeróżnych myśli. Od stresu związanego z naszym zadaniem, do snu jaki niedawno mnie nawiedził. Snu, w którym widziałem rodziców… Zresztą, czy to był faktycznie sen?
– Deidara – Usłyszałem, po czym szybko przytomniejąc, spojrzałem na czerwonowłosego. Ten rzucił w moim kierunku jedną ze swoich przeźroczystych lin – Złap za koniec. Gdy dam ci znak, obaj ją napniemy. Kiedy konie się potkną lub coś pójdzie nie tak, wyskakujemy. Nie wdajemy się w pogaduszki. Eliminujemy każdą przeszkodę, mogącą nam zagrozić, potem bierzemy się za lorda, rozumiesz?
– Ale…- Wymamrotałem – Ale to się do mnie potem przyklei na dłużej, nie?
– Co?
– No… Wiesz, tak jak było w Piasku… Gdy twoja babcia sterowała tymi samymi linami tą dziewczyną w różowych włosach…
– Nie, to tak nie działa – Mruknął mój towarzysz, wzdychając krótko – Gdybym miał tobą sterować, potrzebowałbym… Ech, nie mam czasu ci teraz tego tłumaczyć. Łap za ten cholerny koniec!
Bez zbędnego gadania, zrobiłem w końcu to o co mnie prosił. Chwyciłem bezbarwną żyłkę pomiędzy palce, po czym mocno ścisnąłem obiema dłońmi. Nie odzywaliśmy się już do siebie, po prostu czekaliśmy. Pięć, dziesięć, piętnaście, trzydzieści minut… Aż w końcu dobiegł nas odgłos kół, kopyt i maszerujących stóp. Rozhisteryzowany wyjrzałem lekko zza krzaków i kamienia, chcąc złapać jakiś kontakt wzrokowy z moim partnerem. Ten zaś nie zamierzał ryzykować z wyściubianiem nosa. Poczułem za to podwójne, lekkie pociągnięcie za linkę. Zrozumiałem od razu. Chwyciłem ją mocniej, napinając.
Dźwięki stawały się coraz to wyraźniejsze, w końcu stały się na tyle ostre, że zaczęło walić mi serce. Usłyszałem nerwowe rżenie koni oraz gwałtowne hamowanie karocy.
– Co jest?! Czemu stanęły?! – Zakrzyknął jakiś męski głos. To był znak. Puściłem żyłkę i w dosłownie jednej chwili znalazłem się u boku Sasoriego, oko w oko z gromadą mniej niż stu żołnierzy otaczających drewniany powóz z doczepionymi do niego rumakami.
– Co wy wyprawiacie?! – Wrzasnął znów właściciel zasłyszanego przez nas wcześniej głosu. Był to średniego wieku i wzrostu ale za to dobrze zbudowanej budowie ciała mężczyzna z ciemnym wąsem, odziany w mundur praktycznie w całości okryty jakimś żelastwem. Najprawdopodobniej generał lub kapitan. Jako jedyny siedział na koniu – Spieprzać stąd, gnojki! To nie plac zabaw! Blokujecie trasę!
Uniosłem lekko brew, ubawiony. Może i mój partner i ja nie wyglądamy zbyt dojrzale, ale żeby wziąć nas za dzieciaków z placu zabaw to jednak lekka przeginka. Po za tym, wygląda na to, że…
– Generale! Ich płaszcze! Proszę spojrzeć! – Krzyknął ktoś z tłumu – To Akatsuki!
– Akats…? – Odrzekł na to jego przywódca, lecz nie dokończył. Jego ciało zostało momentalnie rozerwane w drobny mak, krew oblała przód powozu, a wnętrzności wybuchły w powietrzu, zlatując na kamienny most lub wpadając do wody.
Wszyscy zamarli, prócz przyczepionych do karocy koni, które przerażone całym zajściem, rżały i podskakiwały w miejscu. Zaś ten, który niósł na grzbiecie swego zmasakrowanego pana, uciekł w popłochu, przemknąwszy między mną a czerwonowłosym. Oszołomiony, zamrugałem kilka razy. Dopiero wtedy, nad plamą krwi ujrzałem zwisające, metalowe żądło skorpiona, ubrudzone czerwoną, skapującą cieczą. Obróciłem ostrożnie głowę w stronę mego wspólnika, stojącego już z grupką swoich marionetek. Minę miał niewzruszoną.
Wtem usłyszałem gromki ryk kilkudziesięciu chłopa. Nim się obejrzałem, zdążyłem już znaleźć się w ferworze walki. Mimo że nigdy nie walczyłem mieczem, starałem ze wszystkich sił zadawać i odpierać ciosy. Głównie jednak byłem skupiony na unikaniu ich, oraz dostaniu do powozu zastawionego już przez żołnierzy, by chronić swego pana oraz dobytek.
Wymachiwałem ostrzem jak idiota, coraz bardziej sfrustrowany niemożnością skorzystania z wybuchowej gliny. Dodatkowo dobijał fakt, że ze zbrojami przeciwników ciężko mi było w tym rozgardiaszu trafić w ich czułe punkty.
A skoro mowa o trafianiu kogokolwiek, to niestety padło na mnie. Poleciałem do tyłu, w ostatniej chwili podpierając się łokciami. Zerknąłem oszołomiony na rozdarty rękaw płaszcza, pod którym ujrzałem sączącą się z ramienia krew. Nie zdążyłem jednak na dobre poczuć bólu, gdyż zmuszony byłem do uniknięcia następnego. Przeturlałem się w ostatniej chwili, uniknąwszy miecza który miał trafić mi między oczy. Zanim mój przeciwnik sięgnął po swą broń by wyjąć ją z ziemi, ja chwyciłem swoją, by dźgnąć go w goleń. Napastnik upadł z wrzaskiem, zaś ja upatrzyłem szansę, by zacząć szukać Sasoriego.
Na nic jednak były moje plany, bo jakiś palant postanowił uwiesić mi się na plecach, przy okazji lekko dziabiąc w obojczyk. Zareagowałem natychmiast, brutalnie go zrzucając. Zrobiło mi się ciemno przed oczami, nieco się zachwiałem. Rana nie wyglądała na zbyt głęboką, koleś nawet nie zdążył się dobrze wbić, a gdy go odepchnąłem, ostrze natychmiast oderwało mi się od ciała... Odruchowo chwyciłem zranionego miejsca, podbiegając jeszcze do leżącego przeciwnika, by z całej siły nadepnąć mu na twarz. Następnie przeciąłem mu gardło.
Zapytacie pewnie, skąd u mnie te pewne ruchy? Czemu atakowałem, nie zastanawiając się zbyt długo? Gdzie moje sumienie? Odpowiedź jest prosta… Adrenalina. Strach. W tamtej chwili patrzyłem tylko na to, by przeżyć. Moich wrogów nie traktowałem już jak ludzi. Tym bardziej, że ci coraz liczniej na mnie się rzucali. Przetrzymywało mnie dwóch, czasem trzech, jakoś się wybraniałem, by znów zostać schwytanym. Powoli zaczynałem mieć tego wszystkiego dosyć. Myślałem tylko nad tym, gdzie jest mój partner, nad jego słowami, że będzie mnie osłaniał…
Gdy szarpałem się z kilkoma bykami i dźgałem na oślep, ujrzałem z daleka coraz więcej nadciągających ku mnie ludzi, których liczba wzrosła do setki. Zresztą, biegli nie tylko ku mnie. Uwaga Sasoriego była w całości skupiona na nich. Atakował ich, kompletnie pochłonięty eliminacją. Rozdrażniony i przemęczony, postanowiłem mu się przypomnieć, łamiąc nieco nasze plany.
Uderzając kolejną garstkę przeciwników, błyskawicznie sięgnąłem do torby. Najsprawniej jak tylko umiałem, ulepiłem i rzuciłem w kierunku żołnierzy mini bomby w postaci pająków.
Na efekty długo nie musiałem czekać. Nie dość, że skasowałem kilku nadciągających bydlaków, lalkarz ruszył mi z pomocą… Przy czym załamałem jeden koniec mostu przez wybuch. W prawdzie nic się niby nie stało, nie było żadnej przepaści ani głębokiej wody… Jednak wóz prawie był się przechylił na bok. Jednak zaalarmowani żołnierze, ci co nie ugrzęzli w nogami w wodzie lub kamieniach, szybko podparli karocę.
– Co się tam dzieje, do cholery?! Generale? Generale! – Wrzeszczał ukryty w pojeździe głos. Zaaferowani przeciwnicy jakby na moment o nas zapomnieli, kotłując się obok karocy, jakby szykowali odwet. Zaś ja czułem się coraz gorzej…
– Coś ty kurwa zrobił?! – Syknął marionetkarz – Przecież zaraz bym do ciebie przybiegł…! Cholera! Jak on nam…?!
– Sasori…- Wymamrotałem, słaniając się – Ja… Ja… Nie dam rady…
– Weź się w garść! Uciekają! – Wydarł się czerwono włosy, biegnąc przed siebie. Miałem coraz wyraźniejsze, czarne plamy przed oczami. W jednej chwili widziałem, jak mój towarzysz odpiera ataki hołoty, w drugiej ujrzałem przed sobą leżący na boku powóz, następnie coraz liczniejsze zwłoki poległych…
Szedłem, kompletnie oderwany od rzeczywistości, jak w jakimś śnie. Nie wiedziałem ani nie rozumiałem co się dzieje. Nie czułem bólu… Klęknąłem gwałtownie. Potem widziałem różnorakie obrazy. Przerażone twarze, wnętrze jakiegoś pojazdu, krew, biegnące przed siebie postacie… Znów krew, jakieś ostrza… Wszystko migało mi bez ładu i składu, czułem się jak obserwator jakiegoś programu, na który niespecjalnie poświęcam uwagę. Potem zobaczyłem ciemność.
*.*.*
– …ak Trwać! Wy prawie…! – Usłyszałem z oddali. Nadal widziałem ciemność. Nie wiedziałem, czyj to głos, ani jaką wyraża emocję. Nie chciało mi się tego rejestrować. W głowie przemknęła mi myśl, że nadal śnię. Musiałem śnić. I o dziwo, nie miałem ochoty się budzić. Myśl, że misja z lordem Góry to tylko sen, niezmiernie mnie…
– No przepraszam…! Wina…! Nim…- Usłyszałem znów. Coś jakby… Urywki zdań? Ech, w sumie co mnie to obchodzi, czuję się… Zaraz…
Promienie światła. Mrugnąłem. Szybko, tak szybko że i tak nic nie zobaczyłem. Za to zacząłem słyszeć. Coraz wyraźniej…
– …raz! Ostatni raz! – Dotarło znów do mnie. Męski głos. Bardzo rozeźlony, męski głos – Przecież wiesz, liderze że nigdy tak nie miałem! To dla mnie całkiem nowa sytuacja!
„Liderze”? Zapytałem się w myślach. Skąd ja znam to słowo? Kogo ono dotyczyło…
– Oby – Odrzekł na to jeszcze bardziej wzburzony głos. Również męski – Ale wiedz, że nie zamierzam tego…
– Mój Jashinie, zamknijcie się! – Usłyszałem nad sobą i aż się wzdrygnąłem. Czułem jak oblewa mnie zimny pot. Chwila… Chwila…
Nagle poczułem się tak, jakby coś do mnie wróciło. Dokładniej, świadomość tego, że jestem na jawie. Otworzyłem powoli oczy, niemal fizycznie czując budzenie każdej komórki w moim ciele.
Zmrużyłem powieki, nie mając zamiaru ich zamykać, mimo przerażającej ostrości światła. Ujrzałem nad sobą zarys pięciu postaci. Jedna z nich, będąca najbliżej, od razu zareagowała:
– Patrzcie… Patrzcie! – Wydusiła – On…!
Kojarzyłem ten głos. Coś mi mówiło, że bardzo dobrze go znałem. Obróciłem głowę w kierunku jego właściciela, a mój wzrok odzyskał właściwą ostrość.
– Hi… Hidan? – Wydukałem, na co ten błyskawicznie się ode mnie odsunął.
– Kurrwa! On żyje! – Wrzasnął, podskakując i szarpiąc ramię zdezorientowanego ciemnoskórego mężczyzny z zakrytą twarzą – Kakuzu! Kurwa! Widzisz to?! Widzisz?!
– On nie… Nie zdechł – Wydusił zaś ten, po czym dodał trzeźwiej i głośniej – Nie zdechł?!
– Uspokójcie się, do cholery! – Wrzasnął ktoś jeszcze. Skierowałem spojrzenie na rudowłosego, pokrytego na całej twarzy kolczykami faceta, który od razu złapał ze mną kontakt wzrokowy – Dobrze cię w końcu widzieć, Deidara – Zwrócił się do mnie sucho, stojąc z rękoma skrzyżowanymi na klatce piersiowej.
Na wspomnienie tego imienia poczułem, jakbym dostał czymś ciężkim w łeb.
– O… O kurwa…! – Jęknąłem, podnosząc się łokciami do pozycji siedzącej. Rozejrzałem się. Leżałem w jakiejś ubogiej Sali, w szpitalnym łóżku. Pomimo zasłoniętych okien, nadal miałem wrażenie, że jest za jasno. Odruchowo przykryłem twarz ręką – Ja… Co się…?
– Nie wierzę! – Wrzasnął znów siwowłosy i nim zdążyłem zorientować się co się dzieje, ten już trzymał mnie w uścisku… Czego dotąd nie robił…- Ty głupia parówo! Zabiję cię za…!
– Hidan, odsuń się od niego! – Zareagowała natychmiast kobieta w niebieskich włosach, chwytając jashinistę za ramię.
– Daj mi się nacieszyć, babo! – Warknął ten, nie chcąc mnie puścić, przez co mimowolnie mnie szarpał i potrząsał – Nie mam zamiaru…!
– Au! – Krzyknąłem odruchowo. Dopiero przy tej szamotaninie dotarło do mnie, jaki przerażający ból przeszywał niemal całe moje ciało. Na dźwięk, jaki z siebie wydałem, siwowłosy odsunął się momentalnie.
– Wszyscy natychmiast się stąd wynoście – Zarządziła niebiesko włosa – Do badań nie jesteście mi potrzebni. Pain, przykro mi, ale musisz chwilę poczekać z raportem… Godzina cię chyba nie zbawi?
*.*.*
W czasie wspomnianej wyżej godziny, zdążyłem w pełni przyswoić i przypomnieć sobie że wciąż żyję, jak się nazywam, gdzie się znajduję, że mam ranę na obojczyku, na udzie i ramieniu… oraz że prawdopodobnie… zawaliłem misję?
– Zawaliłem? – Odezwałem się w końcu do Konan, która po drugim osłuchaniu, zdecydowała się schować stetoskop do torby.
– Cieszę się, że postanowiłeś jednak ze mną rozmawiać – Uśmiechnęła się, siadając przy mnie na niskim krzesełku – Już się bałam, że się obraziłeś z niewiadomych przyczyn, w końcu nie odpowiadałeś na moje pytania… A wracając do twojego: co zawaliłeś, kochanie?
– No… Misję – Bąknąłem, próbując przypomnieć sobie obrazy, które wydawały mi się strasznie odległe – Byłem chyba z…
– Ach, tak – Mruknęła moja rozmówczyni, wyjmując jakiś notes – Już zdążyłam zapomnieć… Choć minęły trzy dni.
– T-Trzy dni? – Wyjąkałem – Chcesz powiedzieć…?
– Byłeś w śpiączce przez trzy dni – Odrzekła niebiesko włosa – I… Nie. Niczego nie zawaliłeś. Przynajmniej, według mnie… Chociaż nie. Co ja gadam… Właściwie, to jest jedna, bardzo istotna…
– N-Nie rozumiem… - Mamrotałem – Co masz na…?
W tym momencie drzwi pomieszczenia gwałtownie się otworzyły. W progu ujrzałem Paina oraz Sasoriego.
– I jak? – Zapytał ten pierwszy, wyraźnie rozgorączkowany – Możemy w końcu zacząć? Są jakieś postępy?
– Myślę, że tak – Stwierdziła Konan – Jest jeszcze oszołomiony. Ale przed chwilą w końcu się odezwał z sensem. Nawet zaczyna zadawać pytania…
– Super – Odparł rudy, podchodząc do jakiegoś stołka, który postawił tuż przy moim łóżku, by następnie usiąść. Sasori stanął tuż obok niego. Wodziłem za nim pytającym wzrokiem. Dopiero wtedy przypomniałem sobie, że był w pomieszczeniu już wtedy, gdy się wybudzałem.
Zapadła cisza, w której to lider wpatrywał się we mnie intensywnie. Jedyne dźwięki, jakie słyszałem to ćwierkanie ptaków za oknem.
– Coś… Nie tak? – Spytałem w końcu, coraz bardziej speszony.
– Dobrze, że pytasz – Podchwycił kolczykowany, mocno rozdrażniony. W jednej chwili ton jego głosu drastycznie się podniósł – Bo jest „nie tak”! Cholernie „nie tak”! Wszystko, co do tej pory…!
– Pain! – Przerwała mu obruszona niebiesko włosa – Nie słyszałeś co mówiłam?! Jest oszołomiony! Może i przegiął, ale mógłbyś wykazać się chociaż odrobiną…
– Przymknij się, Konan – Warknął rudzielec, rzucając jej złowrogie spojrzenie, po czym znów przeniósł je na mnie – Wykazałem się wobec ciebie zbyt dużą pobłażliwością w ciągu tych trzech lat… Ale wiedz, że od dziś to koniec. Koniec, rozumiesz?!
– Ale… co się stało?! – Teraz to ja się wkurzyłem, mimowolnie zaciskając dłonie na kołdrze – Ja… Ja Nie wiem o co chodzi!
Mój rozmówca westchnął ciężko, rozmasowując skronie.
– Powiedz mi, jakim cudem udaje ci się zaliczyć misję rangi S… – Odezwał się wreszcie – …by potem popełnić najgłupsze błędy w randze C?! Jak to się stało, że w S straciłeś ręce, które i tak odzyskałeś, a przy C o mało nie zginąłeś?! I to w możliwie najbardziej przewidywalny, żałosny sposób?! To się nie trzyma kupy!
„Ah, więc o to chodzi…” przemknęło mi przez głowę.
– W misji z Kazekage… – Odrzekłem w końcu – Nie musiałem używać zasranego miecza, którym nigdy się nie posługiwałem! Walczę na długie dystanse! Używam tylko i wyłącznie wybuchów i…!
– Tak więc przyda ci się solidny trening – Wycedził lider – W tej organizacji nie ma miejsca na popełnianie tego typu gaf… Co ja gadam… Tego nawet nie można nazwać gafą, a pierdoloną kpiną! Nie obchodzi mnie, na jakie dystanse walczycie! Macie umieć poradzić sobie w każdej sytuacji! Szczególnie przy tego typu misjach! Nie chcę mieć w swoich szeregach kogoś, kto mdleje przez widok krwi, obowiązku morderstwa czy bycia pijanym lub naćpanym! Nieważne co! Macie być przygotowani na wszystko… Raz ci darowałem, ale nie zamierzam robić tego ponownie! Weź się w garść! Już nie jesteś dzieciakiem, pogódź się z tym! Nie będę cię faworyzował tylko dlatego, że jesteś najmłodszy!
Milczałem. Z początku chciałem coś powiedzieć, ale zrezygnowałem. Z każdym kolejnym słowem naszego bossa czułem się jak ostatnie gówno.
– Nie bez powodu wywaliłem stąd Oroichimaru – Kontynuował swój wywód rudy – W regulaminie naszych zasad nie miałem zamiaru tego pisać, ale sądziłem, że zrozumiesz, iż mamy być dla siebie towarzyszami broni, nikim więcej…
W jednej chwili poczułem, jak oblewa mnie zimny pot. Czy to możliwe, że on już wie o mnie i… Itachim? No i… Co ma do tego Orochimaru?
– To oznacza – Ciągnął - … że ze sobą współpracujemy! Macie się kurwa, chronić! Bez względu na to, czy się lubicie czy nie, nie możecie się atakować! Walczyć ze sobą! Szczególnie, gdy w grę wchodzi misja! Wasze osobiste kłótnie rozwiązujecie po za zleconymi zadaniami!
Wytrzeszczyłem oczy i natychmiast spojrzałem na Sasoriego.
– Ale my…- Wydukałem – Ale przecież my się nie kłóciliśmy…
– To jak wytłumaczysz to, że prawie wysadziłeś go w powietrze? – Wciął się kolczykowany – Że próbowałeś go dźgnąć po tym, jak złapał cię gdy rzekomo traciłeś przytomność? To wyglądało jak nic innego, jak upatrzona okazja do zabicia go!
– C-Co?! – Wykrzyknąłem, coraz bardziej przerażony – J-ja… Nigdy… Nie pamiętam tego!
– Tak więc zapytam, ćpałeś coś przed misją? – Syknął Pain.
– Nie, wszystkie testy na obecność substancji psychoaktywnych wyszły negatywnie – Wtrąciła się znów Konan – Po przesłuchaniu Sasoriego sprawdzałam to dwa razy, dla pewności.
– Czyli kłamiesz – Zawyrokował lider – Chciałeś go zabić.
– N-Nie! – Zaoponowałem rozpaczliwie – Ja naprawdę nie…!
– Myślę, że tu nie chodzi o narkotyki a coś bardziej… Duchowego – Przemówił w końcu lalkarz. Wszyscy na niego spojrzeli – Nie wspomniałem o tym wcześniej, bo przez całą tę sytuację na misji zupełnie wyleciało mi to z głowy… Ale dzień wcześniej obaj natknęliśmy się na Nimfę. Po spotkaniu z nią Deidara wydawał się niezbyt dobrze spać, jakby miał koszmary. A gdy wreszcie szliśmy na misję był ciągle oszołomiony. Z początku wydawało mi się że to przez to zaspanie, ale gdyby się tak zastanowić…
– Trzeba porozmawiać z Kakuzu – Zarządził kolczykowany, gwałtownie wstając, po czym spojrzał znów na mnie – To co powiedział twój partner zmienia nieco postać rzeczy… Ale nie oznacza, że nadal będziesz miał tak jak do tej pory. Po wykurowaniu bierzesz się do roboty, jasne?!
– Tak jest – Przytaknąłem pokornie.
– Konan, zajmij się nim – Polecił lider, po czym w asyście marionetkarza, opuścił pomieszczenie.
*.*.*
W szpitalu spędzałem już tydzień. Tydzień, do którego powracałem do zdrowia z zadziwiającą prędkością. Według Konan, moje rany goiły się niemal tak szybko jak u niektórych Jinjuuriki. Przynajmniej, na początku, przez pierwsze trzy dni w których byłem w śpiączce oraz jeden dzień po moim przebudzeniu.
– Teraz idzie to dużo wolniej – Mówiła, kończąc zmieniać bandaż na moim obojczyku – Ale nie ma tragedii, twoje obrażenia nadal sklepiają się zadziwiająco szybko.
– Czy to znaczy, że Deiuś jest Jinjuuriki jak ja? – Spytała Fuu, siedząc obok Hidana i Kakuzu w głębi Sali, czekając aż będą mogli do mnie podejść. Sun Yang* też miała mnie odwiedzić, jednak plany pokrzyżował jej liderek, zlecając jakieś tam zadanie którym miała zająć się sama.
– Gdyby tak było, już dawno byśmy o tym wiedzieli – Mruknęła niebiesko włosa – Więc nie, to wykluczone.
– W stu procentach? – Upewniła się nastolatka.
– W stu procentach.
– No to… O co chodzi? – Odezwał się Hidan – Skąd to szybkie ozdrowienie?
– Możliwe, że Deidara był pod dłuższym panowaniem Nimfy, coś jak opętanie, ale ten efekt już mija – Odrzekła mu Anielica, po czym spojrzała znacząco na kasiarza – Czy tak może być, Kakuzu?
Nasz skarbnik prychnął, ale nic nie odpowiedział, wyraźnie poirytowany. Sama wzmianka o tych stworzeniach sprawiała, że cały się spinał, co nie umknęło mej uwadze. Zaczynałem więc rozważać, czy warto pytać go o cokolwiek w tej kwestii…
– Jakie Nimfy? O czym wy gadacie? – Dociekał Jashinista, patrząc to na liderkę, to na swego partnera.
– O niczym – Zbyła go kobieta, szperając w swoich przyborach medycznych, po czym zwróciła się do mnie – Niedługo będziesz mógł zacząć trenować. Najpierw zaczniesz od…
– Doskonale – Stwierdził kasiarz, przerywając jej – Kiedy dokładnie będę mógł go zabrać?
– Zaraz… Co? – Odrzekłem zdumiony – Będziesz ze mną… Trenował?
– Będę cię trenował, nie z tobą – Sprostował zamaskowany, uśmiechając się krzywo pod swoim okryciem.
– Tylko nie przesadzajcie na początek – Mruknęła Anielica – Najpierw trzeba odzyskać formę.
– A… Co z Sasorim? – Wymamrotałem, czując się nieco nieswojo – On nie będzie ze mną trenował?
– Ma inne zadanie – Odrzekła.
– Co się w ogóle stało na tej misji? – Zapytałem w końcu – Ja… Naprawdę go zaatakowałem?
– Pain nieco wyolbrzymił – Kobieta wywróciła oczami – Ale… Tak, próbowałeś go dźgnąć, po czym szybko straciłeś zainteresowanie, próbując dotrzeć do powozu. Wysadziłeś kilku żołnierzy, a samego lorda zaszlachtowałeś, prawie rozszarpując… Cudem przyjęli zwłoki do punktu wymiany. Ogólnie, misja się udała, ale… No cóż, nie przebiegła tak jak było planowane.
– To znaczy? – Odezwał się znów Hidan – Skoro Deidara zabił dziada i oddali jego truchło, to przecież wszystko poszło jak należy, nie?
– Tak się składa, że nasza organizacja staje się coraz bardziej rozpoznawalna – Powiedziała niebiesko włosa – Musimy działać… Nieco dyskretniej. Ale i tym powie wam dokładniej Pain na zebraniu. A teraz… Wyjdźcie stąd. Ja też idę. Deidarze przyda się jeszcze odpoczynek.
*.*.*
Dla stuprocentowego powrotu do formy Konan zaleciła mi, bym został w szpitalu jeszcze trzy dni, co oczywiście zrobiłem. Nie miałem zresztą nic do gadania. Jedynym, co mi przeszkadzał, to fakt, że w końcu przestałem przesypiać dnie, a moi towarzysze mieli zlecone różne małe misje, by się nie panoszyć w Sali, w której leżałem. W skrócie, nikt mnie zbytnio nie odwiedzał, prócz samej Konan, która dawała mi leki i zmieniała opatrunki. A ja coraz bardziej się nudziłem. Jedyną rozrywką było dla mnie spacerowanie po pomieszczeniu i wyglądanie przez okno. Tak też było tego dnia.
– Kurwa, jak emeryt…- Parsknąłem pod nosem, po czym usłyszałem, brzdąknięcie czegoś metalowego o szpitalne płytki. Od razu spojrzałem w dół, odsunąwszy się od parapetu… I zamarłem.
Na podłodze leżał mój złoty łańcuszek z krzyżykiem. Od razu po niego sięgnąłem, zastanawiając się… jakim cudem mógł mi od tak się odczepić? Trzymając zgubę w dłoniach ułożonych w łódeczkę, usiadłem na materacu swego chwilowego posłania. Wpatrywałem się przez moment w błyskotkę, aż obraz całkowicie mi się rozmazał…
Ech, czy ja zacząłem ryczeć? Tak, niestety… Uświadomiłem sobie jedną rzecz. Że nie mogę już dłużej uciekać przed przeszłością. Odkąd dołączyłem do Akatsuki, odkąd nakazano mi wyrzec się starego życia obiecałem sobie, że nigdy już o nich nie pomyślę, że przecież jestem teraz kimś innym… Ale nie. Kurotsuchi… Akatsuchi… Tak bardzo mi ich brakowało. Mimo zdobycia nowych przyjaciół, jakimi są Hidan, Kakuzu, Fuu, Sun Jeng, Qiu, Konan, Sasori… Podświadomie tęskniłem za starym życiem. Za starymi przyjaciółmi, za… Rodzicami. Czemu… Czemu teraz o tym myślę? To jest przecież za mną… No i czemu miałbym tęsknić za rodzicami? Tym bardziej, za moim ojcem niż za matką? Nic już nie rozumiem… Co się dzieje z moją głową? Dlaczego towarzyszy mi myśl, że jak dotąd wiele moich wspomnień… Była fałszywa? Powinienem z kimś o tym porozmawiać? Ale na dobrą sprawę, kto by mi pomógł? Kto wyciągnąłby na wierzch całą prawdę z mojego umysłu? Rozproszył iluzję, jeśli takowa istnieje? Przecież nikt z Akatsuki nie ma nawet takiej…
Mocniejsze uderzenie serca, które zaraz zamarło. Zimny pot, dreszcze. Itachi. Przecież to jasne… On to potrafi, tylko czy będzie w ogóle chciał mi pomóc? Ale… Dlaczego miałby mi odmówić? W końcu, po tym, co się między nami wydarzyło, nasze stosunki są już inne. Jesteśmy normalną parą… Chyba… Mam nadzieję…
Ułożyłem plecy na materacu, oglądając w skupieniu łańcuszek, po czym moja trzymająca go dłoń opadła bezwładnie na pościel. Utkwiłem wzrok w suficie. W sumie… Itachi Nie przyszedł do mnie ani razu, odkąd tu jestem. Ale czy wolno mi o to mieć w ogóle pretensje…? Przecież się ukrywamy, ba, utrzymujemy wersję, że się nie znosimy. Jego odwiedziny więc mogłyby wyglądać co najmniej dziwnie. Musiałby więc to robić w nocy… Ech, o czym ja myślę?
Mimowolnie się zaczerwieniłem, przewracając na bok, wtuliwszy policzkiem w kołdrę. To nie tak, że mam na myśli cokolwiek zbereźnego… Po prostu, chciałem z nim porozmawiać. Tylko… Czemu na samą myśl o tym tak się peszę? Czy to dlatego że między nami tak naprawdę… Nigdy nie było normalnej rozmowy? Takiej najzwyklejszej, jak to pomiędzy ludźmi? Jakby się tak zastanowić, nic o nim nie wiedziałem, ani on o mnie. W sensie, wiedzieliśmy tyle co nic.
Wiedziałem tylko jakie ma upodobania seksualne.
– Boże szumiący...– Jęknąłem, zawijając się w pościel niczym naleśnik.
Czy ja zawsze muszę wpieprzyć się w coś skomplikowanego? W jakąś chorą relację? Najpierw dziewczyny z mojej klasy w liceum, z którymi się obściskiwałem, potem Naoki, w międzyczasie cały czas przewijał się Itachi… Och, byłbym zapomniał… Jeszcze Bazyl. W sumie to od niej zaczęło się to pasmo moich związkowych nieszczęść. Chociaż nie… Czy nie była to przypadkiem Kurotsuchi?
Zagryzłem dolną wargę, zwinąwszy w kłębek.
Mój pierwszy i jak dotąd najnormalniejszy związek. W prawdzie… Nigdy tak naprawdę nie byliśmy razem, nigdy sobie tego nie powiedzieliśmy… Ale nie da się zaprzeczyć, że był między nami pociąg, fascynacja… Które to niestety wygasły przez jedną, durną kłótnię. O stanowisko Tsuchikage… Czemu je tak bardzo wtedy chciałem? I czemu staruszek w ogóle brał mnie pod uwagę do tej roli? Przecież, jak się okazało… Jestem beznadziejny… I to we wszystkim. W relacjach, w walce… Niedorzeczność. Ech, zaraz, od kiedy ja się tak nad sobą użalam? No ale… Czyż to nie jest… Prawdą?
Westchnąłem ciężko, to właśnie w tym momencie drzwi do pomieszczenie otworzyły się.
– Mam dobre wieści – Usłyszałem przytłumiony przez kołdrę głos Konan. Odchyliłem rąbek materiału, by na nią spojrzeć. Stała wpatrzona w jakieś kartki, po czym przeniosła wzrok na mnie. Mina nieco jej zrzedła – Co… Ty robisz?
– Ech, nic – Mruknąłem, odrzucając okrycie. Usiadłem na materacu – Miałem… Musiałem zasnąć w trakcie myślenia o wielu rzeczach.
„I popaść w załamanie nerwowe”, dodałem sobie w myślach. Niebieskowłosa uniosła brew, po czym znów zerknęła w kartki.
– Wracając – Kontynuowała, nie skomentowawszy mojej głupiej odpowiedzi – Jak mówiłam, mam dobre wieści. Wypuszczam cię, dzisiaj wychodzisz. Twoje rany… Do tej pory nie wiem, jak to wyjaśnić, ale zagoiły się na tyle, że możesz zacząć trening!
–Su… Super – Wydukałem, czując nagły przypływ stresu. Skoro dziś wychodzę, będę mógł prędko zobaczyć się z Itachim… Z tym, że cały czas nie mam pojęcia, jak zacząć z nim rozmowę! A zależy mi, bym poznał swoje odpowiedzi jak najszybciej… Co robić?
– Nim jednak to nastąpi – Ciągnęła dalej Anielica – Poproszę cię, byś posprzątał przed twoim wyjściem. I za półtorej godziny mamy zebranie w kuchni.
– Zaraz… Już wychodzę? – Zdziwiłem się.
– No, a co? Czyżbyś Nie chciał opuścić tego miejsca jak najszybciej? – Parsknęła moja rozmówczyni, odwracając się do mnie plecami. Łapiąc za klamkę, nagle zatrzymała się i ponownie skierowała twarz w moją stronę – Po za tym, będę chciała z tobą później porozmawiać. Na osobności.
Po tych słowach wyszła, a ja wziąłem się za sprzątanie.
*.*
Ogarnięcie Sali szpitalnej nie zajęło mi długo. Jedyne co musiałem zrobić to zdjąć poszewki z kołdry i poduszki oraz zabrać swoje rzeczy. Miałem w planach również zamiecenie podłogi i wytarcie kurzy, ale gdy zaoferowałem to jednej z pielęgniarek, odmówiła, mówiąc iż takie rzeczy należą już do niej. Tak więc udałem się do własnego pokoju, robiąc dokładnie to, co chciałem zrobić w szpitalu. Posprzątać swój pokój. Do roboty co prawda za wiele nie miałem, gdyż większe porządki robiłem przed misją z Sasorim, ale i tak wolałem choć trochę odkurzyć.
W końcu, po skończonej robocie usiadłem na łóżku i spojrzałem na zegarek. Miałem jeszcze trochę wolnego czasu, tak więc przeniosłem się do biurka i wziąłem za szkicowanie dzieł, które w najbliższym czasie planowałem ulepić z gliny… I wysadzić, rzecz jasna.
Gryzmoliłem przez jakiś kwadrans, aż zatrzymałem, tknięty pewną myślą… Sasori. Może zamiast tego przydałoby się pójść i go przeprosić? Nawet, jeśli niczego nie pamiętałem, to i tak czułem, że jestem mu to winien.
Wstałem z krzesła, jeszcze raz zerkając na zegarek. Dochodziła czternasta. Cholera… Już nie zdążę. Zresztą… To chyba też rozmowa na dłużej, no nie?
Zarzuciłem na plecy płaszcz i wyszedłem z pokoju, zamykając go na klucz. Schodząc do kuchni, zawróciłem jeszcze by zapukać do Hidana z pytaniem czy idzie ze mną. Odpowiedziała mi głucha cisza. Już miałem nacisnąć klamkę, gdy z dołu dobiegł mnie dźwięk czegoś na wzór stłuczonego wazonu oraz krzyki.
– Ty jesteś jakiś nienormalny! – Wrzasnął głos, którego nie pomyliłbym z żadnym innym. No tak, czyli mojego kumpla i tak nie było w pokoju… Pospieszyłem ponownie w kierunku schodów prowadzących na dół. Na jednym ze stopni usłyszałem za mną czyjeś spokojne kroki, toteż zatrzymałem się w połowie schodzenia, by spojrzeć kto za mną idzie.
– O, czyli już jesteś zdrowy – Oznajmił zaskoczony Sasori, niemal zderzając się ze mną twarzą.
– M-Mistrzu, ja…- Zacząłem z natychmiastową histerią, ten jednak przerwał mi gestem dłoni.
– Później – Mruknął, wyminąwszy mnie – Bardziej ciekawi mnie co się dzieje na dole. Po za tym… Zebranie.
– A-Ale…- Jęknąłem, pędząc natychmiast za nim. Już chciałem łapać go za rękaw płaszcza, gdy stanęliśmy obaj w progu salonu.
Moim oczom ukazał się widok rozeźlonego Kisame, sprzątającego szufelką jakieś szkło z podłogi. Nieopodal niego równie wkurzony Hidan, przetrzymywany za łokieć przez Itachiego, jak zwykle niewzruszonego całą sytuacją. Obok niego zaś stała zdezorientowana i zirytowana Sun Jeng.
– Co tu się dzieje? - Odezwał się lalkarz, na co wszyscy zgromadzeni skierowali oczy w naszym kierunku. Łapiąc kontakt wzrokowy z czarnowłosym, mimowolnie poczerwieniałem, ciskając spojrzeniem w bok.
– Prawdę mówiąc, nikt tego nie wie – Odrzekł Uchiha, puszczając ramię mojego kumpla – Rzeczy podziały się tak szybko że żadne z nas…
– Kisame odjebało – Wciął mu się Jashinista – Nagle, bez wyraźnego powodu rzucił we mnie tą pierdoloną…!
– Te, uważaj sobie, gnoju – Warknął Rekin, trzymając za szczotkę i szufelkę. Gdyby nie te właśnie rzeczy, wyglądałby naprawdę groźnie, ale przez nie czar nieco prysł – Bo zaraz ty będziesz to sprzątał!
– Ty tym rzuciłeś – Przypomniał mu spokojnie właściciel Sharingana.
– Kurwa! Itachi! Trzymaj moją stronę! – Wrzasnął niebiesko skóry.
– Ciężko ją trzymać, gdy zachowujesz się jak idiota –Mruknął czarnowłosy, krzywiąc się.
– Dobra, idziecie czy nie? – Zniecierpliwiła się Sun Jeng. Ku mojemu zdumieniu, jakimś cudem stała tuż za mną – Dokończymy to potem. Lepiej, żeby na nas nie czekali.
– Zgadzam się – Odrzekł marionetkarz. Wszyscy pokierowaliśmy się do kuchni. Tam zastaliśmy Kakuzu siedzącego przy stole ze swoim notatnikiem i kalkulatorem, zajmującą obok niego miejsce Fuu, wyraźnie ożywioną na nasz widok oraz stojącego w kącie Zetsu. Obok niego, na blacie siedział Tobi. Na jego widok zmrużyłem oczy, spowalniając nieco kroku. Ten zaś wlepił we gały, jakby chciał mnie o coś poprosić. Zapewne o przebaczenie.
Prychnąłem i już miałem iść na swoje miejsce, gdy nagle poczułem krótki dotyk na tylnej kieszeni spodni, a zaraz potem na tyłku. Znieruchomiałem, natychmiast odwracając się w stronę tego kto to zrobił. Oczywiście był to nie kto inny jak szanowny pan Uchiha, który minął mnie jak gdyby nigdy nic. Rozejrzałem się panicznie w upewnieniu, czy nikt tego nie widział. Na szczęście większość była zajęta sobą, prócz zamaskowanego, który nadal się na mnie gapił. Czerwony jak cegła, skierowałem się na swoje miejsce.
– Gdzie Konan? – Zapytał tymczasem Hidan, widocznie nie zaprzątając sobie głowy pytaniami o liderka. Zrobiłem to więc za niego, starając się w ten sposób odwrócić swój umysł od tego, co się przed sekundą stało.
– Spóźnią się, zaraz przyjdą – Stwierdził ciemnoskóry, nie odrywając wzroku od swoich notatek. Wszyscy (prócz Krzaka i Tobiego) usiedliśmy przy stole, w oczekiwaniu na naszych przywódców. Popatrzyłem na każdego z osobna, nie mogąc opędzić się od myśli, że to pierwszy raz, gdy mamy zebranie w miejscu takim jak to. Normalnie może i uznałbym to za miłe, wręcz przytulne, gdyby nie ta niezręczna cisza oraz napięcie, które aż biło z Hishigakiego, siedzącego już na swoim miejscu (po uprzednim wywaleniu szkła do śmietnika). Gdyby jego wzrok miał specjalne moce, Hidan straciłby nieśmiertelność i już gryzłby piach… Co się do cholery między nimi wydarzyło?
Nie miałem czasu się jednak dłużej nad tym zastanawiać, gdyż w tym czasie do pomieszczenia weszła Konan z naręczem dokumentów.
– Są wszyscy? – Zapytała po uprzednim przywitaniu i rozłożeniu swoich papierzysk, wodząc wzrokiem po kuchni – Jak tak, to możemy zaczynać…
– Zaraz, bez lidera? – Kakuzu podniósł wzrok znad dokumentów.
– Nie ma go i nie będzie przez jakiś czas – Odparła niebiesko włosa, zajmując swoje miejsce – Możliwe, że dwa tygodnie, albo i krócej… Lub dłużej. Interesy… Będzie mnie zresztą informował, co i jak, jestem z nim w kontakcie. Ale to nieważne, gdyż nie ominie was to, co ma wam do powiedzenia.
Wszyscy wlepili w nią wzrok z zainteresowaniem, a atmosfera nieco zelżała. Mimo, iż mieliśmy tak czy siak usłyszeć nowe zalecenia dowódcy i oczywiście ich przestrzegać, wszyscy zdawali się do tych zasad podchodzić bardziej entuzjastycznie niż zwykle. Zupełnie jakby obecność Konan jak i jej przejęcie roli Paina dawało… ukojenie? Niezrozumiałe ukojenie.
– Po pierwsze – Kontynuowała tymczasem kobieta – Jak zdążyliście się domyśleć, chwilowo ja rządzę. Mam nadzieję, że nie będziecie za bardzo płakać.
Westchnienia ulgi i reagowanie na to chichotem. Uśmiechnąłem się pod nosem, rozbawiony. Ne wiedzieć czemu, sam czułem jakby wiele rzeczy miały być łatwiejsze, a kamień spadł z serca.
– Po drugie, regulamin – Kontynuowała Anielica, tu euforia wszystkich nieco opadła – Zasada piąta. Ktoś jest chętny, aby ją przypomnieć?
– „Nie dopuszczalne jest zawieranie związków bądź kontaktów seksualnych z kolegami po fachu. Jesteśmy dla siebie towarzyszami broni, nie kochankami” – Wyrecytował po chwili Kisame, ponownie rzucając krzywe spojrzenie Hidanowi oraz… Fuu. Odruchowo uniosłem brwi do góry, zerkając w stronę zielonowłosej. Ta minę jednak miała równie zaskoczoną, co ja.
– Tak jest – Mruknęła tymczasem liderka, sięgnąwszy do jednej ze swoich kartek – Dopiszcie do tego podpunkt, który macie zapamiętać. Brzmieć on będzie: „niedopuszczalna jest też odwrotność. Zakazane jest atakowanie oraz zamachiwanie na życie swojego towarzysza broni oraz innych członków organizacji”… Innymi słowy, od teraz jest zakaz wszelkich bójek. Jasne?!
Po kuchni rozległy się pełne rezygnacji westchnienia i pomruki. Niektórzy mimowolnie wywrócili oczami.
– Nie oznacza to oczywiście że wraz z Painem każemy wam pałać do siebie niewiadomo jaką przyjaźnią – Dodała kobieta – Możecie się nie lubić, proszę bardzo. Ale niech to nie odbija się na zdrowiu waszym i innych. Powtarzam raz jeszcze, żadnych walk! Czy jest to zrozumiałe?!
– Taaa…- Wszyscy na równi przytaknęli bez entuzjazmu. Ja tymczasem jeszcze bardziej kuliłem się w sobie. Miałem nieodparte wrażenie, iż cały ten podpunkt dotyczył mojego nieświadomego ataku na Sasoriego…
– A teraz… Misje – Zarządziła niebiesko włosa. Tu zaczęła wymieniać zadania, którymi mieliśmy zajmować się przez najbliższe dni, a niektórzy nawet cały miesiąc. Tak jak było powiedziane w szpitalu, dostałem nakaz cięższego trenowania pod okiem Kakuzu. Miało to mnie rzekomo przygotować do kolejnej misji, w której będę uczestniczył już z Sasorim… I Tobim. Miała ona związek z jedną z ogoniastych bestii. Nie dostaliśmy jednak jeszcze odpowiedzi, o którą chodzi. Generalnie… Dużo było mowy o tychże stworzeniach. Sam Kakuzu i Hidan mieli również zająć się jednym z nich, tak jak i Jinjuuriki który je w sobie nosił. W łapance wspomniani byli także Kisame z Itachim oraz Zetsu.
– Czyli zaczynamy już iść na całość – Podsumował Kasiarz – Obława za obławą?
– Nie mamy wyjścia – Westchnęła nasza przywódczyni – Jesteśmy niestety coraz bardziej kojarzeni przez ludzi. Trzeba działać, nim zaczną podejmować coraz to rygorystyczne kroki związane z obroną Jinjuuriki. Przewidzieliśmy to z Painem, rzecz jasna, ale nie myśleliśmy, że nasza „sława” dogoni nas tak szybko… Pamiętajcie, działamy razem! Wszyscy mamy wspólny cel, którego spełnienie jest coraz bliżej!
– No dobrze, ale… Jakie my mamy zadanie w tym wszystkim? – Wtrąciła Fuu, wskazując głową na Sun Jeng. Widziałem, że na myśl o łapance bijuu było jej nieswojo, jednak starała się ze wszystkich sił lojalnie działać dla organizacji – Mamy jakąś rolę w związku z… Bestiami?
– Jeszcze się nad tym zastanawiamy – Odrzekła Konan, przyglądając się pytającej w zamyśleniu – Możliwe, że… Tak, będziecie miały swoje wytyczne. Ale… Na tę chwilę przedstawię wam coś innego.
Dziewczyny spojrzały na nią w skupieniu, podobnie jak reszta z nas.
– Ustaliliśmy, że… Zajmiecie się eliminacją przeszkód – Oznajmiła – To znaczy, ochroną Deszczu jak i całej organizacji.
– A dokładniej? – Odezwała się Sun Jeng – Co miałybyśmy konkretnie robić?
Anielica zerknęła na Hidana, po czym znów skierowała oczy ku naszym koleżankom.
– Jak wiecie, jesteśmy ścigani przez wielu ludzi – Zaczęła niebiesko włosa, dziwnie nerwowo – W tym przez… Bliskich co niektórych z nas. Nie możemy pozwolić, by przeszkodzili nam w ideach. Dlatego…
– Zaraz – Warknął Jashinista, wstając gwałtownie – Mówisz o…?!
– Tak – Odrzekła natychmiast Anielica. Przez moment mierzyli się wzrokiem, a atmosfera w pomieszczeniu zdawała się gęstnieć. Wszyscy obserwowali tę scenę w napięciu, aż kobieta znów zdecydowała się zabrać głos – Twoja rodzina jest dla nas poważnym zagrożeniem. Dokładniej, twoja siostra… I nie udawaj, że słyszysz to po raz pierwszy. Dobrze wiesz, że osoby takie jak ona muszą zostać, delikatnie mówiąc, uciszone. Mówione to było z miesiąc temu jak nie więcej!
– Ale…- Jęknął siwowłosy, wyraźnie zdesperowany – Chyba istnieje jakieś wyjście, nie? Łagodniejsze?
– Nie sądzę – Mruknęła liderka – Trzeba ją zabić…
– Ale czy ona… Nie jest przypadkiem nieśmiertelna? – Odezwałem się po raz pierwszy. Wszyscy wlepili we mnie oczy, ja zaś wpatrywałem się znacząco w mojego kumpla – Jak… Hidan?
– Nie… Nie sądzę – Fioletowooki zacisnął dłonie w pięści, wbijając wzrok w stół – Musiałaby przejść specjalny rytuał. Po nim ludzie się nie starzeją… To znaczy, starzeją, ale w dużo spowolnionym tempie niż normalnie. A wątpię, by Ai nie chciała jeszcze się zmienić…
Słysząc to, z trudem powstrzymałem się, by nie strzelić się w czoło z otwartej dłoni. Cholera, po co on to powiedział…?! Co za idiota… Usłyszałem ciche westchnienie. Zerknąłem na Kakuzu, który widocznie doszedł do tego samego wniosku, co ja.
– Błagam! Powiedz mi, że da się coś zrobić! – Krzyknął Hidan, wpatrując się w Anielicę dziko – Nie możemy… Nie wiem… Przyjąć jej do nas?!
– Nie sądzę – Odrzekła krótko kobieta – Twoja siostra działa na naszą szkodę. To ona jest odpowiedzialna za donoszenie o nas do prasy, księgi bingo. Krótko mówiąc, to w bardzo dużej mierze jej sprawka za rozsławienie nas.
Wszyscy gapiliśmy się na nią z niedowierzaniem. Odruchowo rozchyliłem usta w zdziwieniu.
– A… To nie my sami? – Zapytał nagle Itachi, marszcząc brwi.
– Też, ale wszystko zaczęło się od waszej wizyty z Kisame w Liściu – Odparła liderka – Zresztą, Hidan… Jeśli jesteś zainteresowany sabotowaniem naszych działań przez Ai jak i resztę twojej rodziny, mogę ci to potem przedstawić w gabinecie… A wracając do dziewczyn. Możliwe, że to do was należeć egzekucja naszych szpiegów. Początkowo mieliśmy z Painem dać to Itachiemu i Kisame właśnie… Ale plany raczej ulegną zmianie. Dlatego zapowiadam wam, byście ostrzej wzięły się za swój trening. A na tą chwilę, zebranie uważam za zakończone.
*.*
Póki jeszcze było widno i każdy udał się do swoich zadań (składających się na ten moment głównie z treningów), ja tkwiłem jeszcze przez jakąś chwilę w kuchni z Kakuzu, czekając aż wszyscy się rozejdą. Nie miałem zamiaru wpaść na Tobiego i dać mu się gdzieś zaczepić. Poczekałem aż Zetsu na dobre wywali go z budynku. Wtedy też zdecydowałem się wyjść na hol. Nie miałem zamiaru przeszkadzać zajętemu swoimi obliczeniami skarbnikowi, z którym i tak nie miałem przez to dziś czasu na trening. Postanowiłem więc udać się od razu do Konan na umówioną rozmowę. Nim jednak wspiąłem się na schody, dotknąłem swojej tylnej kieszeni spodni, mając dziwne wrażenie, iż złapanie mnie za tyłek przez Itachiego nie było przypadkowe.
Miałem rację. W środku kieszonki znalazłem karteczkę. Obrzuciłem wzrokiem każdy kąt w upewnieniu, że nikt na mnie nie patrzy, po czym rozwinąłem papierek.
„U mnie, o dwudziestej – I.”, przeczytałem, momentalnie zalewając się rumieńcem. Zwinąłem ponownie kartkę, wchodząc w końcu na stopnie. Idąc po kolejnych piętrach, nie mogłem opanować coraz to szybszego bicia serca. I nie miało ono nic wspólnego z wysiłkiem, bo na kondycję za bardzo nie mogłem narzekać. Mimo to, przystanąłem na moment, starając się ochłonąć… Wtedy mój wzrok spotkał się z pewnymi drzwiami, na które omal nie dostałem zawału serca.
– O dwudziestej…- Szepnąłem do siebie, wgapiając tępo we wspomniane drzwi. Taak… Tu miałem się stawić. Sięgnąłem raz jeszcze do kieszeni, czerwony niczym cegła. Powstrzymałem się jednak w pół ruchu, zmieniając kierunek ręki z kieszeni do klatki piersiowej. Zacisnąłem dłoń na koszulce pod szyją.
Cholera, czy to normalne że nadal tak na niego reaguję, a każda perspektywa spotkania przyprawia o palpitacje? Ech, nie. Z pewnością nie. Szczególnie, że my się przecież już trochę zna…
Przygryzłem wargę. Co ja plotę…? Przecież już to przerabiałem w głowie. My… My się nie znamy, łączy nas tylko…
– … weźmie tylko buteleczkę! – Z dołu nagle dobiegł mnie dobrze mi znany, irytujący głos którego to właściciela starałem się unikać ostatnio jak ognia. A dźwięk zbliżających się szybkich kroczków od razu sprawił, że błyskawicznie wdrapałem się na kolejne piętro, by uniknąć niechcianej konfrontacji.
Nim zdążyłem dobrze pomyśleć, do gabinetu Paina wpadłem jak burza. Konan spojrzała na mnie zza biurka, wyraźnie zaskoczona.
– Wszystko… Ok.? – Zapytała niepewnie.
– Ta… Tak – Mruknąłem, chwyciwszy się za ramiona przy mimowolnym wzdrygnięciu.
– Dobrze… Em, mógłbyś zamknąć drzwi? – Odrzekła anielica, układając dokumenty, przy czym nie spuszczała ze mnie wzroku.
– Yy, jasne – Mruknąłem, idąc raz jeszcze w stronę wejścia.
– Usiądź – Poleciła niebiesko włosa, wskazując fotel naprzeciw biurka. Podszedłem więc do mebla, posłusznie się w nim sadowiąc. Przez moment panowała dziwna cisza, w której kobieta nie przestawała się na mnie gapić z zagadkowym wyrazem twarzy.
– No to… Czemu właściwie chciałaś mnie widzieć? – Zagaiłem – Czy… Czy to co chcesz mi powiedzieć nie mogło być powiedziane przy wszystkich?
– To nie byłby dobry pomysł – Stwierdziła niebiesko włosa, na chwilę odrywając ode mnie spojrzenie, gdy sięgała po jakąś kartkę, którą wystawiła w moim kierunku, wyraźnie sugerując bym ją od niej wziął, co też zrobiłem.
– Regulamin? – Zapytałem, wlepiając ślepia w podarowany dokument – Po co mi to…?
– Pamiętasz, o której zasadzie rozmawialiśmy na zebraniu, czyż nie? – Mruknęła Konan, a mi raptownie zrobiło się słabo.
– T-tak… O piątej – Wydukałem, czując jak zasycha mi w gardle.
– Przytocz ją proszę, jeszcze raz na głos – Powiedziała niebiesko włosa. Byłem tak zdenerwowany, że nie byłem w stanie rozpoznać, czy mówi to spokojnie czy właśnie powstrzymuje się od wybuchu. W uszach mi dzwoniło. Powoli przeniosłem wzrok na treść, przełykając resztki śliny, zacząłem czytać – „Nie dopuszczalne jest zawieranie związków bądź kontaktów seksualnych z kolegami po fachu. Jesteśmy dla siebie towarzyszami broni, nie kochankami”.
– No właśnie – Podchwyciła moja rozmówczyni – A podpunkt, o którym dzisiaj mówiłam? Pamiętasz, jak brzmiał?
– Yy…- Bąknąłem, mrugając z konsternacją – Coś… Coś o odwrotności… Tak?
– Zgadza się – Potwierdziła kobieta, recytując: – „niedopuszczalna jest też odwrotność. Zakazane jest atakowanie oraz zamachiwanie na życie swojego towarzysza broni oraz innych członków organizacji”. Wiesz, co chcę powiedzieć?
– Yy… Ech…- Stękałem jak debil. Czułem, że jak czegoś zaraz nie wymyślę to zemdleję. Byłem wystraszony i zażenowany jednocześnie.
– Ta zasada nie widnieje tu dla ozdoby! – Kontynuowała Konan. Dopiero teraz zrozumiałem, jak bardzo jest rozeźlona – Macie jej przestrzegać! A ty… Mimo wszystko… To nadal jest jej łamanie!
– N-Nadal? – Podchwyciłem, nie do końca rozumiejąc.
– To, że dajesz się molestować czy pieprzyć zamiast na odwrót, nie oznacza, że jesteś niewinny – Warknęła anielica, a ja raz jeszcze wbiłem wzrok w kartkę, niemal czując ogień na twarzy – Bierność w takich rzeczach też dobrze nie świadczy! Dawałeś się! I czemu nic nie powiedziałeś, że to się dzieje?!
– J-ja…my…- Wydukałem bezgłośnie, urywając w pół zdania, zaskoczony jej słownictwem. Cokolwiek bym zresztą nie powiedział, prawdopodobnie nie miałoby to sensu.
– Czy tak się dałeś zepsuć, że... – Tu niebiesko włosa skrzywiła się, jakby obrzydzona – Na tyle, że czerpałeś z tego… Przyjemność? Korzyść?
Nie zarejestrowałem nawet momentu, w którym moja noga zaczęła nerwowo podrygiwać. Mój Boże… Nawet ona uważa że to obleśne, nienormalne… Kurwa, czego ja od niej oczekiwałem?! Poklasku?! Zrozumienia? Co ja sobie ubzdurałem… Wszystko, czego w tamtym momencie chciałem, to umrzeć. Nie, nie zniknąć. Umrzeć.
Jak mogłem być tak durny, by w ogóle zacząć myśleć o akceptacji faktu, że zakochałem się w…
– I to jeszcze z kimś takim – Prychnęła nagle Konan. Podniosłem na nią ogłupiały wzrok. Kobieta siedziała na parapecie, wpatrując w okno – Serio, myślałam że masz lepszy gust…
– C-Co…? – Zapytałem. Liderka znów zaszczyciła mnie pogardliwym spojrzeniem.
– Nie udawaj głupiego – Mruknęła, wstając i podchodząc do biurka, by oprzeć na nim ręce, przy czym patrzyła na mnie z góry – Sasori powiedział mi o twoich układach z… Z Tobim.
Co? Co do…
– Co? – Powtórzyłem to samo, co nasunęły mi myśli, nic innego nie przyszło mi do głowy.
– To znaczy… - Zreflektowała się anielica, odsuwając od biurka by znów usiąść na krześle – To znaczy, nie określił tego jako „układ”. Ja doszłam do takiego wniosku, widząc twoją reakcję…
– O czym ty…? – Już miałem zadawać więcej pytań, gdy mnie olśniło. Misja z Lordem Góry. Dokładniej, przed misją. Ja i Sasori ledwo opuszczamy osadę Deszczu, wtedy Tobi rzuca się na mnie, bardzo chce ze mną rozmawiać, a ja…
– Sasori przyszedł do mnie po tym, jak wylądowałeś w szpitalu – Ciągnęła kobieta, przerywając moją gonitwę myśli – Rozmawialiśmy w cztery oczy. Powiedział mi wtedy o swoich podejrzeniach odnośnie tego, jak dziwnie ostatnio zachowywałeś się przy Tobim… I że oczywiście ma to swoją przyczynę. Podejrzewał to już od jakiegoś czasu, ale cała ta misja utwierdziła go na dobre w przekonaniu, że Tobi cię molestuje. Śmie on też twierdzić, że na molestowaniu się nie skończyło.
Wpatrywałem się w nią z oczami jak spodki. Nie mogłem wydusić z siebie słowa.
– Aczkolwiek najpierw miał podejrzenia co do Itachiego – Dodała niebiesko włosa, a ja cudem pohamowałem się, by nie krzyknąć z przerażenia – Ale w końcu przyznał, że się mylił. Musiał go jednak wykluczyć.
– M-Mylił…?- Powtórzyłem słabo – Wyklu…?
– Po pierwsze, jak zauważył, Itachi prawie nie zwraca na ciebie uwagi – Odrzekła Konan, na co ledwo powstrzymałem skrzywienie bólu. Niemal fizycznie czułem, jakbym dostał właśnie czymś ciężkim w mordę – Po drugie… Dziwne zachowania Tobiego… Nocą. Ponoć w czasie gdy wszyscy spali, Tobi kręcił się po korytarzach. Sasori go przyłapał na tym pewnego razu. Gdy zapytał go co robi, Tobi odrzekł że źle sypia i zaraz wtedy wracał do siebie. A po jakimś czasie, dokładniej kilku tygodniach, w pokoju lalkarza zjawiasz się ty… Uskarżając na „koszmary”.
Gapiłem się na nią z otwartą gębą. Słowa wciąż grzęzły mi w gardle.
– Tymczasem to żadne koszmary – Parsknęła – I możliwe, że żadne molestowanie. Wy po prostu… Definitywnie jesteście…
– P-przestań! – Wrzasnąłem nagle, wstając na równe nogi. Patrzyła na mnie z lekkim niedowierzaniem spowodowanego moją rekacją – Proszę… T-To znaczy… To… To nie tak…
– A jak? – Uniosła brew, świdrując mnie wzrokiem. Klapnąłem znów na fotel.
– To… - Nabrałem powietrza w płuca, by po chwili odetchnąć. Próbowałem choć trochę się uspokoić. Niestety na próżno. W głowie roiło mi się od nakładających na siebie pytań i czarnych myśli. Mimo to, zdecydowałem się mówić – Tak… Ja… Tobi mnie molestował… To jest… Nie miałem pojęcia, że to on jest tym, który kręcił się po korytarzach w nocy. I że to się w ogóle dzieje…
– Zaraz… Nie rozumiem – Przyznała niebiesko włosa – Jak to, „że to się dzieje”?
– Myślałem, że to tylko złe sny – Przyznałem – Ale z czasem uświadomiłem sobie, że no, nie do końca. Tym bardziej, że zawsze gdy idę spać zamykam drzwi na klucz. Coraz częściej zacząłem sobie też zdawać sprawę, że ktoś… Mnie dotyka. I kiedy tamtej nocy postanowiłem wstać i się przejść, zauważyłem że mam je niezamknięte. Byłem strasznie zagubiony… Więc udałem się do Sasoriego. Wydawało mi się, że będzie w stanie mi… Pomóc…
Konan westchnęła.
– No dobrze. A jak z tym molestowaniem? Kiedy uświadomiłeś sobie, że to on? – Zapytała. Minę miała niewzruszoną, jednak w jej oczach wychwyciłem iskierkę złości. Spuściłem wzrok a swoje kolana… Po czym zacząłem mówić. Opowiedziałem o moim znalezisku w postaci gazety w której o mnie pisano, o spotkaniu z Tobim, jego agresywnym wymuszeniu na mnie spaceru poza wioskę… Oraz o tym, co mi zrobił gdy już byliśmy poza nią. Niewygodne szczegóły, takie jak obciąganie temu zwyrolowi wolałem jednak zostawić dla siebie. Po prostu nie byłem gotowy by dzielić się tym z kimkolwiek. Już sam fakt, że Itachi o tym wiedział przyprawiał mnie o mdłości. A skoro już przy nim jesteśmy… O jego ratunku też za bardzo wolałem nie wspominać.
– Jak się z tego wszystkiego uwolniłeś? – Zapytała niebiesko włosa.
Zastanowiłem się przez moment, nabierając powietrza. Ech… Może jednak warto powiedzieć coś o nim w tej historii? Nie uśmiechało mi się bieganie do niego zaraz po tym, gdy skończy się całe to przesłuchanie. Nie chciałem już więcej z nim rozmawiać na temat Tobiego, ani ustalać jakiejś dziwnej wersji wydarzeń… Tym bardziej, że ten zamaskowany bałwan może nie chcieć współpracować… Pewnie i tak i tak powie, że Itachi go skopał.
Nie szkodziło jednak co nieco… Dokonać leciutkich zmian.
– W pewnym momencie wróciło mi racjonalne myślenie – Rozpocząłem – Udało mi się uderzyć Tobiego, potem… Em… Zacząłem uciekać. I wtedy… Wtedy, gdy próbował mnie gonić, natknęliśmy się obaj na I… Uchihę.
– Na Uchihę – Powtórzyła kobieta, jakby zamyślona.
– Tak, yyy… On… – Zawahałem się, gorączkowo szukając odpowiednich słów i scenariusza – On zobaczył, że coś było nie tak i… I zatrzymał Tobiego, chyba czegoś od niego chciał. Skorzystałem więc z okazji… I uciekłem im. Biegłem w stronę Deszczu.
– Okej…- Powiedziała moja rozmówczyni powoli, w letargu, po czym dodała, nieco bardziej ożywiona – Taak… To by się zgadzało. Tobi mówił coś, hm… O potyczce z Itachim. I z jego wersji, to jest, Tobiego, wynika że mieli jakąś „drobną sprzeczkę, która wymknęła się spod kontroli”, stąd jego wizyta w szpitalu. Rzecz jasna, nie wspominał nic o tobie, bo by się wkopał. Był za bardzo rozhuśtany emocjonalnie, by dobrze kłamać… Postanowiłam więc zapytać też drugą stronę. Szukałam Itachiego tamtego dnia po całym Deszczu. Nie znalazłam go.. Tak jak i zresztą ciebie.
„O Boże. O kurwa…” Czy moje serce stanęło, czy jego palpitacje działały już z pełnym rozmachem?! Niech ktoś mi powie, że to tylko niedorzeczny koszmar!
– Uchiha zawołał mnie i ostatecznie zdecydowaliśmy się pogadać i załagodzić nieco nasz spór – Skłamałem, z zadziwiająco dla mnie samego gładkim i spokojnym tonem. Miałem wrażenie, jakbym się działał na autopilocie. Nie potrafiłem wyjaśnić, co tak nagle we mnie wstąpiło – Poszliśmy do baru… A potem do klubu. Dlatego nie było nas całą noc.
– To… - Wydusiła Konan, wyraźnie ją zatkało – Nigdy bym nie przypuszczała, że kiedykolwiek… Będziecie w stanie… Nie, zaraz. Przecież już byliście w klubie razem z Sun Yang, Qiu Tong i Hidanem… Już wtedy byłam zdziwiona, że daliście radę wrócić cało i się nie pozabijać.
„W sumie, do morderstwa było wtedy blisko… Tylko ucierpiałby ktoś inny”, przemknęło mi przez głowę. Ledwo powstrzymałem się od uśmiechu.
– Tak… Yy… Już wtedy nasze relacje się nieco poprawiły – Mruknąłem, dalej brnąc w scenariusz, który na bieżąco tworzyłem. Miałem dziwne przeczucie, że zapytany o to wszystko Itachi od razu go załapie i potwierdzi w razie gdyby był zapytany – Znaczy… Nie jesteśmy przyjaciółmi. Tolerujemy się, czasem nawet zamienimy kilka zdań… Właściwie, gdy byliśmy już w klubie, to się rozdzieliliśmy.
– Hm, no proszę – Odrzekła anielica z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Trudno było powiedzieć, czy kupiła tę bajeczkę – Czyli cuda się zdarzają… Ale, mam rozumieć, wasze relacje poprawiły się aż tak, że mu powiedziałeś co Tobi chciał ci zrobić?
– Niee, co ty! – Zawołałem, nie potrafiąc zdusić nerwowego chichotu – On… Jest przekonany, że Tobi i ja walczyliśmy… Przestań, nigdy bym mu nie powiedział o tym, co się naprawdę wydarzyło między nami… Bez przesady.
– Och, ok. – Powiedziała niebiesko włosa z wyraźną ulgą. Zrozumiałem, że trafiłem w dziesiątkę z tym „niedomówieniem” - To ma sens... Cóż, już dobrze. Pozostaje mi teraz już tylko cię puścić. Wybacz, że zrobiłam ci takie przesłuchanie i na ciebie naskoczyłam… Ale rozumiesz, zasady to zasady. Po coś są, trzeba ich przestrzegać. Złamanie którejś groziłoby konsekwencjami. Musiałam to wyjaśnić.
– Nie no, spoko – Przytaknąłem, wciąż nieco neurotycznie – To… Ech, tak. Lider pewnie jest na tym punkcie przewrażliwiony, a ty się go musisz słuchać i mu pomagać, więc…
Kobieta posłała mi groźne spojrzenie, na co lekko się wzdrygnąłem i dotknąłem plecami fotela.
– Ja też ustalam tu zasady – Warknęła. Definitywnie nie jest dziś w humorze – A tej nie wymyślił on, tylko ja. Dla mnie cel Akatsuki jest równie ważny jak dla niego i uważam, że powinniśmy skupiać na nim całą swoją uwagę. Jakiekolwiek związki… Miłosne, mogą być dla was bardzo kłopotliwe i utrudniające dojście do naszego celu, wierz mi.**
– Taak… - Mruknąłem, nieco zbity z tropu. Fakt, że to nie Pain wymyślił tę zasadę był dla mnie dość zaskakujący. Sądziłem, że główną osobą mającą problem z jakimikolwiek związkami jest właśnie on.
– Skoro wszystko już sobie wyjaśniliśmy, muszę poprosić cię o wyjście z gabinetu – Powiedziała anielica, wyrywając mnie z zamyślenia – Nie mamy całego dnia, a chcę jeszcze przedyskutować z Hidanem kwestię dotyczącą jego siostry.
– Jasne… To okropne, że losowi ludzie z innych wiosek mogą deptać po piętach organizacji. Ale… Ale gorzej, jeśli jedną z tych osób jest rodzina kogoś z nas – Powiedziałem w zastanowieniu. Wstałem z fotela – Hidan to mój przyjaciel, nie chcę żeby cierpiał, ale… No, rozumiem, co masz na myśli. Chyba… Ech, to ja już będę leciał, zaraz go…
– Tak, bliscy… – Powiedziała niebiesko włosa, patrząc w skupieniu w wypolerowany blat biurka. Skierowałem się niespiesznie do wyjścia.
– Wiesz…- Odezwała się znowu, na co zatrzymałem się w pół kroku i odwróciłem głowę w jej stronę. Patrzyła tak, jakby chciała żebym jeszcze został – Ta zasada z bliskimi… No, w sumie to łączy się z tym co mówione jest o związkach. Powody te same…
– No, domyśliłem się – Odparłem z zakłopotaniem, niepewny do czego zmierza.
– Tylko… Czasami się waham. Mowa o rodzinie – Wyznała, wzdychając. Niewiele myśląc, ponownie usiadłem naprzeciw niej w fotelu.
– Masz jakichś żyjących bliskich, z którymi nie możesz się
już widywać? – Zapytałem z troską – Musisz ich ukrywać przed Painem, tak?
Znaczy… Chcesz się z nimi spotkać, ale…
– Jesteś słodki, ale nie chodzi tu o mnie – Kobieta uśmiechnęła się smutno –
Tylko o osobę… Właściwie to dwie, z naszej organizacji.
– Myślę, że więcej niż dwie osoby mogą mieć jeszcze żyjących krewnych – Powiedziałem z rozbawieniem – Wiem, że na pewno jest to Hidan i…
– Chodzi mi o spokrewnienie pośród członków organizacji – Wypaliła, a mnie zatkało.
– C-Co? – Wydukałem.
– Tak, mamy tu… Rodzinę w szeregach – Odrzekła, układając nerwowo już dawno posegregowane papiery – Nie wiedzą o swoich więzach, jakie ich łączą. Dyskutowaliśmy o tym z Painem, czy ich uświadomić czy nie… I w sumie ustaliliśmy, że nic im nie powiemy. To utrudniałoby ich pracę, jaką wykonują dla Akatsuki. Troska o siebie, ból po ewentualnej stracie, mogłaby ich… Wiesz, mam potrzebę podzielić się tym z kim jeszcze, dlatego ci to mówię. Ufam ci i cię lubię. I wierzę, że mnie nie zawiedziesz… O tym wszystkim wiem tylko ja i Pain. I NIKT więcej.
Uniosłem brwi, gdy zaakcentowała fakt, że o pokrewieństwie wie tylko ich dwójka. I tylko oni… Zresztą, kto ma jeszcze wiedzieć? Przecież w dowództwie nie mamy nikogo trzeciego czy czwartego.
– O kogo chodzi? – Zapytałem wprost, czując jak zżera mnie ciekawość. W myślach zaczynałem przypominać sobie twarze wszystkich, z którymi pracuję, by doszukać się jakiegokolwiek podobieństwa – Jak bliskie są to relacje?
– Obiecaj, że się nie wygadasz – Burknęła Konan, patrząc na mnie przeszywająco – Zrozum mnie. Potrzebuję pogadać z kimś trzecim i poznać inny punkt widzenia, bo…- Zawahała się przez moment – Bo może akurat w TYM przypadku może być zupełnie inaczej… W każdym razie, pamiętaj, że chcę ci zaufać. Nie zepsuj tego.
Przełknąłem ślinę, nie do końca pewien, czy będę w stanie
utrzymać tak ciężkie brzemię. Jestem prostym człowiekiem. Ale w sumie… Skoro
taki paplający wszystko na prawo i lewo Hidan dał radę tak długo ukrywać się ze
swoją tajemnicą, dotyczącą jego rodziny… To ja przecież też mogę!
Eh, ale ze mnie menda.
– Dobrze… Obiecuję – Rzekłem w końcu.
Niebieskowłosa zastanawiała się jeszcze przez moment, aż nie spojrzała mi w oczy.
– Mamy tu biologiczne rodzeństwo – Wyznała w końcu, a ja lekko zmarszczyłem brwi – Itachi i Sun Yang.
– CO?! – Wrzasnąłem, wystrzelając na równe nogi – Co… Jak?! Ale… Przecież oni…!
Złapałem się za głowę. W myślach natychmiast zestawiłem sobie ich twarze. Faktycznie… Byli nieco podobni.
– Ale czy ona… Nie jest przypadkiem Chinką? – Zapytałem, gdy trochę się uspokoiłem.
– Nie, nie jest Chinką – Odparła Konan, jakby myślami gdzie indziej – I nie, nie pochodzi z kraju Herbaty. Jej rodzice adopcyjni… Owszem. Ale nie ona. Ona urodziła się w wiosce Liścia – Kobieta ponownie westchnęła – Wiem, że sprawy dotyczące Itachiego mogą niezbyt cię interesować, ale…
– Nie no, spokojnie, mów – Mruknąłem, czując zżerającą ciekawość. Nie chciałem tego jednak po sobie tego poznać… Lecz na próżno. Miałem tyle pytań! – No to… Co się stało, że oni… Że Sun Yang nie jest u Uchihów? Nie nosi nazwiska Itachiego, no i czy oni…?
Zadając kolejne serie pytań nie mogłem powstrzymać się od stawienia przed sobą decydującej kwestii: bracia Uchiha nie są sami na tym świecie. A skoro mamy jeszcze jedną żyjącą osobę, złączoną z chłopakami krwią, to…
– Sun Yang ma w takim razie sharingan? – Wypaliłem – Nigdy jeszcze z nią nie byłem na żadnej misji ani nie trenowałem, więc nie wiem… No i skoro by go miała, to Uchiha przecież…
– Nie każdy członek klanu go posiada – Przerwała mi kobieta – Uaktywnia się on zazwyczaj do siedemnastego roku życia, a jak wiesz, Sun Yang jest już poza tym przedziałem wiekowym. Choć zdarzały się wyjątki z wyższym wiekiem.*** Po za by ta moc obudziła się, potrzeba jest doświadczyć… Traumy. Potężnej traumy. Tymczasem nasza przyjaciółka wiedzie szczęśliwe życie wraz z jej adopcyjnymi rodzicami.
– Jak to się stało, że ją adoptowali? – Dociekałem, próbując
równocześnie przyswoić i przetrawić zasłyszane informacje – Czemu nie jest z
biologiczną rodziną?
„Powinna nie żyć”, przemknęło mi przez głowę. Skrzywiłem się na tę mroczną
wizję.
– Była wcześniakiem z kilkoma niedogodnościami zdrowotnymi – Powiedziała anielica, z wyraźnym poirytowaniem – Teraz jest w pełni zdrowa, to dało się wyleczyć... Ale tamtejszy senior rodu Uchihów nakazał rodzicom Itachiego oddać dziewczynkę, gdyż jak stwierdził „nie mogą pozwolić sobie na słabe jednostki”, bał się, że mała może umrzeć… A rodzice, choć z ogromnym bólem, zgodzili się, nie nadając nawet córce imienia. Trzy lata później starzec zmarł, no i urodził się Sasuke, zdrowy chłopiec i trzecie dziecko Fugaku i Makoto Uchihów.
– Czy Sun Yang… Wie że jest adoptowana? – Wymamrotałem w
kompletnym szoku. W głowie nie mieściły mi się te wszystkie wieści. W co ja się
wpakowałem, by dać się wciągnąć w tę konwersację?! Przez to nie dość, że
prawdopodobnie wiem coś, czego nie powinienem, to jeszcze zaczynam nienawidzić
dziada, który przecież kopnął już dawno w kalendarz…
– No i… co z Uchihą? Sun Yang jest w moim wieku, gdy się urodziła, miał dwa
lata… Zapomniał o siostrze czy co? No i jak to możliwe, że jeszcze się nie zorientowali w podobieństwie?
– Dziewczyna wie, ale nigdy nie interesowało ją jej prawdziwe pochodzenie. Kocha swoich przybranych rodziców – Odrzekła niebiesko włosa – Zresztą… Oni też raczej o tym nie wiedzą. Zaś sam Itachi… No, cóż. Powiedziano mu, że jego siostra nie żyje… I to mogło zaszczepić w nim pierwszej traumę. Do drugiej doszło gdy był starszy, ale wszystko zaczęło się od tej pierwszej. W końcu, jego sharingan został aktywowany bardzo wcześnie****. Zaś co do tej orientacji w podobieństwie... Gdy nasze Słoneczko przeprowadziło się z rodzicami do nas, a wy wszyscy również zamieszkaliście w Deszczu, staraliśmy się z Painem nie dopuszczać zbytnio do ich spotkania.
Gwoli ścisłości - Słoneczko czy jak kto woli, Sunny, to ksywka Sun Yang, którą nadała jej Fuu. A ponieważ niektórzy mają problem z jej imieniem (w tym ja), to szybko się to przyjęło.
– Skąd… Skąd to wszystko wiesz? – Zapytałem tymczasem, nabierając powietrza w płuca by zaraz je wypuścić – O jego rodzinie rzeczach o których nie ma pojęcia sam on…?
– Itachi w Akatsuki był dla Paina i mnie dużym priorytetem – Odparła kobieta – Musie… Chcieliśmy wiedzieć o nim jak najwięcej. A raczej, o jego zdolnościach. Do tego była potrzebna wiedza na temat jego klanu. I wtedy wyszła… cała ta prawda.
Przełknąłem ślinę. Byłem strasznie zdenerwowany. Chciało mi się wyć…
– Po raz kolejny przestrzegam cię – Odezwała się ponownie – Nic nie mów. Nikomu.
Skinąłem posłusznie głową. Wstałem z fotela.
– Wiesz, mimo wszystko… – Powiedziałem jeszcze na odchodne. Słowa ledwo przechodziły mi przez gardło – Skoro chciałaś powiedzieć to komuś trzeciemu, to myślę, że powinnaś znać jego opinię. Uważam, że powinni… Że powinni się dowiedzieć. Że dla nich… Dla nich warto zrobić wyjątek. Na razie... Miłej pracy.
Po wyjściu z gabinetu od razu pobiegłem do Hidana, by przekazać mu że ma już zielone światło na spotkanie z Konan. Po mojej minie chłopak od razu pojął, że coś jest nie tak. Skłamałem, że ponownie dostałem opierdziel za incydent w misji z lordem… Po czym zamknąłem się w pokoju.
Tam totalnie się rozkleiłem i zsunąłem na podłogę, oparty plecami o drzwi.
Było mi tak strasznie smutno… Dlaczego, cholera, dlaczego istnieją tak okropni ludzie jak ten senior?! Albo ci rodzice… Jak tak można traktować swoje dzieci?! Jak można od tak je… Oddać, jak jakąś zabawkę?! I to tylko dlatego, że miała jakieś wady przy narodzeniu, które i tak zostały zażegnane?! Gdyby ci rodzice i ten staruch ją teraz widzieli… Zatkałoby ich. To pewne. W prawdzie, nie znam dobrze Sunny, ale z opowieści wiem, że nie jest to byle kto!
No i Itachi… Czy to przez wydarzenia, z rzekomo martwą przy narodzinach siostrą doprowadziły do tego, jaki jest teraz? Czy to właśnie to spowodowało, że wybił klan w pień, zostawiając jedynie młodszego brata? Gdyby ich siostra była wtedy przy nich, możliwe, że by do tego wszystkiego nie doszło… Chociaż może sobie tylko dopowiadam. Może skończyłoby się tak, że zostawiłby obu, swoje rodzeństwo, bo rodzice i reszta byli odrażającymi ludźmi? Ech… Nie wiem.
Wstałem i doczłapałem się do łóżka, padając brzuchem na materac i przytulając do poduszki.
Sam miałem… Dziwnych rodziców. Rodziców, co do których mam mętlik i dziwne wizje. Ale oni… Oni przynajmniej mnie nie sprzedali ani nie oddali! Chociaż… Może wtedy byłoby ze mną lepiej? Ech, co ja gadam…
Usiadłem na materacu, wpatrując w trzymaną poduszkę.
Próbowałem przypomnieć sobie twarz Sasuke. Widziałem go tylko dwa krótkie razy, wspomnienia więc miałem nieco zniekształcone. Nie pamiętałem też jego twarzy dokładnie, gdyż ledwo mogłem się mu przyjrzeć. Ale pomijając to… Miałem dziwne wrażenie, że sprawa siostry mogła zostać przed nim zatajona. Możliwe, że nawet nie wie, że ją ma. Tak… Po samym fakcie oddania własnego dziecka jestem pewien, że rodzice braci byliby do tego zdolni.
Złapałem się za gardło, czując że nie mogę przełknąć śliny. Przez to wszystko nawet nie zwróciłem uwagi na to, jak jestem spragniony. Wstałem więc z łóżka i skierowałem na korytarz. Zszedłem na dół. Będąc już na parterze, przypomniałem sobie o tym, że miałem znaleźć Sasoriego.
Muszę z nim porozmawiać, by jakoś odciągnąć się od tego co usłyszałem. Trzeba skupić się na swoich sprawach…
Wszedłem do kuchni, nalewając sobie przygotowaną przez Fuu wodę z miętą i cytryną. Wychyliwszy pełną szklankę, rozejrzałem się po pomieszczeniu. Widocznie Kakuzu przeniósł się ze swoim liczeniem do siebie. Nalałem sobie drugą szklankę, obiecując sobie, że zaraz poszukam lalkarza.
Wtem, do pokoju wzeszła osoba, będąca niemal głównym tematem moim i Konan. Od razu się wzdrygnąłem i zakrztusiłem.
– Nie udław się! – Parsknęła ze śmiechem Sun Yang, również podchodząc do dzbanka z orzeźwiającym napojem, by go sobie nalać – Wystraszyłam cię?
Pokręciłem głową, nie mogąc przestać się jej przyglądać, gdy wypijała swoją szklankę. Ponieważ, jak mówiłem, nie miałem pełnego porównania, gdyż Sasuke widziałem tylko dwa krótkie razy, zacząłem wyłapywać małe podobieństwa do Itachiego. Takie same oczy, usta, nos… Kurczę, jak to możliwe, że wcześniej tego nie dostrzegałem?
– Mam coś na twarzy? – Spytała czarnowłosa, wyjmując z szafki jedną ze słomek i zwracając ku mnie wzrok.
– Ee… Ech, nie – Mruknąłem, natychmiast spuszczając oczy – Zamyśliłem się, wybacz…
– Zaraz… - Podeszła do stołu, pochyliwszy nade mną – Co masz takie spuchnięte patrzałki?
– No bo…- Zaciąłem się, szukając odpowiedniej wymówki – To… Wiesz, zgarnąłem kolejny opieprz od Konan. Za tę misję i…
Dziewczyna machnęła ręką lekceważąco.
– Przestań! Po wkurza się i jej przejdzie – Rzuciła lekko – Każdemu zresztą zdarza się nawalić, nie?
– Tak, racja – Próbowałem się uśmiechnąć, aczkolwiek niezbyt mi to wychodziło. Moja rozmówczyni chyba zaczęła dostrzegać, że nie do końca o tym mówię, toteż szybko zmieniłem temat – Idziesz do Qiu Yin, czy…?
– Nie ma jej, niestety – Skrzywiła się – Wyjechała w jakąś trasę koncertową. Obiecała, że da znać jak będzie wracać. Ona sama nie wie, ile się jej zejdzie.
– Aa, rozumiem…- Odparłem sztywno. Czułem się dziwnie, znając część jej historii, podczas gdy ona nie miała o niej zielonego pojęcia. Przez moment zapadła niezręczna dla mnie cisza, w której nastolatka, wciąż sącząc swój napój, przyglądała mi się z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
– Chcesz się poszlajać? – Wypaliła nagle.
– P-Poszlajać? – Powtórzyłem idiotycznie.
– Noo, połazić po wiosce, wyskoczyć gdzieś – Wzruszyła ramionami, obdarowując mnie szerokim uśmiechem – Moglibyśmy się bliżej poznać. Jak dotąd byliśmy razem tylko na jednym wyjściu a i tak w towarzystwie. Nie mieliśmy okazji pogadać we dwójkę! To jak?
– No… Zgoda – Bąknąłem.
– Chyba, że masz inne plany – Mruknęła czarnowłosa, nieco zawiedziona.
– Nie! Nie, nie… - Zapewniłem gorączkowo – Ja… Nie mam planów… Ja…
W tym momencie przypomniałem sobie o Sasorim.
– Chyba, że… - Zacząłem flegmatycznie – Wiesz, gdzie jest Sasori? Widziałaś go ostatnio? Muszę z nim pogadać…
– Hm, chyba… Chyba gdzieś wychodził – Odparła, przygryzając swoją słomkę – Poza wioskę w sensie…
Zmarszczyłem brwi. Czy on mnie unika?!
– Boję się, że jest na mnie obrażony… – Palnąłem szybciej nim zdążyłem się zastanowić. Kurde, po co to powiedziałem?!
– Chodzi o tę misję? – Spytała dziewczyna – Co się dokładniej tam wydarzyło?
Westchnąłem ciężko.
– Ja… To skomplikowane – Wymamrotałem.
– Idziemy się szlajać – Zarządziła, łapiąc mnie za rękę.
*.*
– A już myślałem, że nie ma tu skrawka przyrody – Odetchnąłem z zadowoleniem. Usiedliśmy na małych wydmach, obserwując pływające stadko kaczek.
– No widzisz! – Zaśmiała się dziewczyna.
– Czyli mówisz, że masz jakąś teorię odnośnie… Tej misji? – Zagaiłem. Podczas naszej drogi do tego małego kawałka raju,zdążyłem rónież pokrótce opowiedzieć jej co się działo na misji z lordem.
– Tak, że nawdychałeś się oparów leśnych – Parsknęła czarnowłosa – I przez to widziałeś niestworzone rzeczy. Może w tym jabłku, które jadłeś ktoś ci coś dosypał? Ten gawron, na przykład?
– A tak na poważnie? – Uniosłem brew – Po za tym, to była wrona…
– Wszystko jedno – Mruknęła z łobuzerskim uśmieszkiem, chwilę później poważniejąc – A na serio… Ech, wiesz, czasami podświadomość podsuwa nam różne rzeczy. Mogą to być wspomnienia lub co innego. Gdybyś wiedział, jakie ja mam posrane sny! Ostatnio śnił mi się Kakuzu w sukience i włosami unoszącymi się na wietrze, wykonywał…
Nie mogłem się powstrzymać, by nie wybuchnąć śmiechem, tym samym jej przerywając. Gdybym przez takie coś budził się w nocy to nie wiem, czy byłbym w dobrym nastroju czy byłbym bardziej przerażony niż podczas tych nieszczęsnych eskapad Tobiego.
Na wspomnienie chłopaka w masce nieco zmarkotniałem, jednak szybko odgoniłem te myśli. Nie ma mowy, by ten zjeb psuł mi nastrój na odległość…
– C-Co wykonywał? – Zapytałem, ponownie rozbawiony.
– Balet Jeziora łabędziego – Powiedziała. Jej ponury ton w połączeniu z tą kwestią były tak groteskowe, że znów ponownie parsknąłem – Nie śmiej się! Ja przez to normalnie już na niego nie patrzę!
Widząc jak się duszę przez ten rechot, sama w końcu zaczęła się chichrać. Nigdy bym nie pomyślał, że będę czuć się tak swobodnie przy kimś… Z Uchihów. Ciekawe, czy nadal bym tak dobrze się z nią dogadywał, gdyby wychowywała się z braćmi? Myślę, że poprzez wychowywanie u nich, możliwe że byłaby też zupełnie inną osobą...
– To teraz mi powiedz – Odezwała się, gdy nieco ochłonęliśmy – Kim był ten koleś z baru, którego sprałeś? Muszę przyznać, że wtedy nie tak wyobrażałam sobie ten wieczór, gdy wybraliśmy się do „Ego”. Myślałam że będzie czilera i utopia, a tymczasem było… Oryginalnie!
Zaczerwieniłem się jak burak, od razu pojmując o kogo chodzi. Naoki…
– To… Ech… Powiedzmy, że… - Szukałem gorączkowo odpowiednich słów – Mój… Yy, były chłopak…
Ledwo powstrzymywałem się, by nie wykrzywić twarzy w grymasie. Sama myśl o nazywaniu tej zawistnej kanalii swoim „chłopakiem” była makabryczna.
– Niech zgadnę, rozstaliście się, a on nie mógł się z tym pogodzić? – Zapytała moja rozmówczyni.
– Coś w tym stylu…- Odparłem wymijająco.
– No… Wtedy to był jakiś zlot byłych – Powiedziała czarnowłosa Sun Yang w zamyśleniu – Hidan też miał utarczkę ze swoją… To była jego ex?
– Taak, Nadia – Westchnąłem – Była wcześniej naprawdę spoko. Ogólnie to razem z nią byłem w dość przyjacielskich relacjach… Już nie utrzymujemy kontaktu.
– To chyba dobrze – Odrzekła, wyciągając z plecaka puszki chłodnego piwa. Wziąłem od niej jedną – Dobra, walić ją. Powiedz mi lepiej, jak tam układa ci się z twoim kochaniem.
Momentalnie oblałem się krwistym rumieńcem, zadając sobie z tyłu głowy pytanie, czy byłaby tak samo ciekawa, gdyby wiedziała, że jest z tym „kochaniem” spokrewniona.
– No…- Wydukałem, starannie warząc słowa – Yy… A mogę najpierw spytać o coś ciebie?
– Dajesz – Mruknęła, biorąc łyk piwa. Miałem chwilami wrażenie, że rozmawiam z kumplem pokroju Hidana, niż koleżanką…
– Co się działo dziś rano z… Z Kisame? – Wypaliłem – Ta cała awantura. O co poszło?
Czarnowłosa wywróciła oczami i westchnęła męczeńsko.
– Ach, to… - Mruknęła – Cóż… Nasz rekinek jest po prostu pierdolnięty i tyle.
– A coś więcej? – Dociekałem.
– Itachi tłumaczył mi pokrótce regulamin, Kisame siedział obok, gdy podbił do nas Hidan – Rozpoczęła dziewczyna – Zapytał nas, czy nie mamy ochoty wybrać się gdzieś razem ponownie. Wiesz, drugie wspólne wyjście, może tym razem w plener czy coś. Jak dla mnie był to spoko pomysł, powiedziałam że musimy o tym powiadomić i ciebie. Itachi zresztą też się zgodził… Wtedy Kisame dostał jakiegoś szału.
– Szału? – Uniosłem brwi – Jak to?
– Zaczął się sapać, że „przecież on i Itachi nienawidzą się z Hidanem” i że nie chce, by Itachi trzymał z ICH wrogiem.
– Co? – Ubawiłem się. Takiej dziecinady to bym się nie spodziewał nawet po nim…– O czym on gada? Z piaskownicy się urwał?
– Nie wiem, ale Itachi powiedział, że nic mu o tym nie wiadomo – Odparła moja rozmówczyni – Że owszem, rywalizują by być lepsi w osiągach dla Akatsuki, ale nie ma jakiegoś żalu do Hidana czy Kakuzu, tylko Kisame. No, ok., czasem się sprzeczają lub nawet kłócą ale… To głównie ten rybi kretyn ma problem. No to wtedy, tak totalnie z dupy, Kisame wypalił coś o siostrze Hidana, że nie może się doczekać, aż wyruszą by ją dorwać… No i zaczęli się kłócić. Wiesz, temat siostry działa na Hidana jak płachta na byka…
– Tak, wiem…- Przyznałem.
– Ogólnie to niezłe jaja były – Prychnęła ze śmiechem Sunny – Kisame kazał Hidanowi trzymać się swojego towarzystwa i się nie wpieprzać tam, gdzie go nie chcą… Na co Hidan powiedział, że może być gdzie chce, po za tym, ludzie z którymi rozmawiał to poniekąd jest jego paczka, w końcu już gdzieś razem byliśmy… I wtedy był ten rzut wazonem.
– Bezsensu – Pokręciłem głową z dezaprobatą – Wybacz, ale mnie to przypomina kłótnie szczeniaków z podwórka…
– Dlatego chcieliśmy go kompletnie olać, ale nie dał nam zbytnio – Wzruszyła ramionami, po czym uśmiechnęła się do mnie promiennie – No! To teraz odpowiesz na moje pytania?
– C-Co chcesz wiedzieć? – Ponownie pokraśniałem.
– Jak długo jesteście razem? – Spytała z zaciekawieniem.
– Cóż…- Zakłopotałem się – Tak naprawdę… Ech… Wydaje mi się, że… No, mniej więcej od mojej osiemnastki… Ale w sumie, to… To nie… Po dziewiętnastych urodzinach? Czyli od niedawna...
– To nieco duży przeskok w czasie – Stwierdziła dziewczyna w lekkim szoku – Chcesz mi powiedzieć, że nie pamiętasz? Czy... Nie wiesz?
– I tak i nie – Odrzekłem, na co uniosła brwi w zdziwieniu – To… Wiesz, nasze relacje… Ten związek jest… Jest skomplikowany. Tak naprawdę trudno powiedzieć, na czym stoimy…
– Może tylko na seksie, o ile to robiliście – Odpaliła czarnowłosa, na co serce prawie wyskoczyło mi z klaty.
– Sun Yang! – Pisnąłem prawie jak mała dziewczynka.
– No co? – Zaśmiała się – Takie rzeczy są chyba normalne w związku?
Z zażenowania zrobiło mi się gorąco. Gorączkowo szukałem odpowiednich słów.
– Tak, ale…- Mówiłem flegmatycznie – Mam wrażenie, że… Że to nie z miłości. Przynajmniej nie z jego strony. Bo ja… Ja…
– Kochasz go? – Zapytała wprost Sunny. Czułem, że jeszcze moment, a dostanę gorączki.
– W-Wiesz… To… Jest…To jest…- Dukałem, po czym przypomniałem sobie o karteczce w spodniach. Spojrzałem na dziewczynę dziko – K-Która godzina?!
– Yy… Noo, jakoś w pół do dwudziestej – Odparła zaskoczona moją gwałtownością Sunny – W sumie, to nawet trochę więcej niż w pół do… A co cię tak tknęło?
Westchnąłem, po czym wyjąwszy z kieszeni wymiętą karteczkę, po prostu wcisnąłem ją dziewczynie w dłoń i pociągnąłem duży łyk piwa.
– Och… To od niego? – Rozpromieniła się, w odpowiedzi kiwnąłem zawstydzony – Krótko i zwięźle. Ale mimo wszystko, brzmi to tak… Seksownie. O ile list może być seksowny. Niech zgadnę, to on jest tym dominującym?
Z zażenowania ukryłem twarz w dłoniach. Sam fakt, że mam się przyznać że to JA jestem „parzony” w tyłek przyprawiał mnie o febrę… Było mi tak gorąco, że prawdopodobnie można było smażyć na mnie jajka.
– To może zaczniesz się do niego już…- W tym momencie dziewczyna zerwała się na równe nogi, przerywając w pół zdania i rozglądając czujnie na wszystkie strony. Patrzyłem na nią otępiały.
– Co się dzieje? – Zapytałem.
– Chyba ktoś nas obserwuje – Stwierdziła. Momentalnie otrzeźwiałem, również wstając. Czułem się tak, jakby wylano na mnie kubeł zimnej wody. Jeśli ktoś tu jest i nas słyszał, to…
– Ty! Stalker! Wyłaź z tych chaszczy! – Krzyknęła Sun Yang, ciskając palcem pomiędzy drzewa. Zmrużyłem oczy, chcąc dojrzeć domniemanego podglądacza. Na próżno – Słyszysz!? Do ciebie mówię!
– Sunny, może ci się zdawało… – Wymamrotałem niepewnie.
– Siedzi na drzewie, padalec – Warknęła czarnowłosa. Spojrzałem w górę. Faktycznie, wśród liści korony drzewa dostrzegłem jakąś postać. Gdy tylko ją wypatrzyłem, od razu zeskoczyła na ziemię. Naszym oczom ukazał się dorosły, około dziesięć lat starszy mężczyzna o śniadej cerze i brązowych, spiętych w krótką kitkę włosach. W rękach trzymał… Aparat. Momentalnie się nastroszyłem.
– Bardzo przepraszam – Powiedział z rozbrajającym uśmiechem, gdy był już blisko nas. Miał niezwykłe oczy, jakby złote, a w uszach niewielkie kolczyki – Ale widząc was na takim tle, w tych płaszczach… Nie mogłem się powstrzymać, by nie zacząć was fotografować. A zdjęcia z ukrycia niekiedy wyglądają dużo lepiej niż te planowane!
Spojrzeliśmy po sobie zdezorientowani. Dziewczyna jednak szybko odzyskała zimną krew.
– Nie wiedziałam, że jesteśmy zwierzyną, której trzeba robić zdjęcia z partyzantki, bo przy człowieku się płoszy – Parsknęła, krzyżując ręce na piersi. Wzrok miała wyzywający – Wiesz, gówno obchodzi mnie jak wychodzą zdjęcia zza drzewa, krzaka czy kamienia… O sfotografowanie się PYTA!
Widząc jej rozeźlone oblicze, od razu dostrzegłem ten sam błysk w oczach co u Itachiego, gdy się wścieknie czy nawet trochę wkurzy… W tym momencie byli do siebie tak uderzająco podobni... Pierwszy raz ją taką widziałem. Zresztą, nic dziwnego, ledwo ją znam tak naprawdę…
– No już, nie unoś się tak – Skrzywił się nieznajomy, unosząc ręce w obronnym geście. Dopiero teraz zauważyłem, że co chwila wiesza na mnie swój wzrok – Po prostu… Lubię uwieczniać ładnych ludzi. A wy niewątpliwie należycie do tej kategorii!
Sun Yang szturchnęła mnie porozumiewawczo łokciem.
– Ty, patrz, nawet jesteśmy nawet przydzieleni do odpowiedniego działu! – Zawołała, po czym znów odwróciła w stronę chłopaka – Powiedz, czy ja i kolega należymy w tej kategorii do listy zagrożonych gatunków czy jesteśmy bezpieczni?
Na te słowa wybuchnąłem śmiechem, zaraz potem moja towarzyszka, która wzięła mnie pod ramię i wystawiła do typka środkowy palec.
– Nara, creepie! – Burknęła. Zaczęliśmy się oddalać w swoją stronę.
– Chwileczkę – Warknął chłopak, podbiegając do nas by zagrodzić nam drogę – Właściwie… Mam pytanie, a raczej prośbę. Do ciebie!
Tu spojrzał na mnie. Uniosłem brwi w zdziwieniu.
– Do mnie? – Powtórzyłem.
– Jak widzisz, zajmuję się sztuką fotografii…- Rozpoczął brązowowłosy, ale moja koleżanka mu przerwała ze słodkim uśmiechem:
– I stalkingu.
– …oraz malarstwem – Kontynuował niestrudzenie chłopak – I widzisz… Potrzebny jest mi model. A ty… Ty nadajesz się na niego IDEALNIE! Nie chciałbyś gdzieś wyskoczyć, by omówić szczegóły?
Zamrugałem kilkukrotnie i oblałem rumieńcem. Albo jestem przewrażliwiony, czy… Czy on mnie podrywa?
– Oryginalna bajera, nie powiem – Z rozmyślań wyrwał mnie głos Sun Yang. Minę i postawę cały czas miała nieprzystępną i niewzruszoną – Ale zapominasz, że jesteśmy ZAJĘCI. Spędzaliśmy czas razem, gdy ty nam przerwałeś.
– Och, tak, ale…- Speszył się nieco brunet – Nie mówię, by to było z marszu… Mogę poczekać, ale…
– Dzięki, łaskawco – Prychnęła dziewczyna.
– Suuunny…- Zwróciłem się do niej uspokajająco – Daj mu chociaż powiedzieć…
Wywróciła oczami, po czym uśmiechnęła do mnie grzecznie na znak, że nie zamierza już się wcinać.
– Ok., porozmawiaj ze zboczeńcem – Odrzekła słodko, po czym spojrzała surowo na typka – Ale przy mnie.
Przygryzłem wargę, by ponownie się nie roześmiać. Mój mózg znów zaczął podsuwać mi różne porównania do Itachiego. Jest bardziej dziecinna od niego (jak ja), ale najwidoczniej tak samo zaborcza w stosunku do „cennych” osób. Aż strach pomyśleć, jak reaguje, gdy ktoś próbuje flirtować z jej dziewczyną…
– No to jak? – Zapytał tymczasem chłopak, po czym zastygł jakby sobie o czymś przypomniał – Właściwie, zapomniałem się przedstawić. Pracuję dla gazety lokalnej „Pokład”. Hajime Murasaki. Bardzo mi…
Już miałem się odezwać, gdy z ust czarnowłosej wyrwał się dziwny okrzyk. Spojrzeliśmy na nią zdezorientowani.
– A więc to ty – Uśmiechnęła się złośliwie – Ty zabierasz mojemu ojcu zlecenia… No proszę.
– A… Kim ty jesteś? – Zapytał wyraźnie poirytowany i zniecierpliwiony chłopak.
– Sun Yang Li – Powiedziała twardo czarnowłosa, na co chłopak nieco pobladł. Odchrząknął, jakby chciał oczyścić gardło.
– M-Myślę, że powinniśmy przedyskutować później – Odparł nerwowo, po czym zwrócił oczy ku mnie – A wracając…
– Deidara Douhito – Odrzekłem.
– Jaka jest więc twoja odpowiedź? – Uśmiechnął się do mnie przymilnie – Przepraszam, że tak naciskam, ale naprawdę mi zależy by…
– Dziękuję, jeszcze się zastanowię – Powiedziałem, spoglądając w tarczę zegarka – Ja… Muszę iść…
– Idę z tobą – Zaoferowała czarnowłosa. Zostawiliśmy fotografa na lodzie.
– Będę czekał w barze! - Usłyszałem jeszcze jego głos.
*.*
Choć spędzanie czasu z Sun Yang było przyjemne i odrywające od wszelkich problemów, musiałem niestety zakończyć nasze spotkanie, by udać się do pokoju.
Tam wziąłem szybki prysznic, w czasie którego do głowy znowu wkradły się wspomnienia ze snu. I wtedy znów naszła mnie ta ekscentryczna myśl… Skoro Uchiha ma sharingana, to czy to właśnie nie będzie kluczem do poznania odpowiedzi? Czy był to zwykły, niedorzeczny sen czy faktyczne wydarzenia, które miały miejsce? Tak, to by było to. Tylko, właśnie… Pozostaje kwestia, czy mogę liczyć na pomoc…
Wyszedłem z kabiny, dokładnie osuszając się ręcznikiem. Na dworze było gorąco, toteż uznałem, że nie będę zawracał sobie głowy męczeniem moich włosów suszarką. Same szybko wyschnął. Spryskałem się jeszcze perfumami na odchodne i przepłukałem dodatkowo usta miętowym płynem do zębów. Otworzyłem drzwi łazienki, po czym zamarłem w progu.
Na moim łóżku siedział nie kto inny, jak Itachi, spokojnie czytając jakąś książkę. Na dźwięk skrzypiących lekko drzwi, obrócił powoli głowę. Nasze spojrzenia się spotkały.
– Pukałem – Mruknął – Ale ponieważ nie odpowiadałeś, postanowiłem sam się spróbować wprosić. I oto jestem.
– Co czytasz? – Wypaliłem, kompletnie oniemiały. Dopiero po sekundzie dotarło do mnie, jak idiotyczne było zadawanie tego pytania w pierwszej kolejności, zamiast tych podstawowych. Na przykład, co on tu do cholery przyszedł, skoro plany były inne…
– Spokojnie, to moje – Stwierdził – Przyniosłem sobie na czas oczekiwania na ciebie.
– M-Myślałem, że widzimy się u ciebie – Powiedziałem nieśmiało. Byłem tak zestresowany, że właściwie nie zwróciłem uwagi iż olał moje pytanie.
Przełożyłem ręcznik przez krzesło, zastanawiając się, czy do niego podejść. Normalne pary dałyby sobie buziaka czy przytulasa, ale w tym przypadku…
– Zmieniłem zdanie – Rzucił niedbale mężczyzna, powoli wstając z łóżka, by do mnie podejść. Odruchowo klapnąłem na krzesło biurka, wstrzymując oddech, gdy pochylił się nade mną, a następnie pocałował za uchem.
Przymknąłem oczy, gdy przeszedł na szyję, skupiając się przez chwilę tylko na
niej. Byłem sparaliżowany z zawstydzenia, wciąż nieprzyzwyczajony do jego
dotyku. Ciężko mi jednak było protestować, tym bardziej że ciało samo domagało
się jego uwagi, co natychmiast odczułem, gdy pocałował mnie w usta. Zetknięcie
się ze sobą naszych warg przypomniały mi wrażenia sprzed
pół miesiąca, gdy doszło między nami do porywu namiętności. To jaki był wtedy
wobec mnie… Ta łagodność… Położyłem nieśmiało dłoń na jego karku, a on pogłębił nasz pocałunek tak, by nasze języki się splotły. Jego ręka wsunęła się pod mój t-shirt, zadrżałem z emocji, nieco pewniej go obejmując. On zaś położył jedną dłoń na moim pasie, podczas gdy druga jeździła po moim ciele pod koszulką. Przybliżył znów usta do mojego ucha.
– Musimy… Musimy pogadać – Wydukałem, robiąc unik przed następnym pocałunkiem i z trudem spoglądając mu w oczy. Czarnowłosy odsunął się o kilka milimetrów, wciąż wsparty o ramiona krzesła.
– Pogadać…- Powtórzył, unosząc brew – O czym chcesz gadać?
Westchnąłem, wstając i kierując w stronę swojego łóżka. Czarnowłosy tymczasem usiadł na moim krześle, opierając łokciem o podłokietnik, a pięść podparła policzek.
Usiadłem po turecku.
– Wiesz, dużo ostatnio myślałem – Rozpocząłem, ostrożnie dobierając słowa – O tym… O tym naszym związku. To… Wszystko nie idzie normalnym rytmem…
– No dobrze. I co? – Spytał obojętnie. Zatkało mnie.
– J-Jak to co? – Zająknąłem się – Źle to zaczęliśmy, Itachi! Nie widzisz tego?
Czarnowłosy wzruszył ramionami, ja zaś zacząłem nerwowo przechadzać się po pokoju.
– Wszystko idzie nie tak, jak ma być! – Mówiłem zaaferowany – Wszystko od dupy strony! To… To jest…
Zaczerwieniłem się, mając nadzieję, że tego źle nie zinterpretuje. Tymczasem on wydawał się niewzruszony.
– Chodzi mi…- Odchrząknąłem, kontynuując zażenowany – Chodzi mi o to, że… Że nie rozmawiamy ze sobą! Nic o tobie nie wiem! Ty o mnie też nie! Powinniśmy… Powinniśmy…
Uchiha wstał, chwytając mnie za podbródek. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w ciszy.
– Sądziłem, że nie chcesz, bym cokolwiek o tobie wiedział – Odezwał się w końcu.
– Cóż, zmieniłem zdanie…- Uśmiechnąłem się wstydliwie – W końcu, w relacjach się rozmawia i…
– Co cię tak nagle napadło? – Mruknął mój rozmówca – Brałeś coś?
– Nie! – Zakrzyknąłem oburzony, po chwili łagodniejąc – Ja tylko… Ja tylko chcę cię poznać… W naturalny sposób…
– Ale ci się zebrało…- Itachi przewrócił oczami, odsuwając nieco ode mnie, wciąż jednak nie puszczając mojego podbródka – Nie mogłeś znaleźć sobie innego momentu? Zresztą… Nie należę do osób, które lubią mówić o sobie, wiesz…
– Myślę, że ten moment jest najodpowiedniejszy – Powiedziałem uparcie, czując narastającą ekscytację – No i… Kiedyś trzeba się przełamać! Zobacz, oboje na przykład nie wiemy co…
– Nie ma liderka – Przerwał mi czarnowłosy dziwnie zniecierpliwiony – A ty… Nie sądzisz, że ten czas moglibyśmy LEPIEJ wykorzystać? Bardziej… Fizycznie?
Momentalnie się zaczerwieniłem, nerwowo spuszczając wzrok by chwycić za skrawek koszulki, którym zacząłem się bawić.
– Tak, yy.. Oczywiście, ale… - Wymamrotałem – Ja… Musimy…
– Nic nie musimy – Odrzekł czarnowłosy, ponownie przyciągając mnie do siebie – Po za jednym. I tego właśnie chcę.
– Związek… To nie tylko „to” – Wydusiłem w końcu – To też relacja, rozmowy… Wzajemny…
– Dobra, dość tego – Sapnął poirytowany mężczyzna, puszczając mnie i kierując do wyjścia, po drodze chwyciwszy swoją książkę – Nie, to nie. Nie będę cię zmuszał.
– Z-Zaraz! – Pisnąłem, gwałtownie chwytając go za ramię – Gdzie ty idziesz?!
– Do siebie. A dokąd indziej? – Mruknął.
– Musimy pogadać! – Upierałem się desperacko – Przecież po to się teraz widzimy, nie?!
– Widzieć się mieliśmy, ale po co innego – Odrzekł sucho czarnowłosy – Nie po drodze mi teraz na gadki-szmatki.
– To nie są gadki-szmatki! – Naburmuszyłem się – Serio… Czemu nie możemy spędzić czasu jak… Nie wiem… Normalna para?
Mężczyzna znów obrócił się do mnie, stając tym razem bliżej niż wcześniej. Odruchowo zacząłem się odsuwać, co nie powstrzymało go przed tym, by iść dalej. W ten sposób trafiłem plecami na ścianę.
Uchiha dotknął kciukiem mojej żuchwy, by następnie zacząć pieścić moją szyję. Przełknąłem zestresowany ślinę, czekając na jego następne słowa.
– Już ci mówiłem – Odezwał się znowu. Jego ton był spokojny i kojący – To co jest między nami… Możesz sobie to interpretować jak chcesz. Ale ja widzę to inaczej. Nie próbuj mnie przestawiać, bo nic ci to nie da. Rozumiesz?
– Ale…- Wyjąkałem, szukając gorączkowo słów.
– Żadnych „ale”. Przyszedłem tu w jasno określonym celu – Oznajmił czarnowłosy, kładąc dłonie na ścianie tak, że nie miałem za bardzo drogi ucieczki – A ty się zaciąłeś… Co więc innego mam zrobić, jak tylko iść?
– Wysłuchać mnie – Szepnąłem, czując narastający żal – Ja po prostu nie chce… By nasze zetknięcia… Żeby to nie kończyło się tylko na tym, że… Że kończymy na seksie.
Milczał, przyglądając mi się z kamienną twarzą.
– Ja… - Dukałem, powstrzymując chęć płaczu jak baba – Chcę więcej… Ciebie. Chcę cię… Całego. Byś był… Mój. Rozumiesz?
W tym momencie myślałem, że zejdę na zawał. Nie wierzyłem, że to powiedziałem. Że w końcu zdołałem to wydusić…
– Jesteś naprawdę słodki – Powiedział Itachi po długiej pauzie, a ja ponownie oblałem się rumieńcem – Tak słodki, że mam ochotę cię dosłownie rozerwać – Zadrżałem, nie wiedząc jak mam to rozumieć. Uśmiechnął się półgębkiem, znów zrobiłem się czerwony, gdy tylko pojąłem sens tego co usłyszałem - Ale muszę cię rozczarować. Zabrzmi to zapewne sztampowo, ale nie należę do osób, które lubią być w czyimś posiadaniu. Jest zupełnie na odwrót. To ja posiadam. Nie inaczej, nie na opak. Po prostu nie znoszę, gdy ktoś rości sobie do mnie prawo. Wielu próbowało, źle się to dla nich skończyło.
– Nie chcę tobą rządzić…- Powiedziałem cicho – Chcę tylko, byśmy byli…
– Przykro mi Deidara, ale nie czuję tego samego – Czarnowłosy odsunął się ode mnie, zawiesiwszy ręce na pasie. Staliśmy naprzeciw siebie – Nie czuję potrzeby, by zwierzać ci się ze swojego życia. I nie wymagam od ciebie, byś ty mówił cokolwiek mi. To po prostu… Tak nie działa.
– A jak działa? – Odrzekłem z lekką irytacją i coraz większym żalem – Chcesz powiedzieć… Że… Chcesz tylko…. Mojego ciała? Żeby było dla ciebie na wyłączność, podczas gdy ty… Ty możesz robić co chcesz?
– Chyba ustaliliśmy, że tak to wygląda – Uchiha ponownie przewrócił oczami – Teraz zmieniasz zdanie?
– Tak, zmieniam zdanie – Powiedziałem drżącym głosem, po czym wybuchłem – Zrobiłeś mi nadzieje! Ja… Ja… ZAKOCHAŁEM SIĘ, rozumiesz?! W tobie! W nikim innym!
Cisza, pełna napięcia, ciężka. Nie potrafiłem tego znieść. Tego, że stoi i patrzy na mnie tak spokojnie i… Bez uczucia.
– M-Myślisz, że dlaczego zrezygnowałem ze związku z Naokim?! – Rozkleiłem się – Bo miałem być twój! I ja też chcę tego samego! Nie mogę dłużej wytrzymać, że przychodzisz do mnie kiedy ci się podoba… A potem… Potem znikasz i mnie olewasz, zostawiasz… Ja… NIE JESTEM DZIWKĄ! NIE UDAWAJ, ŻE TO CO BYŁO POMIĘDZY NAMI… TO NIC DLA CIEBIE NIE ZNACZY?!
– Dopowiadasz sobie – Mruknął czarnowłosy – To, że się zakochałeś… Schlebia mi to, nie sądziłem, że coś takiego usłyszę. Ale nie wymagałem, byś żywił do mnie tego typu uczucia. Nie miałem intencji, by cię w sobie rozkochać. Przykro mi, ale ty sam zrobiłeś sobie nadzieję.
– Żartujesz sobie?! – Warknąłem – A kto przeszkadzał mi w budowaniu związków?! Kto grał sceny zazdrości, gdy chciałem poznać…
– Byłem wtedy szczeniakiem. Od tego czasu sporo się zmieniło – Odparł - Przepraszam, że tak wtedy wyszło.
Przeprasza... Ale co z tego?! To nie zwróci mi niczego! Ani nie zmieni uczuć!
Nabrałem powietrza, po czym stanąłem bardzo blisko niego.
– Nic do mnie nie czujesz? – Zapytałem twardo. Mężczyzna rozchylił lekko usta, po czym zamrugał tak, jakby obudził się z jakiegoś letargu. Patrzył na mnie surowo – Nic a nic?
– Nic a nic – Powtórzył – Pogódź się z…
Nie dałem mu dokończyć. Nim zdążyłem dobrze pomyśleć, chwyciłem mocno za skrawek jego koszulki pod szyją, by następnie wpić się w jego usta. Czułem na sobie jego zdumiony wzrok, ale nie obchodziło mnie to. Gdy tylko poczułem, że zamierza mnie dotknąć, odepchnąłem go z taką siłą na jaką było mnie stać i nawet, jeśli ledwo drgnął… Nie zraziłem się. Po prostu uderzyłem go z otwartej dłoni w twarz.
– KOŃCZĘ Z TOBĄ! – Wydarłem się – ZRYWAM! NIE CHCĘ CIĘ! NIE POKAZUJ MI SIĘ NA OCZY! NIE… NIENAWIDZĘ CIĘ!
Wybiegłem z pomieszczenia jak i samej siedziby. Nie wiedziałem dokąd nie wiedziałem gdzie. Wiedziałem jednak, że nie mogę pokazać się tak nikomu. Szczególnie Hidanowi. Gdyby wiedział, co się właśnie stało, z pewnością doszłoby do rzezi, przy której zginęliby też niewinni.
"Kocham go i nienawidzę równie mocno", przeszło mi przez myśl.
– Kurwa mać! - Zakląłem siarczyście.
Gnałem roztrzęsiony do jeziorka, przy którym siedziałem dziś z Sun Yang. Tym razem jednak okolica była spowita mrokiem. Zacząłem rozglądać się w nadziei, że ją znajdę. Mimo, krótkiej znajomości, była jedną z osób, która wiedziała o mojej relacji z Uchihą. Tylko jej mogłem cokolwiek powiedzieć. Niestety, nie mogłem jej nigdzie znaleźć…
„Pewnie jest już w siedzibie a ja przez to wszystko nawet nie pomyślałem, by do niej iść” pomyślałem, przysiadując na jednym z kamieni. Wciąż się trzęsłem z nerwów. Trzy lata… Zmarnowane na tego gnoja… Co ja sobie wyobrażałem? Okropne jest to, że niestety… Ma rację. Sam robiłem sobie nadzieję, że cokolwiek do mnie czuje. Że za tymi jego spojrzeniami kryje się coś więcej niż to, że mu się podobam fizycznie… Tymczasem głęboko w sercu wiedziałem, że nie ma z jego strony tego samego. Że to tylko zabawa w kotka i myszkę.
„On cię nie kocha”, dudniło mi w głowie. Byłem rozdarty. Jedyne, o czym teraz marzyłem to uciekać. Z tej wioski i z tej organizacji… Ale nie mogłem. Pomijając fakt, że i tak nie mam dokąd iść i groziłaby mi śmierć... Mam tu jeszcze dla kogo żyć, dla kogo zostać. Dwie osoby. Najlepsi przyjaciele. Hidan i Kakuzu… Zwłaszcza ten pierwszy. Wiem, że mnie potrzebuje. A reszta? Sasoriego tak naprawdę dopiero zacząłem bliżej poznawać i nawiązywać nić porozumienia. Z Sun Yang z chęcią się zaprzyjaźnię, tak jak i z Fuu… Jak się oczywiście zapoznam bardziej. Konan lubię, bardzo, ale nie mogę mówić jej o wszystkim z wiadomych powodów.
A inni? Inni tak naprawdę mnie nie obchodzą. Wytarłem łzy z rozgoryczeniem. Wciąż przed oczami miałem tę rozmowę. Moją i Itachiego. Ten jego pusty wzrok…
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że moja mroczna strona tak naprawdę z chęcią by mu się poddała. Że przystałbym na wszystko, co mówi, byleby tylko go uszczęśliwić, mieć to złudne wrażenie, że jednak jest wszystko dobrze… Ale nie teraz. Nie tym razem. W końcu posłuchałem rozsądku. A on nakazuje mi iść dalej, porzucić to wszystko, na czym się skupiałem przez te trzy lata. A był to tylko on. I nawet, jeśli czuję wściekłość, wiem, że nadal go kocham. W końcu musiałem to przyznać, choć na myśl o tym, czuję się pokonany…
Wstałem, otrzepując spodnie. Choć nie miałem ochoty, doskonale wiedziałem, co zamierzam zrobić.
Biegłem przez puste, ciemne ulice, aż wpadłem do jednego z budynków. Tak jak sam mówił, Hajime czekał przy barze. Na dźwięk otwartych drzwi, odwrócił i uśmiechnął się do mnie ciepło, przechodząc do jednego ze stolików.
Podszedłem do niego i przysiadłem obok. Nie miałem jeszcze wtedy pojęcia, że będzie to... Początek pewnych zmian.
*.*.*
.*+C.D.N+*.
(tu włącz dwu-sekundowy filmik)



I powracam ja.
OdpowiedzUsuńO wow! Opis misji?! Niebywałe! Hahahahahaha. xD Tak Deiu, to się do ciebie przyklei i Sasor będzie cię ciągnął na nitce. xD No nie mogę. XD Nie, dobra... Już mi lepiej. No ja tyle czasu bym tam nie wysiedziała... To nie ten sam Dei... On musiałby gadać! Dobra... Zasadzka całkiem okej. A biedny generał nie ma pojęcia do kogo pluje jadem? Myślałam, że już są rozpoznawalni. Ktoś się zorientował, ale... Cóż. Sasori się nie cacka jak widać. Die walczy, ale nie spodziewałabym się jakiegoś heroizmu i mega mocy, po typie co wyuczony ma dystans. Musiało mu być biednemu ciężko... I to bez pomocy przyjaciela... No i Dei nie wytrzymał... Spodziewałam się w sumie, ale tez myślałam, że nie miał przy sobie gliny. O nie! Dei oszołomił się, czy to przez ranę, czy sytuację... Niedobrze! Tak łatwo zginąć, ale na szczęście on nie może zginąć. :D No zymdlał... Sasor nie będzie zachwycony. Pewnie go zruga, albo w ogóle strzeli focha.
***
Czyżby Sasor wyratował naszego milusińskiego i zabrał do domku? Z tego co zrozumiałam i przeanalizowałam... Wrócili i Sasor zebrał baty od Liderka... Al to przecież nie jego wina była! Co oni tacy zdziwieni, że Dei żyje?! Ile on był nieprzytomny? I co ten Kaki tak brzydko się wyraża o przyjacielu? Co temu Hidanowi? Aż tak się cieszy? No i jeszcze bardziej poturbował Deia... Można się było spodziewać po tym kochanym głupku. <3 No fajnie... Ważne, że przeżył.
***
Aww... Jaka Konan kochana. Do Deia kochanie? Jak uroczo... Opiekuj się dzieciątkeim... A, no to tak jak myślałam. Śpiączka. Trzy dni to i tak niezbyt długo. Całe szczęście, że nie obudził się w trumnie. To by było lekko straszkowate. Ale i w sumie zabawne. xD No i po zabawie. Pain wszystko psuje. xD No nie rozumiem... Co sie stało, że oni tacy wściekli na Deia? To przez te bomby? Chyba rozumiem, bidny Dei... Nie no, Pain to durna pała. Ma racje, ale okropnie na niego nawrzeszczał. Przesadził. Zaraz... Co? Kurcze, ile tu sprzeczności... O nie... Co tu się działo? Może coś Deiowi wstrzyknęli na polu bitwy... Możliwe. Dobry Sasor, pomógł wybrnąć z sytuacji a i ja przypomniałam sobie o tym wątku fantasy. Zapomniałam. xD No, Konan, przytul teraz malucha i dajże mu może pić? Zazwyczaj po takim czasie nieprzytomności to... Chce się pić.
***
Fuu, jej też nie pamiętałam, że dołączyła do nich. A czy ona wie, że i tak zdechnie, jak będzie potrzeba zgarnąć ważkę? Nie pamiętam... T_T To było tak dawno... Oj biedny Dei... Będzie trenował z Kakim? Już mu współczuję. Oj... Ta nimfa zrobiła z Deia sadystycznego mordercę. Dobrze, że blondi tego nie pamięta...
Dobra, to dalej... Biedny Dei. Ale dobrze, że nie musi cały czas leżeć. Emeryt, chwila śmiechu i... Oj. Wisiorek... Ooo... Tak, powinieneś mimo wszystko iść do Itacza i pogadać o tym. Może... Ogarnął by mniejszy mózg i pomógł? Nasze maleństwo tęskni za Itaczem! To nie tylko jego umowa z nim i potrzeba pomocy. On chce być wycacny! Dobrze, że sobie uświadomił, że nic o sobie nie wiedzą... No rozterki i przemyślenia to chyba norma... On potrzebuje przestać tyle myśleć... Biedna Konan. Musiała się mocno zdziwić, że Dei się chowa pod kołdrą... No nie rozumiem, po prostu się podchodzi i mówi o co chodzi. A ja nie to... No trudno. Ale wiem, on ma z tym mega problem... O... Konan chcę z nim rozmawiać... Boje się.
***
c.d.n.
***
OdpowiedzUsuńRysowanko i wyrzuty sumienia. Najgorszy towarzysz, jaki istnieje. Chciał przeprosić od razu, ale Sasor nie chciał. W sumie ja też bym chciała od razu wiedzieć co się dzieje! Aferka! Co się tam stało?! Czemu Kisame rzucił przedmiotem w Hidana? Jak ja bym chciała to wiedzieć...
Ooo... Itacz tęsknił! Aby tylko tyknąć dupeczkę blondaska, ale chociaż tyle... Coś czuję, że wkrótce nie wytrzyma... Wracając... Ja też chcę wiedzieć co się stało między Hidanem i Kisame! Niech Hidan powie potem Deiowi! Co? Czyżby Hidan zabrał się za Fuu? Niby by do siebie pasowali, ale... No średnio... Ojej... No i Hidan i Kisame chyba zapoczątkowali bardziej radykalne rządy... Nie można się bić. xD To chyba nie o Deiu... Chyba. Czyli przyśpieszają tempa w łapaniu stworków. No, ma to sens. Biedna siostrunia Hidana... Gdyby tak nie nabałaganiła to może dałoby się zrobic to inaczej. No i po zebraniu. Ciekawie było. Ale nadal chce się dowiedzieć co zaszło między Kisame i Hidanem!
***
No a ja myślałam, że Itacz chciał sobie tylko pomacać! A wsadził mu w kieszeń wiadomość! To zaproszenie na randkę, czy... taniec godowy? xD A może po prostu rozmowa? No nie mogę się doczekać... Biedny Dei... Będzie o tym myślał i myślał... No... Teraz to ucieka przed Tobim i chyba już nigdy nie będzie tak samo... Czyżby Konan wiedziała? A może to po prostu nadal temat tej cholernej nimfy? Czyli Konan chyba wie o tym gwałcie. Tak myślę i taką mam nadzieję... Wiedziałam... No nie mogę się doczekać aż Tobi dostanie wpierdol... No powiedz jej prawdę durniu... No... Konan już wie, ale co z tym zrobi? Przestanę ją lubić, jak nie ukarze solidnie Tobiego... A więc Konan i Pain wiedzą o pokrewieństwie Deia i Sasora. To... dobrze? Chyba? Ale wolałabym, żeby i sami spokrewnieni się dowiedzieli. Przypadkiem, bez wiedzy szefów. O... A jdnak nie! Itacz i czarnulka! Siostrunia. xD No to nieźle... Mam nadziej, że Dei będzie trzymał dziób na kłódkę.
***
Sunny jest urocza... paczałki? Aww... No i poszli sie szlajać... O! Zielone! Jak uroczo... Kto by sie spodziewał. No ja też prychłam, czytając o tym Kakuzu w sukience... I jeszcze balet? Czemu ja nie mam takich snów?! Też chce! Naoki... Mam wrażenie, że on naprawdę jeszcze wróci... O! A jednak się w końcu dowiem, co tam zaszło! Cóż... Kisame to chyba się uderzył w głowę... Wrogowie? Pierwsze słyszymy, ja, Dei, Itacz... Kisame to zjeb... No naprawdę. Oj biedny Dej, on cały ten rozdział jest biedny. Sunny tak go zawstydza... xD Zdechłam no. Sunny i takie pytania o dominacje w łóżku... Kocham ją. Dobry ziomek. Stalker! A to niespodzianka... Kto to może być... Coś mi się wydaje, że będą z nim kłopoty... No to nasza Sunny to taki pis obronny widać. Uwielbiam ją. <3 A ten fotograf chyba ich śledzi... Mam takie wrażenie. Albo to już paranoja. Tak czy inaczej... Dei ruszaj się bo się spóźnisz na randevu.
***
No nie wierzę... Dei sie tak przygotowywał do randki a Itacz pewnie wszystko słyszał... I wie, że to dla niego! O... Dei tęsknił za buziakami... Już myślałam, że da się ponieść i zapomni o tym, że ma do niego sprawę...
Brawo blondi... W końcu zaczynasz stawiać opór... Chyba. No nie mogę... Ale z tego Itacza dupek... <3 Oj... Biedny Dei... Ale czy na pewno zakończy to na dłużej, niż kilka akapitów? Przekonajmy się! Och... To naprawdę przykre. Dei musi czuć się koszmarnie... No dobra, poszedł do tego stalkera-fotografa. No i mam wrażenie, że to będzie straszny etap... Zwłaszcza dla Deia...
I to już koniec. Cóż... Miałam nadzieję, że Dei się postawi i nie pomyliłam się. Ale nie sądziłam, że zajdzie to tak daleko. I że Itacz tak bardzo zabrnie w tym, że chce tylko jego tyłka... A poza nimi to ciekawe były te rozmowy z Konan dotyczące zasad. Mam jedna nadzieję, że Konan wyciągnie konsekwencje z próby gwałtu... No i że Dei nie wróci do Itacza z przeprosinami, bo to by było naprawdę żałosne...