Witam Was moje misie bardzo serdecznie w 24 rozdziale tych pokręconych wypocin xD
Zanim zaczniecie czytać, mam jedno malutkie ogłoszenie: jak zauważyliście, poprzednią notkę pisał nie Deidara, tylko jego przyjaciółka z dzieciństwa. I właśnie – od teraz ona również będzie pełnić tu rolę narratora. Nie zawsze, ale się zdarzy. Jednakże jeśli to nastąpi, to notkę podzielę tak, że obie postacie będą się wypowiadać w jednym wpisie. Wtedy też będę Was informować kto aktualnie się wypowiada. Na przykład dam coś takiego„Pisze Kurotsuchi”
Czas akcji: początek maja.
Jak wiecie z wordpressa, wcześniejsza wersja noty 24 była baaaaardzo długa (ta też nie lepsza w sumie xD) . Dlatego tutaj ją podzieliłam. Za dużo wątków. Jednak żeby nie robić zamętu, nadal oznaczę tę część pod numerem 24. Tylko nazwa troszeczkę inna.
Zapraszam do czytania!
===========================================================>
PRZYPOMNIENIE
Wiem, że ostatnio nie pisałem nic w swoim notatniku, zamiast tego położyłem go do zakluczonej szafeczki biurka, gdzie leżał smętnie, aż w końcu zapełnię w nim piórem kolejne kartki. Tymczasem ja nie miałem nawet czasu, by do niego zajrzeć! Ba! Myślałem nawet, że już nigdy nie będę miał takiej możliwości, by kiedykolwiek wziąć coś do ręki…
Ale od początku.
Ostatnie tygodnie kwietnia były szczególnie absorbujące. Nie dość, że zyskaliśmy dla Sun Jing parę w duecie, którą okazała się być ostatecznie Fuu z wodospadu, to jeszcze co jakiś czas dowódca wymieniał pary do doglądania i szkolenia tej dwójki. Plus… Misja, na którą się wybrałem z mistrzem Sasorim. Była to wyprawa do kraju Piasku, gdzie omal nie zginąłem, a to tylko po to, by dorwać młodego Kazekage, a konkretnie – jego bijuu.
Życia tam jednak nie straciłem, choć było blisko, przyznaję. Ale udało się, pokonałem Gaarę (Kazekage) w walce. Z wielkim trudem, ale pokonałem go, prawdopodobnie za sprawą cudu. Bo oczywiście okazałem się być kompletnym idiotą i nie usłuchałem swego towarzysza, Sasoriego, biorąc ledwo starczącą mi garść gliny, choć ten nalegał, bym się odpowiednio przygotował. Oczywiście ja wiedziałem swoje, za co naprawdę miałem wtedy ochotę rozwalić sobie łeb o cokolwiek twardego. Oczywiście w podróży do dodatkowej bazy (czasami się przemieszczamy, by nie można było łatwo znaleźć naszej właściwej kryjówki w Deszczu) nie mogło obyć się bez małych przeszkody. A konkretnie jednej, czyli brata porwanego, który odważnie, czy może debilnie lekkomyślnie postanowił spróbować szczęścia, wyzywając mego mistrza na pojedynek. Wpierdol dostał konkretny. Według rudowłosego, ten typ już dawno leży martwy na pustyni, bo, jak twierdzi moje „guru”, trucizna zawarta w jego marionetkach zabija w ciągu trzech dni, a lekarstwa na nią nie ma.
Dalsza część wędrówki przeszła nam spokojnie. Dotarliśmy do naszej „zapasowej bazy”, wydobyliśmy z Gaary demona, ten padł martwy… I do tej pory wszystko byłoby pięknie, gdyby nie fakt, że zajęło nam to całe trzy dni. A żeby było bardziej śmiesznie dramatycznie, dodam, że w pewnym momencie zaczęto nam przeszkadzać. Tak, przybyli sojusznicy z Liścia, oraz Piasku, by ratować chłopaka, który już dawno był z aniołkami. Co wtedy zrobił Pain? Ano przegrupował nas. Wszystkich powysyłał na inne misje, zaś mnie i Sasoriego zostawił z „przemiłymi” gośćmi, którzy uparcie próbowali do nas wbić. I wtedy zaczęły się prawdziwe jaja, bo w końcu się do nas dostali. A byli to: blond włosy, pomarańczowy dresiarz z ADHD( który wykrzykiwał, że nas „kurwa zabije”), płaska deska wielkim czołem (której prawdopodobnie obca jest przestroga, by nie łączyć koloru różowego z czerwonym, bo ta kombinacja barw do siebie nie pasuje), koleś z białym gównem na głowie i prawie w całości zakrytym ryjem (notabene, typ już raz złożył nam wizytę w Deszczu) oraz stare kapsko babcia Sasoriego (która postanowiła zobaczyć ukochanego wnuka). Ta oto drużyna pierścienia zechciała się z nami bić jednak dopiero, gdy za radą Paina, stałem się chujem, robiąc im wszystkim widowisko z klapnięcia na zwłokach ich kumpla. Normalnie bym czegoś takiego nie odwalił, ale mus to mus. Jeżeli Akatsuki wymaga bycie wrednym kutasiarzem, to nie mam innego wyjścia. Następnie co było? Walki, walki i jeszcze raz walki. Mistrz stoczył jedną z różową landryną, po czym, gdy był u kresu sił, sprytnie znikł z pola bitwy*, zaś ja użerałem się z nadpobudliwym dresem oraz jego nauczycielem zakrywającego facjatę, w wyniku czego straciłem kolejną rękę i musiałem jak najszybciej spierdalać. Niestety los nie był dla mnie łaskawy tamtego dnia, bo tak urządzony, natknąłem się jeszcze na wieśniacko ubranego w zielony, obcisły kombinezon typa, z fryzurą typu „garnek” oraz zarośniętymi Alà Breżniew, żyjącymi (chyba) własnym życiem brwiami, jego uczniaka odstawionego w takim samym co on stylu, laskę ubraną po chińsku (mimo bycia Japonką) oraz kolesia z białymi oczami. Tu również prawie nie zginąłem. W końcu, hej, nie miałem obu rąk przecież. Jednak mój niezawodny łeb wymyślił upozorowanie śmierci za pomocą wybuchu… I tak oto znalazłem się z powrotem w kraju Deszczu. Zapytacie pewnie teraz, jak w takim razie mogę pisać, skoro zostałem pozbawiony rąk? Przytrzymuję pióro ustami? Stopą? Dupą?
Otóż nie, dalej używam rąk. Jak? A od czego ma się takiego kumpla jak Kakuzu? Tak, to jemu zawdzięczam przywrócenie obu górnych kończyn. Jego linię z przypływem czakry potrafią zdziałać cuda. W prostych słowach: zaszył mi ręce z powrotem, a dzięki jego zdolnościom, mam w nich dalej czucie i mogę nimi swobodnie poruszać. Jedyną wadą w tym wszystkim jest ból, który prawdopodobnie będzie mi przez jakiś czas towarzyszył podczas używania zaszytych narządów, dlatego częste łykanie leków przeciwbólowych to jedna z moich nieodłącznych czynności od czasów misji w Piasku.
A pomijając moją sytuację i to, jak ja się, czuję, to wspomnę, że przed wyżej wspomnianą misją jak również i w trakcie, co poniektórzy z nas spotkali się bezpośrednio ze swoimi bliskimi, bądź przyjaciółmi tych bliskich. Zacznę od drugiego przypadku, w którym nasz drogi, niezastąpiony Itachi tak samo jak ja czy mistrz Sasori, natknął się na pomarańczowego dresa, który to, jak się okazało, jest bliskim kumplem brata starszego Uchihy - Sasuke. Nie wiem jednak co z tego spotkania wyszło, bo oczywiście jaśnie pan nie raczył nam opisać co się wtedy działo, ale jedno jest pewne: dzieciaka nie zabił, ani nic mu się tam nie stało. Kisame również nie doznał żadnych obrażeń.
A pomijając tę dwójkę – mój kumpel Hidan również odnalazł spokrewnioną, bliską mu osobę. Była to jego siostra, Ai, którą próbowaliśmy znaleźć kilkakrotnie, niestety bez skutku, dlatego szybko zaniechaliśmy poszukiwania na rzecz tej konkretnej misji z Kazekage. W końcu łapanie bijuu to nasz nadrzędy obowiązek.
I to są proszę państwa, rzeczy, jakie działy się ostatnimi czasy.
*****
Znów miałem koszmar. Po raz kolejny zerwałem się cały zirytowany z krainy snu, by zaraz znów opaść na materac, przymknąwszy oczy. Czy jest sens zasypiać dalej? Niby tak, w końcu była prawie piąta nad ranem. Ale czy gdybym zasnął to czy nie obudziłbym się o zbyt późnej porze?
Wyciągnąłem się, by rozprostować kończyny i podniosłem się do pozycji siedzącej. By zapomnieć o nocnej marze, postanowiłem zająć swoją uwagę poprzez czytanie książki, którą położyłem na nocnym stoliku, po czym zacząłem śledzić losy pewnego białowłosego wojownika. Spędziłem nad tym może… pół godziny? Potem przestałem się skupiać i odłożyłem tomik z powrotem na miejsce. Owszem, poczułem się dzięki temu troszkę spokojniejszy i bardziej senny, jednak mój organizm dalej nie dawał mi spać. Westchnąłem zirytowany. Wspomniałem, że ostatnio budzę się o barbarzyńskich godzinach typu czwarta czy piąta nad ranem, po czym ciężko jest mi zasnąć pomimo wykończonego organizmu?
No właśnie, wspominałem. Te godziny sprawiają, że czuję się naprawdę bardzo źle. Sam patrząc w lustro śmiało mogę stwierdzić, że wyglądam jak narkoman. Kredowa cera, podkrążone oczy… Boże, czemu? Bezsenność to coś, czego nie życzyłbym nikomu. I jeśli w tym momencie myślicie, że jest przydatna np. do nauki, pracy, to od razu uprzedzę, że nie, po prostu nie. Bo dalej masz to irytujące uczucie zmęczenia, jesteś wykończony. Spojrzałem na zegarek. Czwarta trzydzieści. Moi koledzy zazwyczaj budzą się około ósmej lub dziewiątej. Co ja mam robić do tego czasu oprócz spania? No ale przecież nie mogę zasnąć, nic nie działa… A może jednak tym razem sen przyjdzie? W razie gdybym miał zaspać , to przecież budzik jest ustawiony…
Położyłem się, zamykając oczy. Leżałem tak przez chwilę, czekając na upragniony sen. Niestety nic to nie dało, nie mogłem się skupić, cały czas miałem w myślach koszmar, jaki mnie niedawno nawiedził. Ehh… Spokojnie, Deidara. To tylko zły sen. Przypomnij sobie co przed chwilą czytałeś. To jest ciekawsze niż ten sen. Skup się. To tylko głupi koszmar, nikogo tu nie ma, nikt przecież nie może tu wejść, nikt…
Znów się zerwałem, chwytając z krzesła ulubiony, granatowy polar, którego zarzuciłem sobie na plecy, po czym wsunąłem kapcie na stopy. Tak „ubrany” wyszedłem na korytarz, zamykając drzwi na klucz. Rozejrzałem się niepewnie po holu. Jak wiecie, nigdy nie opuszczam swojego sanktuarium mając na sobie piżamę, a co za tym idzie, nie pokazuję się tak moim kolegom, jednak tym razem, wyjątkowo postanowiłem sobie pozwolić poparadować w ten sposób. W końcu cała siedziba pogrążona jest we śnie, nikt mnie nie widzi, a ja potrzebowałem choćby małego spaceru, by odreagować złe sny i być może, zmęczyć się na tyle, by zasnąć od razu gdy tylko wrócę do łóżka.
Westchnąłem i zacząłem powoli przechadzać się przez pusty korytarz, oświetlony jedynie przez księżyc dostający się przez okna. Przystanąłem przy parapecie jednego z nich i zacząłem wpatrywać się w rozgwieżdżone niebo, po czym przeniosłem wzrok na uśpioną okolicę, gdzie nie było widać ani żywej duszy. Raz tylko udało mi się zauważyć jakąś personę spieszącą się, jak sądzę, do domu, a po za tym już nikogo nie widziałem. Piękna noc, może na momencik wyjdę przed siedzibę?
Oderwałem się od parapetu i ruszyłem w kierunku schodów. Chwyciłem się poręczy i niepewnie popatrzyłem w stronę pokoju Hidana. Może do niego zajrzę i powiem co się dzieje? Eh, nie, to głupie. Po co mam go dodatkowo budzić z tak idiotycznego powodu jak zły sen? Czasem mam naprawdę kretyńskie pomysły. Zszedłem więc ostrożnie po stopniach, by znaleźć się w przedpokoju. Już miałem kierować się w stronę wyjścia z budynku, gdy moją uwagę przykuł niewielki promień światła w kuchni, na którą popatrzyłem kątem oka. Zatrzymałem się i wszedłem do wyżej wspomnianego pomieszczenia.
Przy stole, na którym spoczywała nocna lampka oraz sterta papierów i książek, siedziała pogrążona we śnie Konan, ułożona głową podpartą skulonymi ramionami, spoczywającymi na blacie. Można by rzec, że dosłownie pokładała się na nim ze zmęczenia.
Widząc to, lekko się zmieszałem, zastanawiając się czy mam wyjść czy ją obudzić. Ostatecznie podszedłem bliżej, zerkając automatycznie na papierzyska i lektury, dotyczące medycyny. Spojrzałem raz jeszcze na niebieskowłosą, tym razem nie z zaskoczeniem, ale z żalem. Ostatnio dużo słyszałem od dowódcy, że jest zajęta, ponieważ zalecił jej szkolenie się w technikach medycznych, sama zresztą przyznała, że jeszcze wielu rzeczy musi się nauczyć, dlatego ciężko można ją spotkać. Nie sądziłem jednak, że poświęca się do tego stopnia, by zasypiać przy stole…
„Nie chcę wiedzieć, co zrobiłby Hidan, gdyby to zobaczył i gdyby dowiedział się, że to nie jest tylko decyzja Konan aby ciężko pracować, ale i wymysł liderka” pomyślałem, sięgając po płaszcz kobiety, by następnie okryć jej ramiona, aby się nie przeziębiła. „Z pewnością pół siedziby poszłoby z dymem” Dodałem sobie w głowie następną myśl, przy czym ponownie podszedłem naprzeciw stołu. Pochyliłem się nad nim i wyciągając rękę w kierunku kobiety, jednak po chwili szybkiego namysłu, cofnąłem ją.
- Konan! – Zawołałem szepczącym głosem – Konan! Obudź się!
- Mm…- Mruknęła anielica, marszcząc lekko brwi, po czym otworzyła powoli oczy, by zaraz potem je przetrzeć i szybko zamrugać. Spojrzała na mnie nieprzytomnym wzrokiem.
- Eh.. Deidara? Co się stało? – Zapytała rozespana.
- Musiałaś zasnąć przy pracy… Zobaczyłem cię przypadkowo gdy przechodziłem obok – Wyjaśniłem – Pomyślałem, że lepiej jak cię obudzę żebyś mogła wrócić do siebie…
- Och… - Odparła nieco zaskoczona, rozglądając się po pomieszczeniu, po czym jej spojrzenie znów skierowało się w moją stronę. Uśmiechnęła się, podnosząc się z krzesła i zbierając swoje papiery – To nic nowego, ostatnio często mi się to zdarza. Dziękuję, że mnie obudziłeś. Może dzięki tobie złapię jeszcze te trzy godzinki w wygodnym łóżeczku…
- Ale… Wszystko z tobą w porządku? – Chciałem wiedzieć. Kobieta popatrzyła na mnie pytającym wzrokiem – Pytam bo… No cóż, zastanawia mnie czy nie męczy cię taka ciężka harówka. Nie chcę, żebyś się przez to wykończyła czy…- Tu urwałem zdanie, gdyż moja rozmówczyni, po odłożeniu swoich rzeczy z powrotem na stół, znalazła się bardzo blisko mnie, przy czym kładąc dłoń na moim ramieniu, zdecydowała się delikatnie pocałować mnie w czoło, czego nigdy wcześniej nie zrobiła. Na ten niespodziewanie miły gest z jej strony moje oczy rozszerzyły, zaś ona stanęła na bezpieczną odległość. Zaczerwieniłem się, przenosząc zakłopotane spojrzenie w bok.
- Nic mi nie będzie, nie musisz się tak o mnie martwić - Powiedziała niebiesko włosa czule, znów przeniosłem na nią wzrok – W życiu zdarzały mi się gorsze rzeczy, by teraz użalać się nad czymś tak banalnym jak zasypianie przy pracy.
- No… Z pewnością masz racje – Pomasowałem się po karku, czując lekkie zażenowanie.
- To raczej do mnie należy pytanie czy z TOBĄ wszystko w porządku – Stwierdziła anielica, zaś jej oczy zmieniły wyraz na podejrzliwy – Co robisz tu o takiej porze?
- Nie mogłem spać, więc chciałem się przejść – Odrzekłem, starając się brzmieć naturalnie. Nie chciałem mówić jej o moich koszmarach, ani tym bardziej o moim wrażeniu związanego z bycia obserwowanym przez sen. Niestety jednak liderka nie wydawała się być zadowoloną z tej odpowiedzi.
- Nie chcę nic mówić, ale czy przypadkiem nie masz tak od dłuższego czasu? – Zapytała, na co zakląłem w duchu – Wyglądasz jakbyś się czymś zamartwiał… Wiesz, jeśli masz jakiś problem to możesz mi powiedzieć. Oczywiście nie mogę zapewnić ci, że od razu wspólnie go rozwiążemy, ale może chociaż będzie ci lepiej, jeśli się wygadasz? Zwykła rozmowa naprawdę może pomóc.
- Ja… To nic, naprawdę – Zapewniłem szybko – Poradzę sobie. To tylko problemy ze snem, wkrótce miną…
- Skoro tak, to mimo wszystko nie lekceważyłabym tego – Mruknęła bursztynowo oka – Bezsenność to poważna choroba, radzę ci więc wybrać się z tym do odpowiedniego lekarza, bardziej doświadczonego ode mnie. W końcu jestem od leczenia ciała, nie umysłu, rozumiesz.
- Tak… Dziękuję, tak zrobię! – Zapewniłem, choć nie było to prawdą. Wątpiłem, by specjalista tego pokroju mógł coś zdziałać. Tu nie chodziło tylko o małą ilość snu, ale i o coś na wzór halucynacji… Właśnie, a jeśli Konan ma jednak rację?
Gdy tylko poznała mój zamiar, uśmiechnęła się do mnie jeszcze raz, wzięła znów swoje książki wraz z plikami papierów i poszła w kierunku drzwi, w których gwałtownie się zatrzymała i niepewnie na mnie popatrzyła.
- Deidara, mógłbyś coś dla mnie zrobić? – Zapytała.
- Jasne, co takiego? – Zaciekawiłem się.
- Nie mów przypadkiem Hidanowi, że dałam ci całusa – Poprosiła, przybierając nagle nieco zażenowany wyraz twarzy – Dobrze wiem, że ten gnojek wymyślił sobie jakieś bzdurne uczucie do mnie, a nie chcę, byś miał potem problemy przez jego zazdrość…
- Daj spokój! I tak bym mu nie powiedział! – Ubawiłem się – Naprawdę myślisz, że byłbym zdolny popełnić coś tak głupiego?
- Po prostu zdaję sobie sprawę, jak bardzo się przyjaźnicie – Kobieta jakby zamyśliła się na chwilę, po czym wykrzywiła usta w grymasie – Jak słowo daję, ten chłopak doprowadza mnie ostatnio do białej gorączki. Jakkolwiek bym nie starała się ograniczyć widzenie z nim, on zawsze mnie znajdzie. A jak widzi zainteresowanych mną mężczyzn, to przysięgam ci, gdyby umiał zabijać wzrokiem, z pewnością byli by już sześć metrów pod ziemią. Nie wykluczam też, że mógłby zrobić to własnoręcznie…
- W razie czego, zawsze go powstrzymam! – Powiedziałem z przekonaniem. Kobieta znów się uśmiechnęła i życząc mi szybkiego powrotu do snu oraz dobrej nocy, wyszła z pomieszczenia. Zaś ja przez moment stałem jeszcze jak kołek, zastanawiając się, co ze sobą zrobić. Nagle przypomniałem sobie o moim wcześniejszym zamiarze wyjścia, toteż skierowałem się na przedpokój.
Wiedziałem, że sam polar nie wystarczy mi, by się ogrzać, toteż sięgnąłem jeszcze po swój czarny płaszcz w czerwone chmury, symbol organizacji do której przynależałem. Zrzuciłem też kapcie i zastąpiłem je butami, po czym wyszedłem z budynku.
Gdy tylko znalazłem się na zewnątrz, od razu owiał mnie chłodny wiatr, rozrzucający moje włosy na wszystkie strony. Skrzywiłem się nieco, po czym uniosłem głowę w kierunku nocnego nieba. Rozmowa z Konan nieco zmniejszyła mój niepokój i przytłumiła wspomnienie koszmaru. Może w końcu się wyśpię…
Postałem jeszcze chwilę na dworze i wróciłem do domu. W drodze do mojego pokoju, idąc po schodach, przeszła mnie nagła myśl, by wpaść do Itachiego. Zatrzymałem się nagle.
„Chyba upadłem na głowę, by do niego pójść” pomyślałem z irytacją. Bo niby w czym miałby mi pomóc? Podejrzewam że tylko by mnie opieprzył za zakłócanie mu snu swoimi głupimi problemami, albo gorzej, jeszcze by znalazłby dla siebie jakąś korzyść z powodu mojej nagłej wizyty. Rozwiązywanie problemów u tego zboczeńca to ostatnia rzecz, która zapewniłaby mi bezpieczeństwo… Nie mogłem jednak zaprzeczyć temu, że mimo wszystko czyjaś obecność pozwoliłaby mi zasnąć. Momentami żałuję, że każdy ma oddzielny pokój i nie można dzielić go ze współlokatorem. Może pójdę do Hidana? Nie, nie będę zakłócał jego snu.
„A może… Mistrz Sasori?” olśniło mnie. Jakby nie patrzeć jest on w większości kukłą. Chyba nie potrzebuje czegoś takiego jak sen? Zacząłem wchodzić na górę. Pokój lalkarza znajdował się na trzecim piętrze, razem z pokojem Kisame. Zapukałem niepewnie do drzwi tego pierwszego. Przez moment panowała głucha cisza. W końcu usłyszałem odgłos zbliżających się kroków, aż drzwi się otworzyły i stanąłem twarzą w twarz z czerwonowłosym.
Na początku był nieco zaskoczony z mojego widoku, szybko jednak zmienił wyraz twarzy na zirytowany. Speszyłem się.
- Czego chcesz? – Warknął, dopiero spostrzegłem że trzymał w ręku młotek, co zmusiło mnie do zastanowienia się nad tym, czy właśnie pracował, czy może ma zamiar przywalić w głowę nieproszonemu gościowi. Przełknąłem nerwowo ślinę.
- Ja… Czy mogę tu pobyć? – Spytałem cicho, przeczesując nerwowo włosy.
- Tworzę, to zły pomysł – Mruknął krótko mój rozmówca i już miał zamykać drzwi, jednak szybko przetrzymałem jego ramię. Popatrzył na mnie mocno zniecierpliwiony.
- Proszę… Nie będę ci przeszkadzać – Jęknąłem błagalnie – Mistrzu, ja… Naprawdę potrzebuję… - Tu nie dokończyłem, bo złapał mnie gwałtownie za nadgarstek i wciągnął do środka. Spojrzałem na niego zdziwiony, jak zamyka drzwi, przekręcając w nich klucz, po czym spokojnie, jak gdyby nigdy nic podchodzi do swojej twierdzy w postaci biurka, na którym to budował swoje marionetki. Nie wiedząc, co mam ze sobą zrobić, usiadłem na najbliższym krześle i obserwowałem jego pracę.
Przyglądałem się jak jego dłonie z pełną wprawą składają lalki, przeniosłem wzrok na jego twarz, wyrażającą teraz absolutne skupienie. Nie spodobało mu się to jednak, bo spojrzał na mnie z politowaniem.
- Jak ci się nudzi to coś poczytaj, zamiast się na mnie gapić – Powiedział i wrócił z powrotem do zajęcia. Wbiłem wzrok w podłogę. Nie miałem ochoty na czytanie, wziąłem jednak ze stojącego obok stolika jakąś lekturę, nie była ona jednak zbyt porywająca, wręcz depresyjna, toteż odłożyłem ją z powrotem, wzdychając.
- Co się stało tak właściwie, że aż tak potrzebujesz czyjejś obecności?- Zapytał nagle Akasuna. Nie mając innego wyjścia, zdecydowałem powiedzieć mu o moim problemie ze snem, oraz wrażeniu czyjejś obecności w czasie, gdy zasypiam na krótki czas. Sasori w tym czasie nie przestawał budować, Ne przerywając mi ani razu, słuchał mojego biadolenia. Gdy skończyłem, popatrzył na mnie bez wyrazu.
- Skoro tak… To jeśli ma ci to pomóc, możesz spać u mnie przez kilka dni – Rzekł poważnie, na co wytrzeszczyłem oczy – Możesz położyć się do mojego łóżka, albo jak wolisz, rozłóż sobie fotel na którym właśnie siedzisz.
- Ja… Naprawdę… Dziękuję ci, mistrzu! – Zawołałem, radośnie rzucając mu się na szyję, przez co prawie upadliśmy. Mężczyzna jednak nie lubił czułości, toteż natychmiast mnie od siebie odsunął.
- Dobra, nie rozklejaj się i śpij, bo zmienię zdanie – Mruknął. Przytaknąłem i skierowałem się w stronę fotela, którego zacząłem rozkładać. Nie chciałem zajmować mu łóżka, nawet jeśli nie miał zamiaru się w nim kłaść.
Będąc już na swoim miejscu, wpatrywałem się przez chwilę w sufit, po czym przymknąłem oczy, przysłuchując się każdemu ruchowi mojego towarzysza, które z jakiegoś powodu były dla mnie odprężające.
- Ostrzegę cię zawczasu – Odezwał się jeszcze czerwono włosy - …że zdarza mi się używać młotka, składanie i grzebanie w narzędziach to nie wszystko. Przyzwyczaj się, że możesz się w każdej chwili obudzić.
- Nie szkodzi – Szepnąłem, czując jak powoli odpływam.
- W ogóle – Mówił mój partner – Z początku myślałem że przyszedł tu ten głupek Kisame. Jeszcze nie tak dawno, bo z dwa tygodnie temu, robił mi awanturę o to, że pracuję! Przychodził do mnie każdej nocy, ale od jakiegoś czasu mam spokój. Chyba w końcu dotarło do jego zakutego łba, że ze mną nie wygra. Pewnie zainwestował w zatyczki do uszu.
- To dlatego szedłeś do drzwi z młotkiem? – Zapytałem, otwierając oczy.
- Powiedzmy… - Odparł wymijająco. Zadrżałem lekko, nic nie dodając. Czasem jest naprawdę przerażający. Zamknąłem znów ślepia i nareszcie odpłynąłem w błogi sen, czułem się bezpiecznie.
***
Obudziło mnie wspomniane już stukanie młotkiem. Moje powieki drgnęły, zacząłem powoli je otwierać, wyciągnąłem rękę aby je przetrzeć… I wtedy zorientowałem się, że jestem czymś przykryty, konkretnie kocem. Podniosłem się na łokciach i popatrzyłem na wciąż pracującego Sasoriego. Gdy zorientował się, że na niego patrzę, spojrzał na mnie krótko, po czym znów zabrał się do składania i kombinowania przy częściach swoich lalek.
- Ja… Dziękuję, że mnie okryłeś – Powiedziałem z wdzięcznością, nie kryjąc uśmiechu.
- Spałeś jak zabity, w pewnym momencie aż musiałem sprawdzić czy w ogóle żyjesz – Mężczyzna zdawał się ignorować podzięki – Nie reagowałeś nawet wtedy, gdy zdarzyło mi się wydać głośniejszy dźwięk przy majstrowaniu. Już chciałem ci zazdrościć śmierci, no ale cóż… Masz pecha i żyjesz.
Uniosłem brwi i znów się uśmiechnąłem. On i te jego żarty o umieraniu…
- Chyba wrócił ci humor, mistrzu – Zauważyłem – Gdy do ciebie przyszedłem, byłeś strasznie wkurzony, ale musiało ci już przejść, prawda?
- Nonsens – Prychnął Akasuna – Ja nigdy nie mam humoru.
Wzruszyłem ramionami i zacząłem rozglądać po pomieszczeniu. Jego lokator prawdopodobne starał się utrzymać w nim jako taki porządek, nie zauważyłem nigdzie żadnego kurzu czy pajęczyn, jednak ilość gratów oraz różnych modeli lalek, psuła nieco estetyczność pokoju. Nagle mój wzrok padł na łóżko. Było idealnie posłane, nie wyglądało na specjalnie używane.
Popatrzyłem na Akasunę, nie przestającego pracować, czy jak on woli „tworzyć”, aczkolwiek sam bym tego tak nie nazwał. Nasze koncepcje sztuki znacznie się różnią, jednak wolałem nic na to nie mówić. Wtedy na pewno nie zgodziłby się mnie przenocować i kazał spadać. Zresztą… Już dawno przestałem się z nim o to kłócić. Przytakiwanie mu lub przemilczenie jego wywodów czy określeń działało na moją korzyść. Lepiej być posłusznym w stosunku do niego.
- Mistrzu… - Zagaiłem nagle, chcąc podjąć jakąś rozmowę – Czy ty w ogóle sypiasz?
- To, że nie potrzebuję już jeść , wypróżniać się czy nawet myć, nie oznacza, że jestem niezniszczalny – Mruknął – A więc tak, sypiam. Co jakiś czas robię sobie półgodzinną drzemkę. Stosuję tak zwany sen polifazowy. Różni się on od snu monofazowego, jakiego stosują normalni ludzie.
- Polifazowy? – Zdziwiłem się – Co to znaczy?
- A znasz może pojęcie monogamii oraz poligamii? – Zapytał nagle, patrząc na mnie uważnie. Na to pytanie zdziwiłem się jeszcze bardziej.
- Oczywiście… Monogamia to małżeństwo z jedną osobą, a poligamia jest związkiem małżeńskim nawet i z dwoma bądź trzema osobami – Objaśniłem szybko, nie rozumiejąc dokładnie, czemu muszę mu to tłumaczyć – Czemu mnie pytasz o takie rzeczy, mistrzu?
- Zauważ, że „poligamia” oraz „polifazowy” mają wspólny początek, mianowicie „poli” – Powiedział – Słowo to oznacza „liczny”. Zaś wyraz „mono” w „monogamii” i „monofazowy”, znaczy „jeden”.
- Eee… No dobrze – Przytaknąłem powoli – Jednak… Dalej nie rozumiem, co chcesz mi przekazać, mistrzu…
Mój rozmówca westchnął.
- To oznacza, że sypiam po kilka razy dziennie – Rzekł. Wytrzeszczyłem oczy.
- Ee… Ale…. Jak to? – Dopytywałem – Jak można w ten sposób funkcjonować? Nie rozchorujesz się? I jak to w ogóle działa?
- Odkąd zamieniłem swoje ciało na swoje największe dzieło, marionetkę, nic mi nie dolega – Odrzekł czerwono włosy – A funkcjonuję tak, jak funkcjonuję, czyli zajmuję się tworzeniem, co jakiś czas ucinam sobie pół godzinną drzemkę. Sposobu działania moich lalek, w tym mojego ciała ci nie objaśnię, sam powinieneś rozumieć dlaczego.
- No tak… - Spuściłem głowę i znów rozejrzałem się po pokoju. Po chwili podniosłem się z fotela i włożyłem szlafrok. Przez moment zastanawiałem się jak znów zagaić jakąkolwiek rozmowę z moim mistrzem, jednak zrezygnowałem z tego zamiaru i skierowałem się do drzwi.
- Jakby co, to raczej nie wychodzę z pokoju. Przynajmniej dziś nie zamierzam, ale jeśli zdarzyłoby mi się go opuścić, to po prostu poczekaj pod drzwiami – Mruknął jeszcze Akasuna, gdy miałem nacisnąć klamkę. Przytaknąłem mu i dopiero wtedy wyszedłem na korytarz. Stojąc w holu, już miałem skierować się w stronę schodów, gdy do moich uszu dostał się dźwięk otwieranych drzwi. Obróciłem głowę, by spojrzeć na wychodzącego. Kisame. Westchnąłem, przyłożywszy sobie twarz do czoła. No tak, kogo innego mógłbym spodziewać się na tym piętrze?
Widząc mnie, niebiesko skóry uśmiechnął się szeroko. Nie jestem jednak w stanie ocenić, czy był to szczery uśmiech, czy nie, ponieważ jego oczy… Zdawały się wyrażać coś zupełnie innego, nie wiedziałem tylko, co.
Mężczyzna zakluczył drzwi i zaczął się do mnie zbliżać spokojnym krokiem, nonszalancko trzymając ręce w kieszeniach spodni. Przez cały czas nie spuszczałem wzroku z jego ślepi. W końcu stanął naprzeciw mnie i przez chwilę mierzył mnie swym uśmiechem, wciąż nie przestając się szczerzyć. Poczułem się naprawdę niezręcznie, mimo to uparcie stałem w miejscu, chcąc dowiedzieć się, o co mu chodzi.
- Wiesz… Naprawdę nie lubię gdy ktoś wtrąca się w moje sprawy, a w szczególności takie gnojki jak ty – Oświadczył, zaś uśmiech na jego ustach zaczął powoli łagodnieć.
- Ale… O co ci chodzi? – Zapytałem, unosząc w zdumieniu brwi – O czym ty mówisz, do cholery?
W odpowiedzi zawiesił dłonie na biodrach, po czym pochylił się na de mną tak, byśmy byli na równi, dopiero wtedy przemówił:
- O twoje podsłuchiwanie mojej rozmowy z Itachim – Poklepał mnie po głowie – Zanim trafiłeś do szpitala z nie wiadomych dla mnie przyczyn, szpiegowałeś nas.
Przez moment po prostu patrzyłem się na niego, próbując zrozumieć, o czym on gada. Dopiero po kilku sekundach mnie olśniło. Zepchnąłem jego rękę z głowy.
- Stary… Ty weź się rozejrzyj! – Parsknąłem – Kiedy to było?! Dwa, trzy tygodnie temu?! Gdzie ty żyjesz, że dalej masz taką urazę?! Kurwa, wioska Dźwięku czy jaki wymiar?! Po za tym mówiłem ci już, że nie podsłuchiwałem wtedy! I nie wiem czy zauważyłeś, ale ja…! – Tu nie dokończyłem, bo znów położył swoją cholerną łapę na mojej głowię, przy czym poczochrał mnie po włosach.
- No już, bez wrzasku – Pouczył mnie, znów szeroko się szczerząc. Wzdrygnąłem się, nie wiedząc sam czy jest to spowodowane wyrazem jego twarzy, czy też może tym, że przystawił mi do szyi kunai – Po prostu chcę zakomunikować, że ostatni raz ci daruję i uznam twoją wersję za prawdziwą. Ale wiedz, że to ostatnia szansa. Jeśli złapię cię na tym po raz drugi, już nie będzie tak lekko.
Nic nie mówiłem, tylko patrzyłem na niego nic nie rozumiejąc. Czułem się urażony jego zachowaniem, szczególnie, że zazwyczaj nie jest takim bucem. Owszem, bywa wredny i rzuca jakimiś głupimi uwagami, ale mimo wszystko jest spoko. Nigdy nie odczułem by mnie nie lubił, wręcz przeciwnie. Zawsze stara się wpasować w towarzystwo moje, jak i Hidana, nawet jeśli tego drugiego nie lubi ze względu na złe nastawienie przez Kakuzu. Co było tak ważnego w tamtej rozmowie? Z tego co pamiętam, to Hoshigaki został nieco pociśnięty przez moich kumpli, zaś Itachi mówił mu, że zachowuje się jak dziecko… I tyle usłyszałem, bo zaraz zawróciłem, nie chcąc słuchać dalszego ciągu. Mimo to, oni złapali mnie na „szpiegowaniu”. Pamiętam, że nasz rekinek nie był zbytnio zadowolony z faktu, iż wiem o jego zranionej dumie.
Widząc, jaki przybrałem wyraz twarzy, niebiesko skóry roześmiał się nagle, wpędzając mnie tym samym w konsternację.
- Co… Co cię tak bawi? – Zapytałem nerwowo, on zaś zabrał ode mnie nuż.
- Dzieciaku… Żebyś widział swoją minę – Chichotał – Naprawdę wziąłeś to na poważnie?
- No… Tak – Przyznałem – Wtedy, gdy się na mnie natknęliście, byłeś strasznie zły, że słyszałem fragment waszej rozmowy. Myślałem, że chcesz się odegrać na mnie, nawet jeśli było to jakiś czas temu…
- Nie, jedyne co w tym momencie od ciebie chcę, to to, byś więcej nie kręcił się obok mnie i mojego partnera, gdy z nim rozmawiam – Mruknął Kisame – Szczególnie że… Że naprawdę nie lubię, gdy ktoś inny słucha moich narzekań. Nikomu innemu nie mówię o moich uczuciach, więc…
- Spoko, rozumiem – Przerwałem mu – Ok., przepraszam. Następnym razem będę znikał ekspresowo, gdy was razem zobaczę.
- Oj, bez przesady – Cmoknął Mistrz Miecza – Po prostu nie podchodź do nas gdy zobaczysz, że pokłóciłem się z tymi twoimi koleżkami.
- No… Ok. – Przytaknąłem, nie do końca rozumiejąc na co się zgadzam – I… To wszystko co chciałeś mi powiedzieć?
- Tak, już cię puszczam – Odrzekł i ruszył w stronę schodów. Gdy tylko dotknął poręczy, zatrzymał się nagle i znów spojrzał w moją stronę – Właściwie to… Chciałem coś jeszcze powiedzieć.
- Oh, serio? – Zapytałem, udając zainteresowanie. Zaczynałem się robić głodny i tylko czekałem, aż będę mógł zejść do kuchni – Co takiego?
- Przepraszam cię za ostatni wyskok mojego partnera. Wiem, że bywa nieznośny i nieobliczalny, że ta sytuacja w szpitalu była niedopuszczalna, ale proszę wybacz mu, mimo wszystko – Powiedział mężczyzna, uśmiechając się, tym razem w normalny sposób, po czym zaczął schodzić po schodach.
Słysząc tę prośbę, wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia. Zaraz… Co? To on…
- Kisame senpai… - Wyszeptałem, zatrzymując mojego rozmówce, przytrzymawszy jego rękę. Spojrzał na mnie zdumiony – To ty… Ty wiesz? O Itachim… I o mnie? O tym co jest… Między nami?
Zapytany znów się uśmiechnął, tym razem pobłażliwie.
- Oj, Deidara, Deidara… – Westchnął – A co ty myślałeś? Że on jest niezniszczalny? Że nie potrzebuje zwierzeń? Że wszystko trzyma w sobie? Oczywiście, że nie!
- A więc wiesz o… Wszystkich jego wybrykach? – Dociekałem, świdrując niebieskoskórego wzrokiem.
- O większości, nie o wszystkich – Poprawił mnie mój rozmówca – Podejrzewam, że wielu rzeczy mi nie zdradził. Ale widzę, jak na ciebie patrzy, nie jestem ślepy. I czemu na to pozwalam, pytasz… Cóż, nawet, jak wyrażam sprzeciw, ten chłopak mnie nie słucha. Właściwie… To rzadko kiedy rozszyfruję, kiedy on się do ciebie wybiera, a jeśli już to zrobię, to jedyne, co ledwie mogę zdziałać, to zmusić go do zdradzenia mi gdzie idzie. I na tym koniec. No… Prawie. Parę razy odwiodłem go od chęci spotkania się z tobą. Ale wtedy, gdy byłeś w szpitalu sam nie wiem z jakiego powodu, to dobrze wiedziałem, że do ciebie idzie. Niestety, nie wybiłem mu z głowy pomysłu do odwiedzenia cię, za co cię przepraszam.
- No dobrze, ale.. Skąd wiesz, co mi zrobił?- Zapytałem – Domyśliłeś się tego po jego zachowaniu czy co?
- Poniekąd, tak – Przyznał Hoshigaki – Głównie to go zmusiłem do wyjawienia mi co się wydarzyło pomiędzy wami… A teraz pozwól, że już sobie pójdę. Mam parę rzeczy do załatwienia. Aa, jeszcze jedno – Dodał, z nieukrywanym uśmieszkiem – Itachi może nie być zachwycony z tego, że spałeś u Sasoriego.
Wytrzeszczyłem momentalnie oczy i już miałem prosić go, by nic nie mówił, jednak mężczyzna zaraz szybko zszedł po schodach, zaś ja oparłem się plecami o ścianę i osunąłem na podłogę. Musiałem pozbierać myśli. Zastanawiałem się, czy powinienem być zły na niebieskoskórego, czy też dać sobie spokój. W końcu… On i tak nie ma wpływu na Uchihę, prawda?
Zaś sam zainteresowany… Dlaczego do cholery się z tym zdradził komukolwiek? Czyżby to, jak mnie traktuje, w jakiś sposób mu ciążyło? Ja sam… Nie mówię wszystkiego Hidanowi, właściwie to staram się z nim unikać tematu mojego obiektu westchnień. Dobrze znam temperament mojego przyjaciela. Gdyby dowiedział się, jak naprawdę wyglądają moje stosunki z czarnowłosym i że to nie są „zwykłe kłótnie”, to z pewnością zapragnąłby go zabić. A Kisame? Kisame wie praktycznie wszystko, jeśli tylko zdoła wydusić ze swojego partnera prawdę.
Nagle mnie olśniło. Skoro nasza rybcia wie o to wszystko… To może też wie o osobistych uczuciach swojego partnera względem mnie? Może w końcu dowiem się, co Itachi tak naprawdę do mnie czuje?
Wstałem powoli z podłogi, otrzepując tyłek. Już miałem schodzić, jednak ten zamiar został ponownie przerwany, gdy usłyszałem dźwięk schodzących kroków, nie należały one jednak do jednej osoby, ale do dwóch. Spojrzałem z napięciem na górne schody, z których zeszła Konan wraz z Itachim.
Gdy tylko ujrzałem tego drugiego, serce momentalnie przyspieszyło swój rytm, ten jednak posłał mi tylko przelotne, znudzone spojrzenie, zaś kobieta od razu uśmiechnęła się na mój widok.
- Witaj, Deidara. Czemu tu jesteś? Byłeś u Sasoriego? – Zapytała, podchodząc do mnie. Zerknąłem ukradkiem na wymijającego nas czarnowłosego. Mimo tej swojej obojętności, czułem, że jednak w jakimś stopniu również interesuje go powód mojego przebywania na trzecim piętrze.
- Cześć, hm… Tak, byłem… Zapytać się o coś, nic ważnego – Mruknąłem. W tym czasie Uchiha zdążył już zejść na następne piętro. Moja rozmówczyni popatrzyła na mnie przez chwilę w zamyśleniu.
- Wiesz… Wyglądasz dziś nieco inaczej, tak… Lepiej? – Powiedziała – Czyżbyś w końcu się wyspał?
- Tak, w sumie to… - Zawahałem się przez chwilę. Nie byłem pewien, czy powinienem mówić jej o moim układzie z Sasorim. Postanowiłem więc nieco zmienić tę historię – W sumie to… To on pomógł mi ze snem. Dał mi jakieś ziółka, odradził mi słuchanie muzyki na godzinę przed snem… Takie tam.
Anielica uniosła brwi w zdziwieniu.
- Nie wiedziałam, że będzie on w stanie doradzić ci z czymś takim. Wydawało mi się, że jest raczej zielony w takich sprawach jak polepszanie stanu zdrowia, sam mi to mówił – Odrzekła, a ja zakląłem w myślach – No ale skoro ci pomógł… To może nie jest jednak taki zły, jak mu się zdaje!
- No, najwidoczniej…- Mruknąłem, śmiejąc się głupkowato. Śmieszne było to, że tak naprawdę nie zrobił on specjalnie nic, po za tym, że po prostu był obok – To ten… Ja będę już leciał! Wiesz… Chciałbym dziś potrenować. I to mocniej niż zwykle…
- Oh, no dobrze. Ciężka praca nad umiejętnościami to rzecz, którą się ceni – Przyznała kobieta – Po za tym nie da się ukryć, że żeby tu przynależeć, to trzeba się wysilić… Ah, rozgadałam się. Skoro ci się spieszy, to już leć. Ja i tak muszę wrócić się na górę po rzecz, którą zapomniałam.
- Jasne, może widzimy się później! – Mruknąłem i natychmiast zacząłem szybko schodzić po kolejnych stopniach, starając się mimo wszystko nie biec. Nie chciałem wyglądać podejrzanie, jednak nad szybkim krokiem zapanować nie mogłem. Mimo tego, co powiedziałem Konan, prócz treningu chciałem zrobić coś jeszcze.
Będąc już na parterze, szybko rozejrzałem się na boki, by sprawdzić czy ktoś jest w pobliżu. Nic, zero. Przyspieszyłem swój chód bardziej niż wcześniej, po czym wpadłem rozgorączkowany do kuchni.
Siedzący akurat przy stoliku Kisame podniósł na mnie zza gazety swój zdezorientowany wzrok, po czym szeroko się uśmiechnął.
- Coś nie tak? – Zapytał.
- Senpai… Jest coś, o co chciałbym cię zapytać – Oświadczyłem, zaciskając dłonie w pięści.
- Ah, tak? Co takiego? – Zainteresował się niebiesko skóry, po czym wziął łyk ze stojącej na stole filiżanki z mocno upitą już kawą.
- Ja… Ja muszę wiedzieć… - Zacząłem, wahając się czy aby na pewno powinienem się go o to pytać – Czy wiesz może… Nie. Ty to musisz wiedzieć.
- Yhym…? – Mruknął Hoshigaki, coraz bardziej znudzony – Pośpiesz, się chłopaku z tym pytaniem. Nie mam całego dnia.
- Tak, przepraszam…- Przyznałem zmieszany, po czym wbiłem w niego stanowcze spojrzenie – Co Itachi do mnie czuje? Co on… Sądzi o mnie?
Mężczyzna uniósł brwi w zdziwieniu, po czym znów wziął łyk kawy. Gdy odstawił filiżankę, zachichotał cicho.
- To nie ja powinienem być adresatem tego pytania – Stwierdził – Jeśli tak bardzo chcesz wiedzieć, spytaj jego. Zresztą… Nie wydaje mi się, bym był upoważniony do udzielenia ci odpowiedzi.
- Senpai, proszę – Prosiłem, wręcz błagałem – On mi i tak nie powie… Proszę, nie powiem mu, że znam jego zdania, nie wydam cię… Zależy mi na tym.
Mój rozmówca wzruszył obojętnie ramionami i z równie znudzoną twarzą wrócił do czytania. Zagotowało się we mnie. Podszedłem do niego pewnym krokiem i pochylając się nad nim, odgiąłem szmatławiec tak, by czytający je osobnik znów spojrzał mi w twarz.
Już miałem bardziej go wziąć pod włos, gdy ten, nie schodząc ze swojego krzesła, chwycił mnie gwałtownie za kark, po czym powalił na kolana, przycisnąwszy moją głowę do kafelek. Jęknąłem zdezorientowany. Mężczyzna pochylił się nad moim uchem:
- Chciałem po dobroci, ale… Teraz już rozumiem, co Itachi miał na myśli mówiąc, że jesteś nieznośny – Mruknął rekin, zaś ja otworzyłem szerzej oczy. Po tonie jego głosu wywnioskowałem, że lekko się uśmiecha – Radzę ci dobrze, dzieciaku, nie próbuj nic ode mnie wyciągać. I tak nic nie uzyskasz, chyba że mnie wkurwisz, a tego nie chcesz. Uwierz mi, akurat to, że cię tylko powaliłem i przycisnąłem do podłogi to tylko wierzchołek góry lodowej tego, co mógłbym ci zrobić gdy jestem w stanie wściekłości. Teraz mnie tylko nieco zirytowałeś, ale gdybyś dalej ciągnął akcje podobne do tego, co przed chwilą zrobiłeś…
- Dobrze! Zrozumiałem! Puść mnie już! – Wydusiłem, nie mogąc znieść bólu, jaki narastał gdy z każdym słowem jego dłoń zaciskała się na moim karku, tym samym przy przypieraniu mojego czoła coraz bardziej do podłogi.
-… to bym cię załatwił tak, że nie tylko ty byś zginął, ja również z rąk twojego ukochanego PANA. A tego byśmy nie chcieli, prawda? – Kontynuował mężczyzna, wypowiadając ostatnie słowo przymilnym głosem. Nic nie mówiłem, tylko milczałem, zszokowany.
- Skoro nic na to nie powiesz, uznam, że się ze mną zgadzasz – Stwierdził Hoshigaki, puszczając moją szyję, na co zareagowałem z dużą ulgą. Od razu wykorzystałem okazję i wstałem z kafelek na równe nogi, masując przy ty, mój kark oraz czoło. Mój „oprawca” również wstał. Przez chwilę przestraszyłem się, że chce mi jeszcze coś zrobić, jednak ten jak gdyby nic poszedł umyć kubek.
Patrzyłem na niego jak ostatni idiota, sam nie wiedząc, czemu mu się tak przyglądam. Gdy skończył z wyżej wymienioną czynnością, odwrócił się do mnie twarzą, na którą wypłynęło zdziwienie.
- A ty co? Dalej tu jesteś? – Zapytał, na co zmienił wyraz swojej twarzy ze szokowanej do mocno już zdenerwowanej – Nie odpuszczasz, co? Mamy porozmawiać inaczej?
- Nie, nie… Nie – Zaprzeczyłem błyskawicznie. W prawdzie miałem ochotę i to wielką, by kontynuować ciąganie go za język, jednak po tym, do czego między nami doszło, zaniechałem tego pomysłu i zrezygnowałem – Ja tylko… Zamyśliłem się. To wszystko.
- Rozumiem – Odrzekł Kisame, po czym uśmiechnął się niepokojąco uprzejmie i zaczął podchodzić do mnie powolnym krokiem. Wzdrygnąłem się i jak najszybciej ruszyłem ku drzwiom, gdy poczułem na swojej głowie dłoń. Popatrzyłem na mężczyznę nic nie rozumiejącym wzrokiem, ten zaś tylko potargał mi włosy… I wyszedł, zostawiając mnie samego.
Stałem tak przez chwilę w pustym pomieszczeniu, usiłując rozumieć co tak właściwie się wydarzyło. Nic sensownego jednak nie przyszło mi do głowy.
*.*.*
Trenowałem niedaleko Deszczu już dobre półtorej godziny, zaś pomysły na nowe dzieła sztuki nie przestawały się ciągnąć. Miałem napływ weny, co chwila lepiłem coraz to inną, dziwniejszą rzeźbę, rozkoszując się następnie dźwiękiem wybuchu, po wysadzeniu kolejnego cuda. Westchnąłem, zadowolony z efektów swojej pracy. Ulatujące piękno jest takie cudowne…
Już miałem kontynuować swoją pracę, gdy spostrzegłem zbliżającą się do mnie postać Hidana. Z jego miny łatwo dało się wyczytać, że jest nieźle wkurzony.
Włożyłem trzymaną glinę z powrotem do beżowego woreczka, którego zawsze zawieszałem przy pasku spodni. Służył mi on do przechowywania wspomnianej wcześniej gliny.
Mój przyjaciel już przy mnie stał, wbijając wzrok w ziemię. Usta miał mocno zaciśnięte, zaś dłonie trzymał w kieszeniach.
- Jak kurwa słowo daję… Ja go jeszcze wytłukę. Zapierdolę jak psa, mówię ci – Warknął.
- Ale… O kim mówisz? – Zaniepokoiłem się. Czyżby ktoś jeszcze w wiosce próbował umawiać się z Konan i co gorsza… Uzyskał odpowiedź pozytywną? Jeśli tak, to naprawdę boję się o życie tej osoby – Czyżby Konan… Miała potencjalnego kandydata na jej chłopaka?
- Co? Nie! – Mruknął siwowłosy, machnąwszy niedbale ręką – Chodzi o tego skurwysyna liderka!
Westchnąłem, jednak nie przyniosło mi to specjalnej ulgi. Wizja zamordowania przez fioletowookiego dowódcy również nie była dla mnie kolorowa.
- A o co chodzi? Co zrobił? – Chciałem wiedzieć.
- No jak to? Jeszcze pytasz? – Jashinista przeniósł swoje rozeźlone spojrzenie na mnie – Pamiętasz misję z poszukiwaniem potencjalnych członków Akatsuki?
- Tego nie da się zapomnieć – Powiedziałem.
- Gdy pytałem liderka, czy da mi misję znalezienia Ai, to odmówił! – Wrzasnął chłopak, przy czym złapał za trzonek zawieszonej na plecach kosy i z całych sił wbił jej ostrze w drzewo, jakby to właśnie ono było wszystkiemu winne – Rozumiesz?! Podobno jesteśmy z Kakuzu tacy świetni, tak dobrze wykonujemy misje, ale jak już sam z siebie wychodzę z inicjatywą, to mi odmawia! Więcej! Stwierdził nawet, że ja i Kakuzu NIE MAMY PRAWA do tej misji! Gdy pytałem o powód, to nie raczył mi łaskawie odpowiedzieć, tylko wywalił mnie z gabinetu! Umiesz to w ogóle wyjaśnić?!
- Cóż, myślę, że znalezienia odpowiedzi na to pytanie jest niezwykle proste – Odrzekłem – Wystarczy znać zasady panujące w tej organizacji… Otóż mamy zasadę, by po dołączeniu do Akatsuki porzucić i wyrzec się swojej wioski. W tym zrezygnować z kontaktów z rodziną i przyjaciółmi w osadzie.
- Czyli że co, chodzi o to, że…? – Tu nie dokończył, bo w naszych głowach rozległ się telepatyczny przekaz od liderka, byśmy natychmiast wracali do naszej wiochy, konkretnie do Sali zebrań. Normalnie, gdybyśmy byli wewnątrz to poinformowałby nas o tym głośnik umieszczony w samym sercu naszego „kraju”, jednakże bardzo rzadko którykolwiek z członków organizacji zostaje poinformowany w taki sposób (dlatego liderek zmuszony jest do ciągłego używania telepatii). Najczęstszą formą wybieranych treningów jest ta po za terenem naszego zamieszkania. Szczerze nawet nie pamiętam bym kiedykolwiek ćwiczył w okolicach Deszczu… Nawet jeśli mój trening nie polegał na wybuchach, a zwykłym trenowaniu mięśni ciała.
Popatrzyliśmy z moim rozmówcą na mury osady.
- Myślę, że rozumiesz sens tego, co ci powiedziałem – Odezwałem się – Po prostu… Jako że jesteś jej rodziną, to byś podchodził do tej dziewczynki w inny sposób niż my. Nie sądzę, byś nie uległ pokusie widywania się z nią.
- Co za pojebany zakaz! – Obruszył się fioletowooki – Niby z jakiej racji mam się nie kontaktować z moją siostrą?! Nie rozumiem tego!
- Myślę, że odpowiedzi na wszystkie twoje pytania udzieli ci nasz dowódca – Oznajmiłem – Chodź, nie możemy się ociągać, skoro nas wezwał.
Poszliśmy w kierunku Deszczu. Gdy byliśmy u bram, szybko wylegitymowaliśmy się strażom (mimo tego, że już nas znali, taka procedura w trosce o bezpieczeństwo) i weszliśmy na teren, kierując się w stronę siedziby, a konkretnie miejsca spotkań. Wchodząc tam, od razu spostrzegłem czkających już na nas Konan, szefa (którego Hidan zabiłby wzrokiem jeśliby mógł), Sasoriego, oraz Zetsu. Na resztę musieliśmy poczekać aż wrócą z treningów, które najwidoczniej zrobili sobie dużo dalej niż ja.
W końcu jednak przyszli. Gdy mój wzrok zahaczył o starszego Uchihę, momentalnie się zaczerwieniłem i wbiłem wzrok w podłogę. Czułem, jak moje serce przyspiesza. Cholera… Zwykle reagowałem normalnie na jego obecność w gronie innych osób, nie robiła na mnie żadnego wrażenia. Jednak od dłuższego czasu nie kontroluję zbytnio swoich emocji. Nie wiem, co się ze mną dzieje i dlaczego tak jest. Czyżby nareszcie dotarło do mnie, że go… Kocham? Pomimo tego, co ze mną robi? Czyżby mój mózg w końcu zaakceptował tę myśl? Jeśli tak, to czemu? Muszę być nieźle popaprany, by darzyć takimi uczuciami osobę taką jak on.
By się choć trochę uspokoić, przeniosłem zakłopotane spojrzenie na nasze nowe członkini w organizacji, Sun Jing oraz Fuu. Ta druga intrygowała mnie w tym momencie najbardziej, bo skoro nie ma ona już w sobie bijuu, to jak udało się jej przejąć część umiejętności należących do niego? Musiała być z nim bardzo związana.
Liderek popatrzył na każdego z osobna, gdy wszyscy członkowie byli już obecni, chrząknął na znak, iż zamierza zacząć zebranie.
- Z góry zaznaczam, że nie zamierzam was dziś długo przetrzymywać, no chyba, że ktoś ma zastrzeżenia co do moich postanowień – Oświadczył rudowłosy, zerkając porozumiewawczo na Hidana, na co ten zmarszczył gniewnie brwi. Nie zrobiło to jednak wrażenia na dowódcy, który niestrudzenie kontynuował dalej swoje przemówienie – Spotkanie to zarządziłem w celu wyznaczenia misji co poniektórym parom. Pragnę też dodać, iż jedna z nich jest dość szczególna, bowiem nie każdy może ją wykonać, to znaczy, że nie upoważniam pewnych osób do jej realizacji. Czy to jasne?
Po Sali rozległy się gromkie potakiwania, ze słowami liderka nie zgodził się tylko jashinista, którego wyraz twarzy wciąż był zacięty.
- Jest to zadanie mające na celu patrolowania pewnej rodziny członka naszej organizacji – Powiedział szef, na co większość zareagowała mocnym zdziwieniem, rozglądając się na boki, by odgadnąć o czyich krewnych jest mowa. Ja oczywiście dawno to wiedziałem, więc bez większego zaskoczenia spojrzałem na mojego przyjaciela – Mowa tu o rodzinie Hidana.
W tym momencie nie tylko ja, lecz każdy z moich kolegów po fachu patrzył na siwowłosego. Każdy, prócz Kakuzu, jak i Sasoriego, którzy obojętnie spoglądająli na liderka. Fioletowooki, widząc takie zainteresowanie swoją osobą, prychną tylko, krzyżując ręce na piersi.
Następnie dowódca znów przejął głos, opowiadając o zadaniu z końca kwietnia, polegającego na złapaniu nowego członka organizacji, czyli partnera dla niedawno przyłączonej Sun Jing. Mówił on o całym przebiegu, nie wdając się na szczęście w takie szczegóły. Czyli moje osłabienie na widok martwych ciał, czy też histerii mojej, Kakuzu, Hidana i Sasoriego, czyli wszystkich tych, którzy uczestniczyli w zadaniu, gdy odkryliśmy zniszczenie statku oraz martwego kolegi bankiera, za co byłem liderkowi bardzo wdzięczny. Zapewne moi partnerzy do misji również.
Na koniec opowiedział spotkanie z siostrą jashinisty, oraz tajemniczym chłopcu, na którego się natknęliśmy zanim zdecydowaliśmy się wrócić do wioski Deszczu.
- Jak widzicie, dwójka tych dzieci to nie tylko silni przeciwnicy, ale również duża przeszkoda dla naszej organizacji, która z jakiegoś powodu usiłuje doprowadzić nas do upadku – Podsumował kolczykowany – Chcę, by wytypowane osoby zbadały tę sprawę. Najpierw proponuję zająć się dziewczyną, o niej wiemy na ten moment najwięcej. Macie ją schwytać i doprowadzić do nas. Gdy zajdzie taka potrzeba, zabijemy ją oraz pozostałą część rodziny Hidana.
- Tch...- Usłyszałem ciche parsknięcie mojego kumpla. Spojrzałem na niego współczująco. Gdy spostrzegł, że się na niego gapię, szepnął – Z pozostałymi niech robią co chcą, ale niech się nawet nie ważą tknąć Ai, bo pozabijam…
- A co z twoim ojcem? – Odszepnąłem – Mówiłeś, że też za nim tęsknisz…?
- Tak, ale mam do niego żal, że nie postawił się dziadowi – Warknął szaro włosy – Zachował się jak zwykła pizda i tyle…
- Hidan, Deidara, przeszkadzam wam? – Zapytał znudzonym głosem lider, na co się zmieszaliśmy.
- Przepraszamy…- Mruknąłem.
- Wracając do tematu – Kontynuował szef – Jak mówiłem, misja z tą dziewczyną nie jest dla wszystkich. Nie zezwalam na wykonywanie jej przez Hidana oraz Kakuzu, a także Sun Jing i Fuu. Rozumiemy się?
-Mi tam bez różnicy, więc nie mam zastrzeżeń – Stwierdził obojętnie bankier.
- Ale… Kurwa! Dlaczego?! Jakim prawem…?! – Obruszył się jashinista, jednakże w słowo weszła mu Fuu.
- Liderze! Czemu nie chcesz pozwolić mi i Sun Jing się wykazać?! – Krzyknęła dziewczyna, cała zdenerwowana, na co wszyscy zebrani, w tym ja, spojrzała na nią mocno zaskoczona – Po co mnie tu w końcu przyjęliście?! Zmusiliście mnie do… Nic nie robienia?! Po to była ta cała szopka z więzieniem i szantażem?!
- Uspokój się – Nakazał jej rudowłosy, na co ta zamilkła – Odpowiadając na twoje pytanie, to nie. Nie przyjęliśmy cię do tego, byś się obijała. Również będziesz uczestniczyć w misjach, jednak potrzeba ci jeszcze na to sporo czasu, oraz nauki co do pełnej współpracy z Sun Jing. A to zadanie, o którym tu mowa, nie należy do najłatwiejszych i zwyczajnie nie jest dla ciebie, bo wymaga właśnie takiego współdziałania, o którym mówiłem.
Nastolatka westchnęła poirytowana, ale nic już więcej dodać nie zamierzała. Sun Jing poklepała ją przyjaźnie po plecach w ramach otuchy.
Przyglądałem się im, zastanawiając się kiedy to zielonowłosa aż tak się zaangażowała w pracę dla Akatsuki. Od czasu przyjęcia jej do nas, wydaje się jakby zapomniała o swojej wiosce… Przestała o niej mówić w bardzo krótkim czasie i aktywnie uczestniczy w treningach. Czyżby to zasługa jej partnerki, że tak się wkręciła w nasze interesy?
- To może teraz JA zadam pytanie, a raczej kilka – Warknął jadowicie Hidan – Niby DLACZEGO nie mam prawa do tej misji?! Czemu, kurwa, nie mogę w niej uczestniczyć?! Bo co, bo to równałoby się z zobaczeniem się z moją siostrą?! Niech mi ktoś to, kurwa, wyjaśni!
- Właśnie sobie odpowiedziałeś na to pytanie – Odparł mu sucho dowódca – A skoro tak bardzo chcesz, to mogę przytoczyć ci CAŁY regulamin panujących tu zasad…
Po Sali rozległy się bolesne, pełne rezygnacji jęki. Niezbyt rozumiałem reakcji moich kolegów, tym bardziej, że wytyczne nie są specjalnie długie… Tak myślę, wydaje mi się, że słyszałem wszystko… No chyba, że moi starsi stażem koledzy (czytaj: prawie wszyscy z organizacji) słyszeli je po tysiące razy? Czy to znaczy że któryś z kolegów próbował złamać jakąś regułę?
- Widzę, że nie jesteście zadowoleni – Uśmiechnął się złośliwie rudowłosy – Nie mniej jednak i tak je przytoczę. Są wśród nas osoby, które w ogóle o nich jeszcze nie słyszały, lub też słyszały, ale nie zapamiętały. Robię to też po to, by przypomnieć je osobie, która kiedyś PRÓBOWAŁA je złamać. O kim mówię, to myślę, że wszyscy wiecie doskonale – Tu, ku mojemu zaskoczeniu kolczykowany posłał wymowne spojrzenie stojącemu naprzeciw mnie… Itachiego.
Razem z Hidanem spojrzeliśmy po sobie skonsternowani, po czym przenieśliśmy mocno zaskoczone spojrzenia na osobę czarnowłosego, która od razu posłała mi ostrzegawcze spojrzenie, bym nawet nie próbował dowiedzieć się, o co poszło.
Gdybym w tamtym momencie mógł, uśmiechnąłbym się w możliwie jak najbardziej złośliwy sposób. Skoro wszyscy o tym wiedzą… To nie potrzebuję nawet silić się na konwersację z Uchihą! Zerknąłem z nadzieją na stojącego obojętnie Sasoriego. Tak, myślę że jest to najodpowiedniejsza osoba na spytki.
- Myślę, że wasz kolega Itachi zasługuje na przypomnienie regulaminu, a jeśli chcecie wiedzieć, który punkt usiłował sabotować, spytajcie go osobiście – Oświadczył z satysfakcją szef i jak słowo daję, gdyby nie zwykle opanowana postawa czarnowłosego, z pewnością nasz lider gryzłby teraz piach. Patrząc na wyraz oczu naszego właściciela sharingana, sam odczuwałem wewnętrzny niepokój, mimo tego, że to nie ja powinienem się tak czuć, a rudowłosy, który zdawał się ignorować te spojrzenie.
- Radzę, żebyście teraz zamienili się w słuch i uważnie wszystko zapamiętali – Ogłosił kolczykowany, poczym przystąpił do wyliczania punktów regulaminu. Szybko wyjąłem z kieszeni notatnik i długopis, który przygotowałem na sytuacje takie jak ta i uważnie spisałem każdy punkcik, czym oczywiście się z wami podzielę*:
Spisując to wszystko, bardzo szybko zrozumiałem niezadowolenie moich kolegów. Dlaczego? A no dlatego, że niestety liderek, prócz czytania nam kolejnych punktów, uważnie je omawiał, tłumacząc nam jak debilom o co chodzi w danej regule. No ale skoro jedna z nich (ekhem, a nawet DWIE, o czym szefo nie wie) została w jakiś sposób naruszona, nie dziwię się zachowaniu dowódcy. Aczkolwiek mógłby sobie darować. Zarządził on też, iż wszystkie te punkty nazwie DEKALOGIEM i jeśli je aktualnie gdzieś zapisujemy (czyli tylko ja i Itachi, któremu kazano wszystko zanotować), to mamy je tak właśnie zatytułować, toteż wykreśliłem słowa „zasady”.
Gdy skończyłem zapisywać ostatnią z reguł, nie słuchając już rudowłosego, kątem oka spojrzałem na mojego kumpla. Jego twarz wyrażała jawne politowanie.
- Ty nie zapisujesz? – Szepnąłem do niego.
- Po cholerę – Prychnął siwowłosy, po czym uważnie na mnie spojrzał – Za to z kolei dziwi mnie, że ty to robisz.
- Wiesz, po prostu niektóre punkty warto zapamiętać, jak na przykład ten trzeci. Sam nawet nie wiedziałem, że obowiązuje coś takiego – Odrzekłem.
- Musiałeś być strasznym kujonem w akademii, co? – Wyszczerzył się fioletowooki.
- Ja? A skąd! – Zaprzeczyłem z głupim uśmiechem – Byłem szkolnym łobuzem, miałem też problem z wieloma przedmiotami. A to, że to wszystko zapisuję…
- Deidara, Hidan, po raz drugi was upominam – Warknął niespodziewanie rudowłosy, wytrącając nas z rozmowy – Myślałem, że zakaz pogaduszek podczas zebrań jest dla was jasny. Posiedzenie nadal trwa. Mam zrobić kolejny punkt?
- Nie, przepraszamy – Powiedziałem pokornie.
- Dobrze. Wobec tego zajmę się przydzielaniem misji – Zarządził dowódca – Jeśli kogoś nie wymienię, to znaczy, że zajmuje się dziś treningiem. Jasne?
Wszyscy przytaknęli, na co liderek przyjął z wyraźną aprobatą, co widać było po jego lekkim uśmieszku. Następnie sięgnął po jakąś kartkę.
- Pierw zacznę od misji, o której była już dziś mowa. Mianowicie schwytanie nastolatki – Ogłosił, na co wszyscy wstrzymali oddech. Czułem też, jak złość ogarnia Hidana na nowo – Zadanie te przypada na Itachiego oraz Kisame. Jednak to nie jest jedyna rzecz, jaką chcę, byście zrobili. Wbrew pozorom wasze zadanie priorytetowe, to odnalezienie jinjuuriki, do którego należy czteroogoniasta bestia. Człowiek, który jest waszym celem, nazywa się Roshi i pochodzi z wioski ukrytej Skały.
Na dźwięk nazwy rodzinnej osady, uniosłem brwi ze zdziwienia. No proszę, tyle lat tam żyłem, a nawet nie miałem pojęcia o tym człowieku, tym bardziej, że posiadał on w sobie takiego potwora.
- Przyjęliśmy – Odezwał się Itachi, zerkając na kiwającego z potwierdzeniem Kisame – Mam rozumieć, że wyruszamy jeszcze tego samego dnia?
- Zgadza się – Przytaknął mu rudowłosy – Dlatego myślę, że zebranie możecie już uznać za zakończone i jak najszybciej rozpocząć przygoto…
- Nie! – Wrzasnął niespodziewanie mój przyjaciel, na co wszystkie pary oczu skierowały się na niego chyba już po raz trzeci w ciągu czasu spędzonego na naradzie – Ja się kurwa nie zgadzam! Tego nie zniosę absolutnie!
- Co tym razem? – Ton głosu liderka wskazywał na to, że powoli traci cierpliwość – Kolejne zastrzeżenia?
- Oczywiście! Nie pozwalacie MI zająć się tą misją, a wysyłacie na nią najgorsze z możliwych tu osób! – Darł się fiiletowooki – Słowo daję, liderze, że ja cię kiedyś…- Tu przerwał na moment, gdy zobaczył że Uchiha i Kisame jak gdyby nigdy nic kierują się do wyjścia - Hej! A wy gdzie?! Wracać się! Do środka, kurwa! – W tym momencie rzucił się w pogoń za nim, jednak jego zamiar przerwał mu Kakuzu, wychodząc swemu partnerowi naprzeciw, tym samym blokując mu drogę.
- Kakuzu, puść mnie, do chuja! – Krzyknął siwowłosy. Zakryłem oczy dłonią, załamany głupotą mojego kumpla. Czasem jest on naprawdę niemożliwy…
- Nie ma mowy – Odrzekł bankier, uparcie tarasując swemu koledze przejście do drzwi, w których zdążyli zniknąć Itachi i Kisame. Zakładam, że gdyby tu byli, tu nasz rekinek miałby niezłą uciechę. Szczególnie z tego, co miało nadejść.
- Kakuzu – Zwrócił się lider do naszego skarbnika – Walnij go.
- Co? – Fioletowooki spojrzał z konsternacją na dowódcę, co było jego błędem, bo tę sytuację doskonale wykorzystał brązowowłosy, strzelając mu z całej siły prawego sierpowego w twarz, co skończyło się wylądowaniem delikwenta dupą na ziemi.
Nastała chwila ciszy, w której to prawie nikt nie wiedział co się dzieje, a już w szczególności Hidan, który spojrzał wściekle na swojego towarzysza.
- Ty sukinkocie! Za co to było?! – Wrzasnął na niego.
- Wykonywałem rozkaz, nic osobistego – Zielonooki wzruszył ramionami.
- Mam nadzieję, że w ten sposób nauczysz się, iż moje słowo jest niepodważalne – Odezwał się znów nasz boss, patrząc z wyższością na swojego podwładnego – Kontynuując… Następne osoby, które chciałbym wyznaczyć do misji to Deidara i Sasori.
Słysząc swoje imię, znów wyjąłem notatnik i zapisać każdy cel wyznaczony przez dowódcę, co widocznie spodobało się mojemu mistrzowi, gdyż kątem oka zauważyłem, jak posyła mi lekki uśmiech.
- Udacie się do wioski Dźwięku – Oznajmił rudowłosy – Waszym celem będzie… Coś nie tak, Deidara? – Zapytał, widząc jak przerwałem pisanie.
- Ah… Nie, nie. Nic – Mruknąłem, starając się, by mój głos brzmiał naturalnie – Po prostu zastanawiałem się, gdzie dokładnie leży ta osada… To wszystko.
- Dobrze, zatem będę kontynuował – Odrzekł kolczykowany – Wasze zadanie, to przejęcie zwoju z planami działania naszego dawnego członka, Orochimaru. Z tego co mi się wydaje, może mieć on ich dość sporo. Zależy mi również na wieściach na temat badań, eksperymentów, które aktualnie prowadzi na swoich więźniach, dlatego prosiłbym o znalezienie takich dokumentów. Chcę również dostać szczegółowy raport o jego stanie zdrowia. Zależy mi na tym, by wiedzieć, czy będziemy w stanie go wyeliminować w najbliższym czasie, czy też przeżywa swój złoty okres. To wszystko, co chcę. Czy misja jest jasna?
- Tak jest – Potwierdziliśmy zgodnie z lalkarzem.
- Zatem możecie opuścić salę. Spotkanie jest dla was zakończone – Oświadczył dowódca, na te słowa wraz z moim mistrzem skierowaliśmy się do wyjścia, następnie do swoich pokoi po swoje rzeczy.
Niewiele mi było trzeba na tę wyprawę. Wioska Dźwięku leżała bardzo blisko Deszczu, toteż wszystko co było mi potrzeba to glina, ewentualnie jakaś woda czy bluzka z dłuższym rękawem, gdyby było zimno.
Uzupełniając zapasy broni, przeklinałem się w myślach, jakim idiotą jestem. Zresztą nie tylko ja, bo obaj z Hidanem nimi byliśmy, gdy wpadliśmy na pomysł zaproszenie do siebie kumpli z tej wioski, czyli piątkę… Wróć, Szóstkę Dźwięku. Kurwa, nigdy nie przypuszczałem, że wybiorę się tam z Sasorim. On ich zna (i to kuźwa dzięki mnie), a jak ich zobaczy w ich osadzie, to będzie dla mnie kaplica. Będę skończony, gdy dowie się, kim są i dla kogo pracują. Co robić…?
Nagle usłyszałem gwałtowne pukanie do drzwi, na co niemal podskoczyłem. Obróciłem trwożnie głowę w stronę wyjścia.
- T-Tak? – Zapytałem.
- Deidara, co ty wyprawiasz? Wyłaź natychmiast! – Za wrotami do mojego sanktuarium rozległ się stłumiony głos marionetkarza – Wioska Dźwięku nie jest daleko! Nie Musisz się obładowywać.
- Ee, tak! Już idę! – Odkrzyknąłem błyskawicznie i pospiesznie zapakowałem resztę gliny oraz założyłem płaszcz, biorąc w locie butelkę z wodą i nacisnąwszy klamkę, o mało nie wylądowałem na podłodze w korytarzu, gdy potknąłem się o próg.
Widząc to, mój towarzysz pokiwał głową z dezaprobatą.
- Ale z ciebie fujara – Mruknął, patrząc jak z zakłopotaniem przekręcam klucz w zamku – Możemy już iść?
- Tak, już jestem gotowy – Odrzekłem, po czym potulnie za nim poszedłem.
I wyruszyliśmy. Po drodze zauważyłem dyskutujących ze sobą Hidana oraz Kakuzu. Czyżby mieli wolne? Na mój widok pomachali mi, życząc powodzenia. Odwzajemniłem pożegnanie i jak się okazało, nie tylko ja się z nimi żegnałem. Machał im również Sasori.
„Wychodzi więc na to, że spełniłem się w zadaniu i udało mi się zintegrować mistrza z innymi osobami”, pomyślałem, uśmiechając się pod nosem. Wyszliśmy z wioski.
Podczas drogi do Dźwięku zaczęło zmierzchać, a mój towarzysz był bardziej rozmowny niż zazwyczaj, można by powiedzieć że na krótki czas zamieniliśmy się rolami. On gadał, zaś ja odpowiadałem półsłówkami. W końcu mój partner się zirytował.
- Cholera, Deidara, co z tobą? – Warknął na mnie, na co się wzdrygnąłem – Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Zwykle masz nazbyt wiele do powiedzenia!
- Eh, tak, przepraszam… Zamyśliłem się – Przyznałem, co było zgodne z prawdą, albowiem cały czas zastanawiałem się, co mogę zrobić, gdy lalkarz rozpozna moich kolegów z Dźwięku. A raczej co mogę zrobić, by temu zapobiec, jak nie dopuścić do tego spotkania. Normalnie słuchałbym każdego wypowiedzianego przez niego słowa, jednak byłem zbyt zajęty, by analizować jego wypowiedzi. Jednakże gdy zwrócił mi uwagę, postanowiłem przywrócić się do porządku i zaufać swojej intuicji. „Jakoś to będzie”, pomyślałem.
- Dobrze, otóż musisz wiedzieć…- Tu czerwono włosy rozpoczął opowieść o jego relacji z wężowatym, oraz o nim samym. Rzeczą, która najbardziej przykuła moją uwagę były słowa, które mówiły, że „Orochimaru był bardzo zainteresowany Uchihą”.
- Co masz na myśli, mistrzu? – Chciałem wiedzieć – W jakim sensie się nim interesował? Seksualnym czy…?
- Być może, doskonale pamiętam, jakim zbokiem był ten wąż – Mruknął marionetkarz – Głównie jednak chodziło o co innego. Z tego co kojarzę, Orochimaru był zafascynowany sharinganem. Czyli w pewnym sensie interesowało go też ciało naszego kolegi. Chciał je przejąć, wlać w nie swoją duszę, że tak powiem.
- Czyli w skrócie… Chciał się stać nowym właścicielem ciała Uchihy, zaś samego Uchihę miał zamiar zabić? – Domyśliłem się – Pozbyć się duszy Uchihy z jego ciała, by samemu je przejąć?
- Coś w tym stylu – Przytaknął mi czerwono włosy – Drugie z twoich pytań chyba najlepiej obrazuje zamiar tego gada. Ale jeśli chcesz wiedzieć, jak chciał to zrobić, to sobie daruj. Sam tego nie wiem i chyba nie chcę wiedzieć.
- I… I co, próbował je przejąć czy tylko o tym gadał? – Dopytywałem się.
- Mnie nic nie mówił, o wszystkim dowiedziałem się od naszego drogiego Itachiego na zebraniu – Odrzekł lalkarz – Ponoć Orochimaru zaatakował go któregoś razu podczas misji, na którą razem mieli pójść. Oficjalnie ten paskudny wąż był moim partnerem, jednak wtedy mieliśmy wymianę. Coś jak ty i Hidan w niedawnej misji w hotelu.
Na wspomnienie tego żenującego zadania, w którym biegałem w sukience, poczułem jak moją twarz zalewają krwiste rumieńce. To tam poznałem swojego kochanka na dwie noce, którym był Naoki i którego pobiłem niedawno w klubie. Swoją drogą, gdy minęło kilka dni od tego wydarzenia, żałowałem swojego czynu. Jasne, że mnie wkurwił, ale zareagowałem stanowczo za ostro i tylko zwróciłem na siebie uwagę tłumu. Jeśli go jeszcze spotkam, to go przeproszę i na spokojnie wyjaśnię, czemu nie możemy się widywać.
Pomijając jednak temat mojego „skoku w bok”, mój rumieniec wynikał tak naprawdę z czegoś innego. Z tego, że będąc na misji w tymże, hotelu, moje przebranie widział również sam Itachi. Zresztą… To mało powiedziane, całowaliśmy się, gdy miałem na sobie ten nieszczęsny strój i gdyby czarnowłosy miał wtedy wystarczającą ilość czasu, podejrzewam, że na tym by się nie skończyło, sam mi to zresztą powiedział.
- I… co potem się stało? – Zapytałem, desperacko usiłując odgonić natrętne retrospekcje – Kto wygrał?
- A jak myślisz? – Akasuna spojrzał na mnie jak na idiotę – Oczywiście, że nasz król sharingana, bo któż by inny? Gdyby przegrał, nie oświadczył by tego na zebraniu, na którym zresztą naszego gada zabrakło. Zdezerterował.
- Z powodu przegranej? – Zdziwiłem się.
- Tak, widocznie nie interesowało go Akatsuki, tylko sam Itachi – Odrzekł lalkarz – To tyle, co musisz o nim wiedzieć. A, nie, zapomniałbym – Zreflektował się – Ostatnio krążą pogłoski, iż w jego szeregi wstąpił młodszy braciszek naszego kolegi. Domyślam się, że gad planuje zrobić z nim to samo co ze starszym Uchihą.
- Ciekawe, co Itachi o tym myśli…- Powiedziałem w zastanowieniu.
- Domyślam się, że jest wściekły – Prychnął czerwono włosy – W końcu dzieciak sam się podłożył śmierci… Cóż, jesteśmy.
Na te słowa poczułem, jak serce podchodzi mi do gardła. Nadeszła chwila prawdy. Spojrzałem zlękniony na swojego partnera.
- Nienawidzę czekać i kazać czekać na siebie – Przemówił – Niestety jednak jestem teraz do tego zmuszony. Deidara, zostań tu i czuwaj. Dołącz do mnie gdy dam ci znak, że będę cię potrzebował. Ja wejdę do wioski i wezmę co trzeba.
Gdy skończył mówić i miał zamiar zrobić krok na przód, natychmiast mu to udaremniłem, łapiąc go za rękaw. Popatrzył na mnie ni to zaskoczonym, ni to zirytowanym wzrokiem.
- Co ty wyprawiasz do cholery? – Warknął.
- Mistrzu, pozwól że ja się tym zajmę – Oświadczyłem.
- Skąd ci się wziął tak absurdalny pomysł? – Akasuna spojrzał na mnie surowo – Przecież ty jesteś przeciwnikiem walczącym na długi dystans!
- Ty też, mistrzu – Przypomniałem mu, czym nieźle mu dowaliłem, bo gniewnie zmarszczył brwi, nic nie mówiąc. Pozwoliło mi to przedstawić pomysł, który zrodził się w mojej głowie tak szybko, jak panika, która mnie ogarnęła, gdy mój towarzysz zamierzał wkroczyć do osady – Widzisz… Wymyśliłem, że jeśli ja się tam dostanę, to będzie lepsze rozwiązanie. W końcu jeśli miałbym się natknąć na Orochimaru, to przecież i tak mnie nie zna, w dodatku z tego co mi wiadomo, ma on w swoich szeregach wielu młodych ludzi… Weźmie mnie za jednego z nich, w końcu nie wszystkich musi pamiętać! Poza tym, to ja mam tutaj notatnik ze szczegółami misji.
- Wszystko pięknie, ładnie, ale zapomniałeś o płaszczu – Rzekł mój rozmówca znudzonym głosem – Nie sądzę, by nasza gadzina zapomniała jego wzory.
Tu uśmiechnąłem się przebiegle, sięgnąłem do plecaka po dwa nadajniki, umieściłem jednego z nich na uchu, po czym zdjąłem z siebie płaszcz, ochraniacz oraz pierścień, wręczając je następnie rudowłosemu wraz z drugim nadajnikiem.
- Rozumiem, w ten sposób – Marionetkarz uśmiechnął się delikatnie – W porządku, zaufam ci… I radzę tego nie spierdolić.
Przytaknąłem z entuzjazmem i uradowany przywołałem przed nasze oblicza wielkiego, białego ptaka, na którego wskoczyłem.
- Co ty odpieprzasz?! – Zdenerwował się lalkarz – Będziesz rzucał się w oczy!
- Spokojnie, on zaraz zniknie! – Zapewniłem go – Jest mi potrzebny tylko na chwilę!
Nic nie dodając, zwyczajnie wzbiłem się w powietrze i zbliżywszy się bardziej do murów osady, wyczaiłem najbliższe drzewo, na które od razu wskoczyłem, formując w locie pieczęć, która pozbyła się ptaka. Wylądowałem na jakiejś gałęzi, zakląłem, rozglądając się, czy aby na pewno nikt nie słyszał małego hałasu, jaki spowodowałem.
Zeskoczyłem z konaru na ziemię i sięgnąłem do plecaka po bluzkę, którą wcześniej wziąłem. Cieszyłem się, że wpadłem na pomysł zabrania tej z długim rękawem. Ta radość nie wynikała jednak z racji niskiej temperatury na dworze (i tak pozbyłem się płaszcza), a z tego, że mogłem spokojnie zakryć moje blizny po zaszyciach przez Kakuzu, jakie miałem na rękach. Nie miałem pojęcia kto kiedy dołączył do Akatsuki (poza Hidanem, on był przedostatni**), jednak musiałem wziąć pod uwagę, że Orochimaru mógł znać się z Kakuzu, a tym samym wiedzieć nieco o jego umiejętnościach.
Zadowolony ze swej pomysłowości, szybko się przebrałem i wyjąłem swój notatnik, w celu przypomnienia sobie celu zadania.
- Zobaczmy… - Mruknąłem. Przejęcia zacząłem mówić cicho do siebie – Plan dalszych działań… Badania, eksperymenty na więźniach… Stan zdrowia Orochimaru.
Zamilkłem, zastanawiając się gorączkowo, od czego powinienem zacząć. Wydaje mi się, że stan zdrowia będzie najtrudniejszy, bo oznaczałoby to podejrzenie wężowatego z ukrycia… Cholera, w dodatku ja nie wiem, jak on wygląda!
Włączyłem nadajnik.
- Mistrzu… Powiesz mi Jak wygląda Orochimaru? – Zapytałem, czując się jak idiota.
- Po co ci to wiedzieć? I w ogóle skąd to idiotyczne pytanie? – Zapytał znudzony. Wyliczyłem mu wszystkie punkty, którymi mam się zająć – Rozumiem. Dobrze, słuchaj, bo nie będę się powtarzał, jasne?
- Ehm, ok. – Przytaknąłem mu, po czym zaczął wyliczać mi wszystkie cechy fizyczne naszego wroga. Była to pociągła, wężowata twarz, przerażająco blada skóra, długie, czarne włosy, bursztynowe oczy z fioletowymi oznaczeniami wokół nich, oraz około metr osiemdziesiąt wzrostu.
Zapisując kolejne wyróżniki, byłem coraz bardziej zaintrygowany. Koleś musi wyglądać interesująco i wcale nie chodzi mi o to, iż myślę o nim jako o kimś atrakcyjnym. Po prostu miałem przed oczami to, jak bardzo musi się wyróżniać w tłumie. Kogoś takiego się zapamiętuje.
- Mistrzu, jak myślisz, powinienem zacząć od jego stanu zdrowia? – Chciałem wiedzieć.
- Nie, sądzę, że powinieneś zacząć od jego planów, to pierwsza najważniejsza rzecz – Stwierdził.
- Dobrze – Zgodziłem się i niepostrzeżenie wśliznąłem się do kryjówki. Będąc już w środku, pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, to wszechogarniający mrok. Jedynie pochodnie oświetlały zimne korytarze, tak różne od klimatu panującego w tym kraju.
Musicie wiedzieć, że w Dźwięku jest niesamowicie ciepło. Gdy pytałem o to, skąd taki klimat szóstkę wiernych podwładnych Orochimaru, stwierdzili, że nie wiedzą dokładnie, ale to wynik jakiegoś eksperymentu.
Wracając jednak do misji, zdałem sobie sprawę, iż potrzebne mi jest odpowiednie przebranie. Postanowiłem więc jakoś je skombinować. Podszedłem ostrożnie do najbliższych drzwi i położywszy dłoń na klamkę, pomodliłem się o to, by nie był to przypadkiem czyjś pokój, a już w szczególności Orochimaru, po czym otworzyłem drzwi… I co zastałem? Schowek na miotły.
- Hm, ok. – Mruknąłem do siebie. Nagle moich uszu doszły jakieś głosy, toteż natychmiast schowałem się w ciasnym pomieszczeniu. Wtedy też zorientowałem się, że na jednej półek na środki czystości ktoś postawił… Wódkę. Uniosłem brwi w zdziwieniu. Nie mam pojęcia, kto się tu zajmuje sprzątaniem, ale musi sobie mile folgować w pracy.
Mimo mojego czekania nikt jednak nie wychodził, co zmusiło mnie do cichego wyjścia i skierowania do źródła głosów. I tu zamarłem..
Gdy tylko zajrzałem przez uchylone drzwi, co się za nimi kryje, dosłownie nie mogłem wyjść ze zdziwienia. W centrum pomieszczenia stał ogromny zbiornik wodny, w którym znajdował się człowiek. Konkretnie młody chłopak o białych włosach, ledwie sięgających ramion, oczy miał zamknięte, jakby go ktoś czymś odurzył, po za tym… Był kompletnie nagi, co sprawiło, iż z automatu oblałem się rumieńcem. Szybko jednak przywołałem się do porządku i znów na niego spojrzałem. Nie był on do niczego podłączony, zupełnie jakby… Potrafił oddychać pod wodą? To w ogóle możliwe? Eh, co ja plotę. W tym świecie wszystko możliwe. Rozejrzałem się bardziej. Dopiero wtedy, w rogu pomieszczenia zauważyłem pięciu-sześciu facetów ubranych w białe, lekarskie fartuchy, z niebieskimi opaskami medycznymi na ustach, żółtych rękawiczkach oraz białych nakryciach głowy. Wszyscy majstrowali przy jakiś narzędziach bądź miksturach.
- Wszystko gotowe? – Usłyszałem z innego rogu pomieszczenia, jednak nie mogłem bardziej się wychylić. Rozejrzałem się więc jeszcze po korytarzu w nadziei, że nikogo nie ma, po czym wróciłem do patrzenia na mężczyzn. Głos zadający pytanie należał bezsprzecznie do kobiety.
- Tak, sądzę że niebawem będziemy mogli rozpocząć zadanie – Odrzekł jeden z facetów.
- W porządku. Idź więc po młodszego asystenta. Sądzę, że w końcu jest gotów przystąpić do naszych badań – Powiedział kobiecy głos.
Szybko więc skierowałem się do schowka, modląc się, by lekarz szedł właśnie w tę stronę. W mojej chorej głowie już zrodził się plan.
Jak się okazało, moje modły zostały wysłuchane, albowiem facet szedł właśnie w tę stronę, co chciałem, czyli w moją. Na swoje nieszczęście był strasznie zapatrzone w jakieś notatki, co było dla niego dużym błędem, oj dużym. Gdy chłop mijał się z pomieszczeniem, w którym się znajdowałem, szybko i cicho z niego wyszedłem, by następnie zatkać mu usta dłonią, w której trzymałem brudną szmatę, po czym z całej siły uderzyć go w głowę dłonią zwiniętą w pięść, na której nałożyłem wcześniej kastet, po czym powtórzyłem czynność kilka razy, upewniwszy się, że delikwent stracił przytomność. Gdy osunął się bezwładnie na podłogę, już miałem pewność co do stanu świadomości, co od razu wykorzystałem, wchodząc z nim do schowka. Zamknąłem za nami ostrożnie drzwi, przekręciłem na klucz, po czym położyłem mężczyznę na ziemi. Ująłem jego rękę, obróciłem dłoń grzbietem do dołu, bym mógł zobaczyć jej wierzch, po czym dotknąłem palcem nadgarstka by sprawdzić, czy aby przypadkiem go nie zabiłem. Nic na szczęście takiego się nie stało, toteż przystąpiłem do dalszego planu, czyli po prostu zdjąłem z niego fartuch oraz spodnie, pozostawiając go w samej bluzce i gaciach. Znów się przebrałem, tym razem jednak w strój lekarski, starannie maskując mój nadajnik, który zaczepiłem pod kołnierzem. Zabrałem również opaskę faceta, z wizerunkiem symbolu wioski Dźwięku, chustę na głowę oraz opaskę na twarz, którą się brzydziłem założyć, toteż zwyczajnie schowałem ją do plecaka. „Pewnie i tak dadzą mi nową”, pomyślałem i chwyciłem za rzecz potrzebną do zakończenia realizacji mojego pomysłu, mianowicie wódkę, którą zacząłem wlewać w gardło nieprzytomnego, po czym dość mocno opróżnione naczynie zwyczajnie położyłem obok dłoni poszkodowanego, nie zakręciwszy butelki.
Po skończeniu całej operacji z omdlałym gościem, postanowiłem jeszcze chwilkę przeczekać, po czym wyszedłem ze schowka, specjalnie nie domykając drzwi.
Znów byłem na korytarzu, tym razem jednak czułem się pewniej, gdy go przemierzałem. W końcu jednak wkroczyłem do pseudo laboratorium. Gdy to zrobiłem, jeden z facetów spojrzał na mnie przelotnie.
- Dowódco, przyszedł rekrut – Mruknął obojętnie.
- Już idę! – Usłyszałem znów kobiecy głos. Dobiegał on z pomieszczenia, znajdującego się wewnątrz całej „Sali operacyjnej”. Domyśliłem się, iż są tam wszystkie dokumenty dotyczące badań. W końcu w tych drzwiach się otworzyła i stanęła w nich młoda, prawdopodobnie jakieś dwa lata młodsza ode mnie dziewczyna, dość mocno przypominająca Tayuyę. Z kilkoma zasadniczymi różnicami. W przeciwieństwie do flecistki, ta niewiasta była od niej dużo wyższa, ponadto miała oczy innego koloru. Tayuya ma czarne, zaś ta osóbka czerwone, w dodatku nosiła okulary. Spojrzałem na tło pokoju za nią. Ha! Zgadłem! Znajdowało się tam biuro!
- Co się tak gapisz? – Zapytała niespodziewanie okularnica, co od razu sprowadziło mnie na ziemię – To ty jesteś tym nowym?
- Ah, tak… To ja – Zełgałem, czując niespodziewany stres – Proszono mnie, bym tu przyszedł.
- A gdzie do cholery jest Gihei?! Miał przyjść z tobą, a nie kazać ci przyjść! – Zirytowała się rudowłosa – Poszedł po coś jeszcze? Wiesz coś?
- On… Kazał mi przekazać, że robi sobie wolne – Wydukałem, na co moja rozmówczyni wytrzeszczyła oczy i aż otworzyła usta ze zdziwienia, które szybko przerodziło się w oburzenie – Słucham?! Że co sobie robi?!
- Pewnie znowu poszedł na balety – Usłyszałem za sobą, na co obróciłem głowę na jednego z facetów – Od rana tylko gada, jak to sobie wieczorem nie poszaleje. W sumie już jest wieczór.
- Ale nie jest to jeszcze koniec jego pracy! – Wrzasnęła dziewczyna, po czym wzięła parę uspokajających oddechów i przemówiła normalnym głosem – No nic, najwyżej Pan Orochimaru się z nim policzy. A ty – Zwróciła się do mnie – Jak ci na imię?
- De… Doi – Poprawiłem się szybko – Jestem Doi.
- Ja nazywam się Karin. Dziś będziesz obserwował przebieg badań – Poinformowała mnie Karin – Będziesz przyglądał się co należy robić, a czego nie.
- Tak jest, proszę pani – Odparłem, niepewny w jaki sposób powinienem się do niej zwracać i widocznie źle trafiłem, ponieważ czerwono włosa mocno się zdziwiła na tę odpowiedź.
- Nie bądź taki sztywny! – Roześmiała się – Mów do mnie na ty, zresztą… Wyglądasz mi na starszego ode mnie. Ile masz lat?
- Dziewiętnaście – Powiedziałem zgodnie z prawdą.
- No widzisz, ja mam szesnaście. Zwykle zwracają się do mnie per „dowódco”, co znaczy, że ciebie też to obowiązuje, jednak dziś ci daruję – Mruknęła, podchodząc do jakiegoś blatu. Nie wiele myśląc, również do niej podszedłem i stanąłem u jej boku, obserwując jak majstruje przy różnych strzykawkach.
- To… Lekarstwa? – Zapytałem.
- Nie, trucizna. Dziś będziemy testować ją na jednym z naszych celów –Powiedziała, wciąż grzebiąc w różnych specyfikach, by następnie przelewać je do strzykawek – Za to lekarstwa są…
- On jest czymś odurzony? – Przerwałem jej, przyglądając się białowłosemu. Patrzyłem na twarz, ma się rozumieć. Zapytana odwróciła się w stronę, w którą patrzyłem. W przeciwieństwie do mnie, nie wydawała się być zażenowana widokiem nagiego chłopaka. W sumie mogę to zrozumieć, skoro pracuje ona jako medyk… Czy naukowiec, sam nie wiem.
- Tak, to tutaj nazywa się Suigetsu i jest na środkach usypiających. Wstrzyknęłam mu je bo mnie wkurzał – Odrzekła okularnica – Tch… Mieliśmy niezły problem, by go tu w ogóle zaciągnąć. Wredny typ. Pochodzi z kraju Mgły, był jakimś mistrzem w walce na miecze, czy coś…
- W sensie… Był członkiem Siedmiu Mistrzów Miecza? – Zdziwiłem się i już miałem dodać, że mam kolegę, który również do nich należał, jednak w porę ugryzłem się w język.
- Ah, tak, chyba tak – Mruknęła obojętnie nastolatka, oglądając uważnie strzykawkę. Każda trucizna miała inny odcień, jednak przeważał ciemnoniebieski kolor. Spostrzegłem, że jest jeszcze z około pięćdziesiąt takich jednorazówek, wypełnionych tą cieczą. Już wiedziałem, że mogą mi się przydać – Jest on szczególnym przypadkiem. Potrafi oddychać pod wodą. Zaobserwowałam również, że jest zdolny zamieniać się w ciecz. Bywa tak, że zbiornik jest pusty, przez co może się wydawać, że go tu nie ma a w rzeczywistości cały czas jest pod wodą. Niektóre jego zdolności wzięły się z eksperymentów, jakie na nim przeprowadziliśmy.
- Jak na przykład? – Dociekałem, zapisując wszystko w notatniku. Czerwonowłosa wydawała się nie zwracać na to uwagi, myśląc zapewne o mnie jak o uczniu, który pilnie przykłada się do przyswajania wiedzy.
- Przez nasze eksperymenty przez przypadek rozwinęliśmy w nim nową umiejętność – Nastolatka skrzywiła się - Potrafi do nienaturalnych rozmiarów powiększać swoje kończyny**.
- Rozumiem – Przytaknąłem, rozmyślając, jak zareaguje na te wieści liderek.
- Pójdziemy teraz po pewne indywiduum, nad którym będziemy pracować – Oświadczyła okularnica.
- To nie będziemy na nim nic robić? – Zapytałem, spoglądając raz jeszcze na chłopaka w zbiorniku.
- Nie, na dziś mu odpuszczę – Stwierdziła dziewczyna – Idziemy! Chłopaki, weźcie noszę, kajdanki i kaftan!
Wyszliśmy z pomieszczenia. Przemierzając ciemne korytarze, zastanawiałem się gorączkowo nad sposobem wywinięcia się grupie naukowców. W prawdzie dowódca chciał wiedzieć nad czym pracuje wężowaty, jednak nie mogę pozwolić czekać mojemu mistrzowi zbyt długo, nawet jeśli uważałem te eksperymenty za interesujące.
Przez cały czas wędrówki Karin co chwile na mnie zerkała, jakby chciała się upewnić, że na pewno za nimi podążam. W końcu dotarliśmy do jednej z cel. Nie była ona jednak zakratowana tak jak w wiosce deszczu. Były to masywne, żelazne drzwi, z prostokątnym otworem na środku.
- Bierzemy się za Juugo? – Zapytał jeden z mężczyzn.
- Zwariowałeś?! Zapomnij! – Rudowłosa aż się wzdrygnęła. Nie byłem pewny, czy ze strachu czy obrzydzenia – Daj mi kogoś z tą samą przypadłością! Po za tym, przyjrzyj się, idioto! To nie te drzwi!
- Pomyłka, przepraszam – Speszył się jeden facet – To co mamy robić?
- Unieruchomić cel i wstrzyknąć środek usypiający! Potem połóżcie go na noszę! – Rozkazała okularnica. W czasie, gdy mężczyźnie wchodzili do celi i wykonywali swoją robotę, skorzystałem z okazji i zapytałem moją „towarzyszkę”, kim jest Juugo.
- Słabo poinformowany jesteś – Młoda kobieta spojrzała na mnie krytycznym wzrokiem – No ale dobrze, skoro nie wiesz, Juugo to jeden z naszych więźniów. Przyszedł do nas dobrowolnie, innymi słowy sam się wpakował do bycia naszym obiektem badań. To dzięki niemu Pan Orochimaru zawdzięcza stworzenie przeklętej pieczęci.
- Wyglądałaś na przerażoną, gdy o nim wspomniano – Zauważyłem.
- Tak, a to przez to, że pieczęć zamienia go w żądnego krwi szaleńca – Westchnęła Karin – Pieczęć ta potrafi zmieniać wygląd posiadacza, zużywa też mnóstwo czakry, ale daje potężną moc. A wracając do Juugo, to po za tym, co ci powiedziałam, ma on problem z samym sobą. Nie kontroluje emocji… Ciężki przypadek, co tu dużo mówić…
- Wspominałaś o przeklętej pieczęci – Powiedziałem ostrożnie – Ile osób ją posiada? Mam rozumieć, że skoro wą.. Pan Orochimaru ją stworzył dzięki Juugo, to może dawać ją innym osobom?
- Zgadza się – Przytaknęła dziewczyna – Obecnie, prócz wielu osób zamkniętych w celach, posiadają ją osoby bardzo ważne dla Pana Orochimaru, jak na przykład dwójka z jego faworytów, Kimimaro i Sasuke. To samo z jego grupą ochroniarzy: Tayuyą, Kidomaru, Sakonem, Ukonem i Jirobo.
- To… Imponujące – Wydukałem, zszokowany. Nie miałem pojęcia, że ten prezent dotknie moich kumpli, tym bardziej młodszego brata starszego Uchihy.
Gdy naukowcy zdążyli wynieść nieprzytomnego delikwenta i ułożyć na noszę, całą grupą skierowaliśmy się z powrotem do laboratorium. W czasie drogi wypytałem dokładnie Karin o zdolności pieczęci, jak to mniej więcej wygląda, jak się przemienić i inne rzeczy, na które dziewczyna udzieliła mi szczegółowych informacji, co oczywiście opisałem w notatniku, mając nadzieję, iż ilość tego, czego się dowiedziałem zadowoli Paina. Do zwojów nie było opcji się dostać, gdy taka ilość osób znajdowała się w pomieszczeniu. Eksperymenty się zaczęły, zaś ja wszystko dokładnie opisywałem.
W Końcu uznałem, iż warto przejść do następnego punktu, o który prosił lider… A do laboratorium jeszcze wrócę. Na szczęście, nie musiałem szukać wymówek.
- No, dobra, ludziska, późno już, na dziś koniec – Zarządziła czerwono włosa – Daiki, ty dyżurujesz nad zbiornikiem – Zwróciła się do jednego z mężczyzn, po czym spojrzała na mnie nieodgadnionym wzrokiem, po czym położyła dłoń na moim ramieniu – Wiesz co? Spodobałeś mi się. Naprawdę, gdybym mogła, umówiłabym się z tobą…
Wytrzeszczyłem oczy ze zdumienia i otworzyłem lekko usta. No… Przyznam szczerze, że tego się nie spodziewałem.
- Oczywiście, gdybym nie była już zainteresowana kimś innym – Puściła mi oczko – Wybacz, nie mogę poświęcić ci więcej swojej uwagi.
- Ee… No spoko, nic nie…- Powiedziałem, nie dokończywszy zdania, które niespodziewanie przerwał nam głos nad nami.
- I tak nie chciałby takiej ściery jak ty – Usłyszałem i spojrzawszy na zbiornik, wydałem z siebie cichy okrzyk zdumienia, albowiem głos należał do chłopaka zamkniętego w podwodnym więzieniu.
Na słowa białowłosego w stosunku do dziewczyny, reakcja dziewczyny była błyskawiczna.
- Kogo nazywasz ścierą, parszywy gnoju?! – Warknęła, waląc pięścią w szybę zbiornika – Doi! Nie zwracaj uwagi na tego idiotę! Idziemy!
Czerwonowłosa poszła w kierunku drzwi, zaś ja jeszcze chwilkę postałem w pomieszczeniu, zastanawiając się, co dalej robić.
- Heej… - Usłyszałem nad sobą i znów popatrzyłem na zbiornik. Białowłosy patrzył na mnie cierpiętniczo – Nie widziałem cię tu wcześniej. Jesteś nowy? Nowy, to może byś mi jednak pomógł? Wydostaniesz mnie stąd?
- Mam cię… wydostać? – Wydukałem – No, nie wiem…
- Ej, no stary… Nienawidzę tego miejsca, zróbże coś… - Marudził więzień. Dopiero wtedy zwróciłem uwagi na fioletowy kolor jego oczu, które swoją drogą były całkiem ładne. W ogóle… Przyznam szczerze, że koleś brzydki nie był – Hej! Mówię coś!
- Ah, przepraszam – Zaczerwieniłem się – Wybacz, nie wiem… Szczerze mówiąc mam teraz coś do zrobienia, ale… Zobaczę, co da się zrobić. Niewykluczone, że jeszcze…
- Ej! Doi! Co ty tu jeszcze robisz?! – W drzwiach laboratorium znów pojawiła się Karin, która gwałtownie do mnie podeszła i chwyciła za ramię – Nie rozmawiaj z tym kretynem! Jeszcze cię przerzuci na niewłaściwą stronę…
- Aa… Ee, ok. – Mruknąłem, rzucając ostatnie spojrzenie na uwięzionego.
Razem z dziewczyną znaleźliśmy się na korytarzu. Zamknąwszy drzwi, okularnica uśmiechnęła się do mnie.
- Chłopaki z którymi były dzisiejsze badania organizują posiedzenie – Poinformowała mnie – Wiesz, piwko, jakieś przekąski, oglądanie TV… I być może pojawi się na nim Sasuke! I w ogóle, będziemy mogli oboje się lepiej poznać. To jak? Przyłączysz się?
- Ee, dziękuję, ale nie – Powiedziałem – Tak się składa, że… Że mam coś jeszcze do zrobienia.
- Ach, tak? Co takiego? – Zainteresowała się moja rozmówczyni. Zakląłem w myślach. Nie myślałem, że okaże się ona taką przeszkodą. W prawdzie dzięki niej uzyskałem dużo cennych informacji, lecz teraz była mi tylko zbędna. Muszę się jej jak najszybciej pozbyć, bo jeśli tak dalej pójdzie, to wpadnę na któregoś z moich znajomych z Dźwięku i pomimo tego, że się z nimi przyjaźnię, mogą nie być zachwyceni, że okradam im siedzibę z cennych informacji. W dodatku narażam na gniew Orochimaru, co osobiście bardzo mnie boli, ale co zrobić, gdy lider wydał taki a nie inny rozkaz?
- Chcę się… Pouczyć i przeanalizować to, co było podczas badań – Odrzekłem – Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza…
- No dobrze, rozumiem – Westchnęła smutno rudowłosa – Gdybyś jednak zmienił zdanie, to mieszkam w pokoju czterysta dziewięć.
Gdy wymieniła numerek pokoju, z całych sił powstrzymałem się, by nie pokazać zdziwienia. Kurde, w porównaniu z naszym małym domkiem w Deszczu, siedziba Dźwięku jest ogromna, że liczy sobie aż tyle pomieszczeń.
Po odejściu przeszkody pobiegłem szybko sprawdzić, co z facetem, którego zostawiłem w składziku. Był tam, na szczęście dalej leżał nieprzytomny. Dla pewności jednak wlałem w niego jeszcze troszkę alkoholu i wyjąłem spod kołnierzyka nadajnik.
- Mistrzu, dalej jesteś przy wiosce? – Szepnąłem.
- No w końcu się odzywasz! – Warknął Akasuna – Ile można czekać?! Już miałem po ciebie leźć, bo mam już dość tego czekania… Co załatwiłeś?
- Jak na razie informacje o badaniach – Powiedziałem.
- Tylko tyle?! – Ton czerwonowłosego wskazywał, że był naprawdę rozeźlony – Aż tyle ci to zajęło?!
- Zatrzymano mnie na Sali laboratoryjnej… Ale opowiem ci o tym dokładniej jak wrócę – Mruknąłem – Powiedz mi… Wszystko co wiem, spisałem w notatniku. Sądzisz, że koniecznie muszę brać papiery potwierdzające to, co widziałem?
- Oczywiście, nawet nie ma dyskusji – Prychnął lalkarz – Bierz to, załatw jeszcze co masz załatwić i się pospiesz do cholery! Nie mam zamiaru trwać wieczność w jednym miejscu!
- Dobrze, zrobię wszystko, by się uwinąć – Zarzekłem, po czym skończyłem rozmowę.
Wyśliznąłem się na korytarz, uważnie się rozglądając. Teren na szczęście był czysty. Postanowiłem, że po pliki z badaniami wpadnę później, a skoro na Sali jest tylko jedna osoba pilnująca zbiornika, to pozbycie się jej i wrobienie w coś, co zaplanowałem będzie bardzo proste. Zacząłem więc zastanawiać się, gdzie mogą być te tajne plany Orochimaru… Prawdę mówiąc nie miałem żadnego pomysłu na lokalizację. Zacząłem masować się po skroniach, w nadziei że coś wymyślę. Do tej pory miałem we wszystkim szczęście, teraz może być różnie… Eh, nie, nie wolno mi dopuszczać do siebie negatywnych myśli. No dobrze. Lokalizacja. Może gabinet Orochimaru? Heh, pytanie tylko, gdzie się znajduje…
Z braku jakiejkolwiek koncepcji, zacząłem się zwyczajnie przechadzać po kryjówce uznając to za najlepsze rozwiązanie jak na tamten moment. Przebranie miałem, toteż nikt specjalnie nie wróciłby na mnie uwagi. Przechadzając się, zdążyłem minąć toaletę, jakieś pokoje oznaczone różnymi numerkami (w których prawdopodobnie mieszkali ludzie wężowatego), bibliotekę (wykluczyłem ją jako miejsce na ważne plany Orochimaru), siłownię, znów toaletę… Wiele pomieszczeń.
Aż nie dotarłem na trzecie piętro. Konkretnie, do miejsca nazwanego „Lab II”. Uniosłem brwi w zdziwieniu i zawahałem się przez chwilę, czy mam je otworzyć, czy nie. W końcu chwyciłem za klamkę.
- Co ty robisz? – Usłyszałem niespodziewanie, na co się wzdrygnąłem z przestrachem. Znałem już ten głos, poznałem go rok temu, przed moimi osiemnastymi urodzinami i może nie słyszałem go za wiele, jednak nie sposób go było nie zapamiętać… Obróciłem powoli głowę i gdy moje oczy napotkały spojrzenie pytającego, poczułem, że serce niemal podeszło mi do gardła.
Na końcu korytarza stał około piętnastoletni chłopak o bladej cerze, dość dobrze wyrzeźbionej sylwetce (co mogłem stwierdzić poprzez fakt, że nosił na sobie rozpiętą koszulę), kruczoczarnych włosach oraz oczach… z Sharinganem.
- Nie wiesz, że to laboratorium jest zakazane i niedostępne dla zwykłych naukowców? – Zapytał Sasuke i podszedł do mnie bliżej, na co natychmiast odsunąłem się od drzwi – Jesteś tu nowa?
- Tak… Dziś był mój pierwszy dzień i się zgubiłem – Odparłem w popłochu, modląc się, by nie rozpoznał we mnie kolegi Szóstki Dźwięku.
– Zgubiłeś...– Powtórzył powoli, patrząc na mnie dziwnie. Postanowiłem szybko zmienić temat. Wyciągnąłem ku niemu rękę – Nazywam się Doi… A ty?
– Nieważne, idź stąd lepiej - Mruknął i podszedł jeszcze bliżej, tym razem jednak stanął przy moim ramieniu – Mam dziwne wrażenie, że już cię gdzieś widziałem…
I poszedł, jak gdyby nigdy nic. Postanowiłem, że chwilkę odczekam, aż sobie pójdzie. W końcu zniknął za rogiem, za jedną z kolumn.
- Co ty tu jeszcze robisz? – Chłopak niespodziewanie wychylił się zza rogu, patrząc na mnie pytająco. Przez chwilę naszła mnie nurtująca myśl, czy nie wykorzystać tego do ataku na jego osobę, jednak szybko zrezygnowałem. Może i jest szczylem, ale z sharinganem nie mógłbym wygrać. Nie teraz…
- Ah… Nic takiego – Westchnąłem, zakrywając twarz jedną dłonią – Po prostu zastanawiałem się, co może skrywać tak ważne pomieszczenie. To wszystko…
- Wszystko? Jesteś pewien? – Usłyszałem. Na to pytanie oderwałem dłoń od twarzy, czując zmieszanie.
- Co to za pytanie? – Zdumiałem się – Zresztą, nieważne. Już sobie idę.
Ruszyłem na przód, wymijając go. W myślach cały czas przeklinałem sytuację, w jakiej się znalazłem. Czy on pilnuje tego miejsca, do cholery? Jeśli tak, to jestem w czarnej dupie. Byłem niemal pewien, że w pokoju, którego planowałem odwiedzić, kryje się cenna zawartość.
Zszedłem pospiesznie po następnych schodach, cały podminowany. Co ja mam do cholery teraz zrobić? Jedyne, co mi pozostało, to wspiąć się po budynku, do okna należącego do tego pokoju. Tylko żebym pamiętał, które to… Czułem ogromny stres i frustrację. Jeśli jak najszybciej nie wymyślę sposobu, w jaki mogę się tam dostać, to mistrz Sasori mnie zabije. Z jednej strony naprawdę żałowałem, że go ze mną nie ma… No ale przecież jego towarzystwo nie pozwoliłoby mi na swobodne przemieszczanie się, prawda? Jego osoba, w odróżnieniu od mojej jest bardzo znana. W mojej rodzinnej wiosce pewnie dawno zostałem uznany za zmarłego… Aaah…! O czym ja myślę w tej chwili?!
Dokumenty, cholerne zwoje z planami Orochimaru… Jak je zdobyć?
Znalazłem się już na zewnątrz siedziby i czułem się naprawdę bezradnie. Rozejrzałem się po okolicy… Dopiero wtedy moim oczom ukazał się niewielki budynek, na który wcześniej nie zwróciłem uwagi choćby z racji tego, że w ogóle nie był ciekawy, ani nie rzucał się w oczy. Nie mając lepszego pomysłu, po prostu się tam zakradłem, co w połączeniu z moim białym kitlem musiało dziwnie wyglądać.
Będąc już na miejscu, przyległem plecami do ściany budynku i ostrożnie zajrzałem przez okno. Niestety mocno się zawiodłem, bo były tam zwykłe narzędzia ogrodowe. Westchnąłem i opadłem dupą na trawę. Kurde… Główkowanie naprawdę nie jest za bardzo moją mocną stroną. Od tego zawsze miałem Sasoriego. A jeśli już musiałem myśleć, to było jakieś banalne zadanie. Ukryłem twarz w dłoniach, coraz bardziej zirytowany.
Cholera, dopiero drugie zadanie w tej misji, a ja czuję, że się łamię. A przecież nie mogę sobie na to pozwolić! Zastanowiłem się przez chwilę… Może to właśnie presja, że Sasori na mnie czeka sprawia, że nie potrafię myśleć?
Nagle mnie olśniło. Przypomniałem sobie wcześniejsze eksperymenty oraz trucizny i lekarstwa, w których grzebała Karin. Mogą mi się przydać, chociażby w eliminacji potencjalnych przeciwników. Nie miałem pojęcia, czy byłbym w stanie zaatakować Sasuke i go uraczyć środkiem usypiającym, jednak mimo wszystko, pobiegłem z powrotem do kryjówki i jak najciszej umiałem, wkradłem się do laboratorium ze zbiornikiem.
Znajdujący się w naczyniu białowłosy chłopak od razu mnie zauważył, jednak przerwał swój zamiar odezwania się do mnie, gdy przyłożyłem sobie palec do ust na znak, by nic nie mówił. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Facet nadzorujący pomieszczenie musiał siedzieć w pokoju z dokumentami. Podszedłem do szafki ze strzykawkami i zacząłem wkładać sobie po Kika sztuk do obu kieszeni fartucha.
- Nie chcę nic mówić – Odezwał się Suigetsu najcichszym, na jaki go było stać, głosem – Ale nie wydaje mi się, byś pracował dla Orochimaru.
Nic na to nie odpowiedziałem. Wolałem się zbytnio z niczym nie zdradzać, nawet przed więźniem… Właśnie! Więźniem! Spojrzałem zdumiony na chłopaka, który wydawał się być jeszcze bardziej zdziwiony moim spojrzeniem.
A gdybym tak… Wywołał małe zamieszanie? Karin wspominała coś wcześniej o niejakim Juugo… Może on mi się przyda? Gdybym zajął czymś większość ludzi z tej siedziby… Tylko czy nie planowałem tego przypadkiem na koniec? Nie, nie mogę tego zrobić, nie teraz… Muszę zrobić to, co planowałem wcześniej.
Było to dość ryzykowne, ale nie miałem wyjścia. Muszę wspiąć się tak, by dotrzeć do okna należącego do drugiego laboratorium. Spojrzałem raz jeszcze na zbiornik.
- Jeszcze do ciebie wrócę – Zapewniłem chłopaka, po czym wyszedłem z pomieszczenia. Szedłem w stronę wyjścia, gdy podtrzymały mnie głosy wydobywające się z niedaleka. Szybko za nimi podążyłem, starając się brzmieć jak najciszej.
Rozmowa odbywała się w pokoju na końcu holu, tuż przy schodach, za którymi się od razu schowałem.
-… Dlatego prosiłbym was o rozejście się do swoich pokoi – Usłyszałem zza pokoju, głos należał do jakiegoś faceta – Myślę, że doskonale wiecie, jak ważna jest wasza jutrzejsza misja. No! Już zapraszam do wyjścia!
Po tych słowach właściciel, do którego należał ten głos, opuścił pomieszczenie. Był to dość młody mężczyzna o siwych, średniej długości włosach upiętych w niedbały kucyk. Na czole miał nałożoną opaskę z symbolem swojej wioski, zaś na twarzy ogromne okulary, zza których można było zobaczyć czarne oczy. Jegomość był wyraźnie rozeźlony, prawdopodobnie ciągłym upominaniem pozostałych podwładnych wężowatego.
- Ej, Kabuto! – Ku mojemu zdziwieniu, z pokoju wyszedł Kimimaro – Weź daj na wstrzymanie, będziemy jutro w formie!
- Nie ma mowy! – Ów Kabuto wyraźnie nie dawał za wygraną – Wy pijecie alkohol! Jak potem chcecie funkcjonować na jutrzejszej misji?! Jazda! Wylejcie to świństwo i idźcie spać!
- Ehh…- Kaguya westchnął i spojrzał w głąb salonu – Dobra, niech ci będzie. Ludzie, weźcie wszystko z salonu! Zbieramy się!
- Jaa pierdolę… - Zza pokoju rozległy się pełne rezygnacji i ubolewania jęki. Po chwili w korytarzu pojawił się komplet Szóstki Dźwięku. Każdy z nich miał w ręku butelkę bądź puszkę piwa.
- Serio, mógłbyś raz pozbyć się bólu dupy i się nie wtrącać – Warknęła Tayuya, z całej siły depcząc stopę Kabuto, na co ten aż krzyknął z bólu.
- Ty mała… - Syknął, masując obolałe miejsce. Dopiero wtedy spostrzegłem, że facet ma na sobie kapcie.
- Tayuya, odpuść – Mruknął do dziewczyny Kido. Odciągając ją od nieszczęśnika.
- Właśnie, nie masz co wściekać się na tego fiuta – Poparł go Sakon – I tak się kiedyś doczeka…
- Sakon! – Obruszył się Jirobo – Wyrażaj się przy dziewczynie! A ty Tayuya, powinnaś zachowywać się bardziej kobieco!
- Stul pysk – Fuknęła na niego flecistka.
- Czyli chcecie powiedzieć, że sobie dziś nie zajaram…? – Marudził Ukon, patrząc z bólem na trzymanego w dłoni skręta.
- Zgaś go – Rozkazał mu okularnik. Młodszy niebiesko włosy wywrócił na to oczami i upuścił jointa na podłogę, po czym go rozdeptał. W tym czasie jego starszy brat wrócił się do salonu, by przynieść mu szczotkę i szufelkę.
- Ok, jak już wszyscy są, to ciśniemy to wylać i idziemy do wyra – Zarządził Kimimaro. Wszyscy poszli w stronę najbliższej toalety, po czym każde z nich rozeszło się w swoją stronę, co zmusiło mnie do tego, by bardziej wcisnąć się pod schody. Gdy moi kumple na dobre zniknęli, obserwujący ich cały czas pinglarz, westchnął ze zmęczenia.
- Cholerne bachory… - Burknął pod nosem, po czym zaczął iść w sobie znanym kierunku. Zmarszczyłem brwi. Fakt, iż wydawał polecenia moim kumplom musi oznaczać, że ma on jakąś istotną pozycję w tej wiosce. Nie wiedziałem tylko, jak ważną, dlatego postanowiłem go śledzić.
Przeskakiwałem z jednego miejsca na drugie, z jednej strony korytarza na drugą. Chowałem się za każdym kwiatkiem, stolikiem i innym przedmiotem mogącym mnie zasłonić, co bardzo pomagało, bo okularnik co jakiś czas się odwracał.
W ten sposób znaleźliśmy się na trzecim piętrze. Ukryłem się za jakąś szafą, obserwując jak Kabuto podchodzi do pożądanego przeze mnie miejsca. Co jakiś czas rozglądałem się jednak na boki by upewnić się, że nie ma nigdzie Sasuke. Siwowłosy wyjął z kieszeni spodni pęk kluczy, szukając tego odpowiedniego. W tym czasie postanowiłem ulepić z gliny moją najcichszą bombę…
- Oj, zapomniałbym… - Mruknął niespodziewanie mój cel, zaś ja spanikowałem. Kurde, nie tak to zaplanowałem, jeśli się teraz zawróci, zobaczy mnie…
Już miałem ostrożnie się cofnąć, gdy…
- Hej, ty, nie wolno ci wchodzić na to piętro – Usłyszałem i z trwogą spojrzałem na okularnika, patrzącego na mnie surowym wzrokiem.
- Ja… Tak, przepraszam, zapomniałem o tym – Powiedziałem szybko.
- Jesteś nowy wśród naukowców? Nie kojarzę cię – Czterooki przyglądał mi się podejrzliwie.
- Ee, tak, uczestniczyłem dziś w badaniach z Karin, przyprowadził mnie do niej… – Zawahałem się, próbując sobie przypomnieć imię typa, którego napoiłem wódką – Gihei, tak, Gihei…
- Hmm, no tak, coś było wspomniane, że udzielał lekcji jednemu z rekrutów – Uspokoił się nieco mój rozmówca – No dobrze, to skoro tu jesteś, przedstawię ci się. Mam na imię Kabuto Yakushi. I jako pierwsz miałbym do ciebie pewną prośbę. W laboratorium, w którym już dziś byłeś jest taca, na której przygotowane są lekarstwa. Mógłbyś mi ją dać?
- Oczywiście, a dla kogo są te lekarstwa? – Zainteresowałem się.
- To ciebie nie dotyczy – Odrzekł sucho Kabuto – To co, idziesz po to?
Przytaknąłem i posłusznie zszedłem na dół, klnąc pod nosem na kolejną pojawiającą się przeszkodę. Cholera, a mogło być tak pięknie…
Jak się okazało, sytuacja się pogorszyła, gdyż w laboratorium pojawiły się dwie dodatkowe osoby pilnujące zbiornika. Podszedłem do tacy, biorąc ją w ręce.
- Hej, ty! – Usłyszałem i gdy tylko odwróciłem głowę, by spojrzeć do kogo to było, moje ramię już ściskał facet, z którym uczestniczyłem dziś w badaniach, a którego imienia nie zapamiętałem – Gdzie z tym idziesz, nowy?
- Kabuto prosił, bym mu to zaniósł – Odrzekłem natychmiast – Nie wiem, czy to dla niego czy chce komuś…
- Pan Yakusshi, jak już – Wycedził mężczyzna – Będzie trzeba cię nauczyć szacunku, młody… Ale w porządku, możesz iść.
Wyszedłem więc, czując na sobie świdrujące spojrzenie Suigetsu. Biedak pewnie nie tego się spodziewał, gdy powiedziałem mu, że jeszcze do niego wrócę. Na szczęście miałem plan, jak mu to wynagrodzić.
Wszedłem z powrotem na trzecie piętro i wręczyłem czekającemu na mnie okularnikowi tacę.
- Bardzo ci dziękuję – Powiedział, jakby z ulgą w głosie – Nie wiem, co by się stało, gdybym o nich zapomniał… Tak w ogóle to jak ci na imię?
- Doi, po prostu Doi – Powiedziałem obojętnie, modląc się w duchu o to, by w końcu otworzył to cholerne drugie laboratorium.
- Dobrze, Doi, zapamiętam. Już ci się wcześniej przedstawiłem, ale dodam jeszcze, że jestem prawą ręką Pana Orochimaru. Pewnie słyszałeś o mnie od Karin. – Odrzekł siwowłosy.
- Tak, oczywiście – Skłamałem, ożywiając się nieco. Już wiedziałem, kto „pomoże” mi zrealizować całą misję. W prawdzie domyśliłem się tego wcześniej, gdy zobaczyłem u niego te klucze, jednak teraz mam na to niepodważalny dowód.
- Wybacz, że byłem wcześniej dla ciebie taki szorstki. Po prostu któryś raz już z kolei upominam moich ludzi, by nie wchodzili na to piętro – Wytłumaczył się – Mam nadzieję, że to rozumiesz i również będziesz się stosował do tej zasady.
- Pewnie, już stąd uciekam – Przytaknąłem, poklepałem po plecach i szybko się oddaliłem, ignorując jego protesty na „takie spoufalanie się z wyżej postawionym”. Zszedłem aż na sam parter, po czym odczekałem chwilę i znów wszedłem na zakazane piętro. Czekałem ukryty w szafie przy drugim laboratorium. Musicie wiedzieć, że gdy dotknąłem pleców naszego „kolegi”, to umieściłem z tyłu jego kołnierza malutki nadajnik, dzięki któremu dowiem się do kogoż to niesie leki. W prawdzie miałem już swoją teorię na ten temat, jednak wolałem ją potwierdzić.
Nie czekając ani chwili dłużej, włączyłem urządzenie i przez chwilę słuchałem jego kroków, trzymając w gotowości notatnik i długopis. Po chwili moich uszu dobiegł dźwięk otwieranych drzwi.
- Przepraszam za spóźnienie, panie Orochimaru – Moich uszu dobiegł głos okularnika. Na wspomnienie imienia wężowatego serce przyspieszyło mi z przejęcia. Trafiłem! – Jestem dziś kompletnie zakręcony, w dodatku pańscy ulubieńcy dają mi popalić…
- Nie szkodzi – Odrzekł mu wężowaty. Na dźwięk jego głosu przeszły mnie ciarki, wciąż jednak zapisywałem każde wypowiedziane przez dwójkę mężczyzn zdania – Powiedz mi tylko… Jak idą postępy w treningu Sasuke?
- Jak na razie jest dobrze – Powiedział Yakushi – Wciąż twierdzi, że jest zbyt słaby by dorównać Itachiemu.
Na to oświadczenie zmarszczyłem brwi w zdziwieniu. To chyba dla niego źle, że nie może dogonić brata, czyż nie? Czemu ten głupi okularnik tak się z tego cieszy? Coś mi się nie zgadza…
- Dobrze, czyli wciąż mam szanse przejąć sharingana – Podsumował sannin, chichocząc złośliwie – Póki jest słaby, mogę wiele zrobić.
- Przypominam, że pana stan na to nie pozwala – Odezwał się siwowłosy, a w jego głosie słychać było niepokój.***
- Spokojnie, nie mówiłem tego na serio – Mruknął wężowaty – Jednak zdobycie ciała chłopaka to tylko kwestia czasu. Sądzę, że gdy odzyskam swoje własne ciało, to będę w stanie poskromić dzieciaka. Czuję, że wkrótce to nastąpi.
Na to zdanie po raz kolejny się zdziwiłem. Nowe ciało? To znaczy, że nie wygląda już tak, jak mi opisał Sasori?
- A właśnie, tak się zagadaliśmy, że zapomniałem panu dać lekarstwa – Zreflektował się Kabuto. W słuchawce przez chwilę panowała cisza, w której to chłopak podawał swojemu mistrzowi odpowiednie piguły. Aż żałowałem, że nic nie dodałem do szklanki z wodą, ale to może i dobrze, że tego nie zrobiłem – A nawiązując do pana wypowiedzi, to myślę, że się z panem zgadzam. To już trzy lata, odkąd jest pan w innym ciele. Jak dotąd, nie miał pan z nim żadnych problemów?
- Nie, całkiem dobrze się przyjęło – Stwierdził Orochimaru – Jednak jego czas dobiega końca, nie mogę się doczekać, aż wrócą mi siły i nareszcie odstawię te paskudne leki. Jestem nimi już tak zmęczony…
- Proszę jeszcze trochę wytrzymać – Polecił mu czterooki – A teraz zalecam panu odpoczynek, jest już tak późno…
- Tak, masz racje – Zgodził się wąż.
- Dobranoc panu – Mruknął Yakushi, po czym wyszedł. Schowałem pospiesznie notatnik i długopis, czując ulgę, że nie muszę dłużej pisać… Przynajmniej przez chwilę. Teraz pozostaje mi tylko czekać na mój cel. Swoją drogą, ciekawe, kiedy on kładzie się spać… Zresztą, co mnie to.
Kroki zbliżającego się okularnika stawały się coraz wyraźniejsze. Uchyliłem delikatnie drzwi od szafy i sięgnąłem dłonią po glinę, tym razem pajączek faktycznie został przeze mnie ulepiony. Miał zaledwie pięć centymetrów. Gdy okularnik przeglądał klucze, nakazałem mej rzeźbie iść w kierunku mężczyzny. W końcu nadeszła chwila prawdy, drzwi od tajemniczego pokoju zostały otwarte! Delikatnie wysunąłem się z garderoby, starając się nie hałasować.
Korzystając z okazji, iż siwowłosy nie zamknął za sobą drzwi (ostrożność pierwsza klasa!), cichutko a nim wszedłem. Podczas gdy on stał do mnie tyłem, przeglądając coś w papierach, ja uformowałem z dłoni odpowiednią pieczęć, czyli dwa palce, które przyłożyłem sobie do ust.
- Katsu – Szepnąłem. Na efekt tego „zaklęcia” nie musiałem czekać długo. Wybuch był natychmiastowy, na szczęście również nie na tyle głośny, by usłyszała go reszta budynku.
Już miałem ruszyć do biurka, gdy spostrzegłem, że kaszlącemu i oszołomionemu mężczyźnie nic nie jest.
- O kurwa – Powiedziałem, na co ten od razu na mnie spojrzał oczami pełnymi od dymu łez. Jego twarz, w jednej sekundzie ze zdumienia przerodziła się w złość.
- Wiedziałem, że z tobą jest coś nie tak – Syknął. Błyskawicznie porwałem wszystkie zwoje i wybiegłem na korytarz. Gdy już miałem uciekać, zostałem gwałtownie powalony na ziemię.
- Myślisz, że mi uciekniesz?! Oj, nie ma tak łatwo – Wysapał okularnik. Podczas gdy on trzymał mnie w coraz słabnącym uścisku, ja zdążyłem wyjąć z kieszeni fartucha truciznę i spróbować wstrzyknąć mu ją w ramię, jednak ten błyskawicznie się cofnął, co pozwoliło mi obrócić się na drugą stronę i kopnąć go w twarz. Niestety jednak jego zamroczenie długo nie trwało i znów rzucił się z łapami, by mnie chwycić, ja jednak uparcie nie dałem za wygraną i tym razem nie pozwoliłem mu choćby na dotknięcie mnie palcem. W końcu złapałem go za szyję i już miałem przycisnąć go do ściany, gdy ten walnął mnie kolanem w brzuch. Zatoczyłem się, Kabuto spróbował mnie kopnąć w głowę, jednak zrobiłem unik. Na to już miał zamiar ponownie mnie zaatakować, jednak stało się to, czego nie spodziewałem się nawet w najskrytszych oczekiwaniach.
Niespodziewanie ciało Yakushiego zostało unieruchomione przez masę białych węży, zaś jego oczy zostały przysłonięte przez jednego z nich. Postanowiłem wykorzystać tę okazję, by podbiec do delikwenta i wstrzyknąć mu w szyję środek na pamięć oraz na sen.
Facet natychmiast się osunął na ziemię, zaś węże zaczęły go puszczać i sunąć w głąb mrocznego korytarza, za drzwiami laboratorium, ginąc w ciemności.
Przez chwilę stałem w miejscu jak debil, usiłując zrozumieć, co się stało. Czemu te gady mi pomogły? I czy zrobiły to z własnej woli?
Na odpowiedzi nie musiałem czekać długo, ponieważ chwilę po tym wydarzeniu usłyszałem zbliżające się kroki. Wstrzymałem oddech, po czym wydałem lekki okrzyk zdziwienia, gdy zobaczyłem, kim był mój wybawca.
- Na co się gapisz? – Skrzywił się Sasuke – Pospiesz się i właź z powrotem do gabinetu! Sprawdź raz jeszcze, czy wszystko wziąłeś.
Uniosłem brwi, jednak nic nie powiedziałem, tylko posłusznie wykonałem polecenie.
Będąc już w laboratorium, przejrzałem to, co zabrałem, po czym wziąłem jeszcze kilka zwojów o bardzo ciekawych tytułach, takich jak „przyszłość”, „wskrzeszenie”, „Sasuke”, „Wioska Liścia” i wiele innych… Czyli jednak dobrze, że się wróciłem.
Wychodząc z pokoju, spostrzegłem, że młodszy Uchiha cały czas jest na korytarzu i obserwuje mnie tymi swoimi oczyma.
- Tak właściwie… To czemu mi pomagasz? – Chciałem wiedzieć.
- Jeśli wszedłeś na to piętro, coś kazało mi myśleć, że nie jesteś stąd – Odrzekł czarnowłosy – A skoro wysłano cię do przeszpiegów u Orochimaru, musisz działać w dobrym celu.
- No… Tak – Wydukałem, zastanawiając się, co on tak właściwie powiedział. – Ale czekaj, czegoś tu nie rozumiem. Wiele osób próbowało kręcić się wokół tego piętra… No i właściwie to czemu ty na nim jesteś? I co masz na myśli? Czy przypadkiem sam nie pracujesz dla Orochimaru?
- Po pierwsze, mam tu pokój – Oznajmił młodszy Uchiha – Po drugie, nie mam zamiaru zdradzać byle komu swoich motywów. Po za tym, z tego co mi się wydaje, to nie jesteś przypadkiem zajęty?
- Ee… Tak, wybacz, spieszy mi się – Powiedziałem i natychmiast zacząłem się oddalać – Jeszcze raz dzięki za pomoc!
Szybko zszedłem na parter i jak najprędzej skierowałem się w stronę laboratorium ze zbiornikiem. W końcu przyszedł czas na partyzantkę…
Do Sali wszedłem jak gdyby nigdy nic. Kilkoro naukowców, z którymi dziś spędzałem czas, była tak zajęta swoimi sprawami, że nawet nie zauważyli że wchodzę do pomieszczenia z dokumentami.
Jak się jednak okazało, nie była ona całkowicie pusta, bo siedział w niej jeden z lekarzy. Gdy tylko mnie zobaczył, gwałtownie wstał z krzesła.
- Co ty tu…?! - Z pewnością miał już zacząć wypytywać o powód mojej obecności w tak ważnym pomieszczeniu, jednakże w błyskawicznym tempie chwyciłem go za kołnierz i wstrzyknąłem w niego truciznę. Kiedy miał osunąć się na ziemię, w porę go złapałem i umieściłem na krześle, po czym zacząłem przeglądać dokumentację eksperymentalną (jak i medyczną dotyczącą Orochimaru). Wziąłem wyniki badań z dzisiaj na temat pieczęci, oraz odszukałem tę o kończynach Suigetsu. Znalazłem jakąś teczkę i schowałem w nią kartki, następnie całą zawartość (tj, teczkę) umieściłem w plecaku.
Wyszedłem z pomieszczenia i znów znalazłem się w laboratorium, na wszelki wypadek chowając się za jakimiś szafkami. Popatrzyłem chwilkę na zbiornik, po czym zacząłem szukać wzrokiem odpowiedniego urządzenia, które mogłoby go otworzyć, aż mój wzrok nie natrafił na tablicę z dość sporymi guzikami i dźwignią. Sięgnąłem dłonią do mojej twarzy, a konkretnie do oka, w którym miałem zamontowany celownik optyczny i przybliżyłem nieco obraz, by sprawdzić ikonki, których się dopatrzyłem się na urządzeniu. Tak, tak jak myślałem, była to instrukcja mówiąca o tym, jak otworzyć zbiornik. Wyszedłem więc z ukrycia i jak gdyby nic zacząłem spacerować po całym pomieszczeniu, niby przypadkiem przystając przy tabeli. Ująłem lekko dźwignie i położyłem delikatnie dłoń na guziku.
- Hej! Co Ty robisz?! – Zapytał nagle jeden ze znanych mi facetów, na co wszyscy zebrani spojrzeli na mnie. Postanowiłem dłużej nie zwlekać i nie czekając na ich reakcje, pociągnąłem za dźwignie, co spowodowało, że jeden z naukowców próbował mnie powstrzymać, co zmusiło mnie do uderzenia go z łokcia w twarz ,po czym i nacisnąłem guzik. Na efekty długo nie musiałem czekać, zbiornik zaczął otwierać się od góry.
- Mam szczęście! – Krzyknął uradowany Suigetsu, płynąc ku wyjściu, zaś ja rzuciłem się do ucieczki, co zrobiło zresztą kilku innych facetów. I słusznie. Całe pomieszczenie zostało zalane wodą. Mężczyźni stracili przytomność, zaś ja, nie bacząc na przemoczenie, zacząłem biec ile sił, pozbywając się po drodze przemoczonego fartucha, nakrycia głowy oraz rękawiczek.
„Całe szczęście, że plecak jest wodoodporny”, pomyślałem w biegu.
- Pozwoliliście Suigetsu uciec?! – Usłyszałem w oddali głos przerażonej Karin, nie przystawałem jednak, by dowiedzieć się z kim rozmawiała (być może z głównym naukowcem, którego nie widziałem na Sali), w tamtym momencie liczyło się dla mnie już tylko zakończenie tej cholernej misji.
Nie wiedziałem nawet jakim cudem znalazłem się na zewnątrz. Gdy jednak już tam byłem, wziąłem kilka głębszych wdechów i wydechów. Powlokłem się zmęczony do drzewa, przy którym wcześniej rozpoczynałem całą tę szopkę i zdjąłem spodnie lekarskie, zastępując je własnymi, to samo uczyniłem z butami. Już miałem wspiąć się na konar, gdy moją uwagę przykuł stojący nieopodal Sasori.
- Mistrzu… Co ty tu robisz? – Wydukałem.
- Nie odzywałeś się większość czasu, toteż pomyślałem, że zacznę cię szukać – Lalkarz podszedł do mnie – Co tak długo?
- Zaraz ci wszystko opowiem, ale najpierw spadajmy stąd, mam dość – Jęknąłem. Mój towarzysz od razu mi przytaknął. Przywołałem wielkiego ptaka, po czym wskoczyłem na niego wraz z lalkarzem.
W końcu opuściliśmy wioskę Dźwięku.
*.*.*
Było grubo po północy, gdy dotarliśmy do wioski Deszczu. Mimo wszystko, wcale nie było tak źle. Wraz z marionetkarzem, zadecydowaliśmy że raport i inne dokumenty złożymy u liderka jutro.
Tak jak obiecał mi mój partner, dzisiejszej nocy również mogłem u niego spać. Podczas gdy on majstrował przy swoich lalkach, ja siedziałem wygodnie w fotelu, przeglądając swój dziennik, konkretnie „dekalog”. Eh, gdyby tylko dowódca wiedział, ile ja zasad złamałem, to byłby w szoku… No, konkretnie dwie, wiec może nie jest tak źle? Eh, co ja gadam... Nie dość, że mam na boku romans z Itachim, osobą, która ma być moim towarzyszem broni, to jeszcze kumpluję się z ludźmi z Dźwięku, których powinienem dawno zabić.
A propo Dźwięku… Co Sasuke miał na myśli, pomagając mi? Jego wyjaśnienie było zbyt ogólnikowe. W końcu jest on obecnie jednym z ludzi Orochimaru, nie powinien on zatem mu pomagać? Czyżby jednak wcale nie wyrzekł się swojej wioski, przyjaciół, których by może tam ma?
Ciekawi mnie również, co się stało z Suigetsu. Czy uciekł w porę? Gdy wybiegałem z laboratorium, minąłem się z nim, pobiegł w swoją stronę, podwędzając spodnie jakiemuś doktorkowi. Pamiętam, że posłał mi wtedy wdzięczny uśmiech. Szkoda, że więcej z nim nie mogłem pogadać.
No nic, czas się przespać. Ciekawe, co będzie za kilka godzin…
***
Na szczęście noc przebiegła dobrze i znów przespałem u Sasoriego całą noc. Gdy tylko otworzyłem oczy, wyciągnąłem wszystkie kończyny, by móc je wyprostować.
- Wyspałeś się? – Usłyszałem znajomy głos. Podniosłem się na łokciach i przetarłem zaspane oczy.
- Dzień dobry, mistrzu – Mruknąłem – Tak, myślę, że jestem wypoczęty.
- Skoro tak, to ubierz się i ruszamy do gabinetu Paina – Zarządził czerwono włosy. Przytaknąłem i posłusznie zrzuciłem z siebie piżamę, zastępując ją cywilnymi ubraniami, na które nałożyłem płaszcz.
- Zanim pójdziemy, chciałbym jeszcze umyć zęby, zostawiłem pastę i szczoteczkę w swoim pokoju. Nie masz nic przeciwko, bym tam skoczył? – Powiedziałem do marionetkarza prosząco.
- W porządku, zejdziemy na twoje piętro – Zgodził się Akasuna – Tylko tym razem się pospiesz! Nie mam zamiaru czekać na ciebie tak długo jak wczoraj!
- O to się nie martw – Zapewniłem z uśmiechem. Zeszliśmy więc na stopień, w którym znajdował się mój pokój. Szybko do niego wszedłem, po czym jak najszybciej obmyłem twarz, zabierając się następnie za szorowanie zębów, przeczesałem też szybko włosy. Jeśli już miałem iść do liderka, to wolałem jakoś wyglądać, mimo to starałem się jak najszybciej uwinąć. Po skończeniu wszystkich czynności, szybko wyszedłem na korytarz.
- Możemy iść – Zakomunikowałem swojemu partnerowi.
- W końcu – Westchnął lalkarz. Zaczerwieniłem się z zażenowania. Chyba nigdy nie będzie zadowolony z mojego pośpiechu.
Będąc już na przedpokoju, gdy zakładaliśmy buty, przypałętali się do nas Hidan i Kakuzu.
- No? Jak misja w DŹWIĘKU? – Zapytał ten pierwszy śląc mi porozumiewawcze spojrzenie.
- Później wam opowiemy, na razie idziemy zdać ten zasrany raport – Mruknął lalkarz.
- Twoja mina wskazuje, że nie jesteś w humorze – Zauważył Kakuzu, przyglądając się mojemu mistrzowi.
- Eh, to moja wina – Odezwałem się – Ale szczegóły omówimy później.
- Ale niczego nie zawaliliście? – Upewnił się skarbnik.
- Nie, to nie to… Zresztą nie ważne już – Marionetkarz machnął niedbale ręką – Deidara, idziemy.
Wyszliśmy z siedziby, by skierować się do gabinetu Paina, znajdującego się w innej części budynku. Weszliśmy na salę zebrań, po czym wspięliśmy się po schodach, aż nie znaleźliśmy się na piętrze, na którym znajdowało się biuro liderka. Zapukaliśmy do niego, otrzymaliśmy pozwolenie na wejście i zaczęło się zdawanie raportu.
Jak możecie się domyślić, to ja byłem głównym zdającym cały przebieg wydarzeń w wiosce Dźwięku. Opowiadałem o moim przebraniu, upiciu jednego z naukowców, eksperymentach, Suigetsu, pomocy Sasoriego, nowym wyglądzie Orochimaru, moich trudnościach w zbieraniu planów wężowatego, pokazywałem własne zapiski…
W tym czasie Sasori, podobnie jak liderek, przysłuchiwał mi się uważnie. Wyraz jego twarzy sugerował, że coraz bardziej rozumie, czemu kazałem mu na siebie czekać i zdawał się być coraz mniej zły.
- Koniec koców jak zdobyłeś te plany? – Chciał wiedzieć koczykowany. Stojąca obok niego Konan patrzyła na mnie z zainteresowaniem.
- Cóż… Zdarzyło się coś, czego w ogóle nie planowałem – Skrzywiłem się – Po rozmowie z Orochimaru okularnik skierował się do drugiego laboratorium, miałem wtedy okazję tam wejść, próbowałem go zaatakować poprzez swoje bomby, niestety to nie wypaliło i zacząłem się z nim szamotać. Całą sytuację przerwał jednak… Młodszy brat Itachiego, który mi pomógł.
- Słucham? – Lider uniósł brwi, zszokowany. Lalkarz i niebiesko włosa również byli w ciężkim szoku – Co masz na myśli mówiąc, że ci pomagał?
- Sam nie wiem – Westchnąłem – Kiedy szarpałem się z Kabuto, Sasuke nasłał na niego swoje węże, to pewnie umiejętność, której się nauczył będąc pod okiem Orochimaru. Mogłem wtedy swobodnie uśpić jego przydupasa. Gdy pytałem Sasuke go o powód pomocy mi, powiedział, że nie zdradza swoich motywów byle komu. Wydaje mi się jednak, że nie jest do końca lojalny wobec naszego węża.
- Hmm… Ciekawe – Mruknął rudowłosy – Istnieje więc możliwość, że w bracie Itachiego mamy pseudo-sojusznika, który nie zdaje sobie sprawy, że może obrócić sprawy na naszą korzyść. Prawdopodobnie planuje zgładzić naszego wroga. A skoro sam Orochimaru jest tak słaby, z pewnością wkrótce mu się to uda. Dajcie mi zwoje i papiery, które zebrałeś, Deidara.
Zrobiłem posłusznie, co mi kazał.
- Coś jeszcze się działo? – Chciał wiedzieć dowódca, przeglądając zawartość teczki.
- Tak, na koniec zrobiłem dobry uczynek i uwolniłem Suigetsu ze zbiornika – Odrzekłem – Nie wiem, czy uciekł czy ponownie go złapali. Potem wróciłem do mistrza Sasoriego.
- Dobrze. Wobec tego pozwólcie mi na jedną rzecz – Powiedział Pain – Misja, na którą poszliście, posiada aspekty, które mogą zainteresować Itachiego oraz Kisame, dlatego mam zamiar zapoznać ich z tym, co się tam działo.
- Nie mam nic przeciwko – Mruknął Akasuna.
- Ja też nie – Odrzekłem – Ale nie rozumiem jednej rzeczy. Wiem, że Itachiego mogłoby zainteresować to, do czego doszło pomiędzy mną a jego bratem, ale o ma do tego Kisame?
- Sam wspomniałeś, że jednym z więźniów był Suigetsu – Odparł lider – A musisz wiedzieć, że Kisame był dawniej jego nauczycielem****, także ma prawo wiedzieć.
- A, no rozumiem – Powiedziałem, lekko zdumiony – To znaczy… Że uwolnimy Suigetsu któregoś dnia?
- Przypomnij sobie raz jeszcze nasze zasady – Ton głosu szefuńcia nieoczekiwanie przybrał chłodniejszą barwę – Zapamiętaj, że po dołączeniu do Akatsuki kontakty z osobami z rodzinnych wiosek są zabronione, także nie, nie będziemy się w to mieszać. Jeśli chłopak będzie miał szczęście, to sam się uwolni.
- Oh, rozumiem – Zgodziłem się, po czym dodałem – Ale znowu czegoś nie rozumiem. Skoro Orochimaru chce tego samego, co my, czyli zniszczyć i opanować wioskę Liścia, to dlaczego z nim walczymy? Nie możecie się pogodzić?
- Wykluczone – Warknął kolczykowany, wyraźnie rozgniewany tym pytaniem – Po za tym… Skąd ci się wzięło, że walczymy o to samo? W odróżnieniu od niego, my chcemy POKOJU na CAŁYM świecie. A on? Jedyne, co go interesuje, to zemsta za niewiadomo co oraz lek na nieśmiertelność. Nasze cele nie są ANI TROCHĘ podobne.
- No tak, rozumiem, przepraszam – Spuściłem głowę ze wstydu.
- To już koniec waszego raportu, czy macie coś jeszcze do dodania? – Chciał wiedzieć lider.
- Nie, skończyliśmy – Powiedziałem.
- W takim razie wracajcie do swoich zajęć – Nakazał dowódca.
Wyszliśmy wraz z mym partnerem na korytarz, po czym zeszliśmy po schodach, aż nie znaleźliśmy się na Sali zebrań, lądując ostatecznie na dworze.
- Aleś dał dupy z ty, ostatnim pytaniem – Odezwał się Sasori – Dosłownie czułem, że umieram w środku. Szkoda, że faktycznie nie zszedłem z tego świata.
- No co? Skąd mogłem wiedzieć, że to takie oczywiste? – Obruszyłem się – To chyba dobrze, że zapytałem. Przynajmniej teraz wiem, nie?
- Mimo wszystko powinieneś bardziej pomyśleć – Westchnął lalkarz – Dobra, ja spadam do pokoju popracować.
- Idę w twoją stronę, potowarzyszę ci – Mruknąłem.
- Chcesz o czymś ze mną jeszcze pogadać? – Zdziwił się czerwono włosy.
- Nie, chciałem omówić wszystko z Hidanem – Powiedziałem.
W końcu znaleźliśmy się w środku siedziby. Od razu skierowałem się do salonu, w którym zastałem mojego kumpla, siedzącego wygodnie w fotelu i czytającego księgę dotyczącą jego religii. Gdy mnie zobaczył, od razu się wyszczerzył.
- I? Jak tam raporcik? – Zapytał.
- Eeh, szkoda gadać – Sapnąłem, opadając na sofie. Zacząłem opowiadać mu to samo, co mówiłem liderkowi. Czyli przebieg misji. Słuchający mnie siwowłosy ani razu mi nie przerwał, przyglądając mi się z zaciekawieniem.
- Z tego wszystkiego, powiem szczerze, jedną z rzeczy, która bardzo mnie interesuje jest braciszek Uchihy – Skomentował, gdy skończyłem mówić – Czemu on ci pomógł?
- Przecież mówiłem, że nie wiem – Westchnąłem – Sam powiedział, że nie zamierza mi nic zdradzać. Jedyne, co mi się nasuwa na myśl, to to, że nie do końca trzyma stronę Orochimaru.
- Ciekawie by było, gdyby do nas dołączył, nie sądzisz? – Zachichotał jashinista.
- Wątpię, by liderek się na to zgodził, po za tym on nienawidzi swojego brata – Przypomniałem mu.
- Oj, tak się zgrywam – Mój kumpel znów wyszczerzył zęby w uśmiechu. Popatrzyłem przez chwilę na niego, nic nie mówiąc.
- Czy mi się wydaje, czy odpuściłeś sobie szukanie Ai? - Zapytałem.
- Zgłupiałeś? Oczywiście, że nie – Prychnął siwowłosy – Będę jej wypatrywał na każdej misji, jaka zostanie mi przydzielona. Liderek nie pozbędzie się mnie tak łatwo…
- Mogłem się tego domyślić – Westchnąłem – Tylko czemu tak bardzo zależy ci na znalezieniu jej?
- Chcę wiedzieć, co zamierza osiągnąć, niszcząc plany tej organizacji – Oświadczył Hidan, na co uniosłem brwi – I jeśli to możliwe, odwieść ją od tego. Chcę porozmawiać z nią i wytłumaczyć jej, że nie opuszczę Akatsuki, choćby błagała na kolanach.
- Ja myślałem, że chodzi ci o to, by przekonać liderka, by do nas dołączyła – Przyznałem.
- On tak myśli, ja wiem swoje – Stwierdził siwowłosy – Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie mogę liczyć, że znajdzie się ona w naszych szeregach. Nie wiem nawet, czy bym tego chciał, a zakaz choćby jednej rozmowy z nią… Sam powiedz, zgadzasz się z tym?
- Nie, jeśli chcesz od niej tylko tego…- Zastanowiłem się, po czym posmutniałem – … to zachowanie liderka naprawdę jest okrutne.
- No nie? – Zgodził się ze mną jashinista. Pogadaliśmy jeszcze chwilkę na ten temat, po czym przeszliśmy do innych rzeczy.
Jak się okazało, zapomniałem o własnych urodzinach. Wszyscy, którzy byli w organizacji, złożyli mi życzenia, wieczorem opijaliśmy tę okazję przy różnych trunkach, skromnie.
- To mówisz, Deidara, że masz już dziewiętnaście lat – Zagaił Kakuzu, wlewając mi szampana do kieliszka. W salonie siedzieli wszyscy (prócz liderka) obecni członkowie Akatsuki.
- Eh, tak, dziwnie mi z tym – Przyznałem – Ani trochę nie czuję się dorosły, nawet jeśli minął już rok od osiemnastki.
- To normalne, przyzwyczaisz się – Uśmiechnęła się Konan.
- No… To zdrowie! – Skarbnik wzniósł toast, po czym wszyscy ci, co byli do tego zdolni, upili łyk wspomnianego już szampana. Rozejrzałem się ukradkiem. W salonie prócz anielicy oraz bankiera był jeszcze Hidan, Sasori, Zetsu, Sun Jing, Qiu Tong oraz Fuu. Tobiego nigdzie nie widziałem, zaś pozostała dwójka była na misji. Pogadałem troszkę z każdym, po czym wyszedłem na zewnątrz.
Mimo swojego święta, było mi niesamowicie… Smutno? Nieswojo? Nie umiałem określić uczucia, jakie mnie ogarnęło. Poszedłem do znanego mi bajorka z kolorowymi rybkami. Oparłem się o poręcz, wpatrując się w wodę. Nagle przy moim boku pojawił się jashinista.
- Co jest? – Zagaił – Czemu wyszedłeś?
- Chciałem… Nie wiem, pomyśleć nad czymś – Odrzekłem.
- A, spoko, ja wyszedłem zapalić – Mruknął siwowłosy, wyjmując z kieszeni zapalniczkę, by następnie podpalić cienkiego papierosa, którego wysunął z paczki, by po chwili ją schować. Zaciągnął się petem, po czym wypuścił dym z ust – O czym chciałeś pomyśleć?
- Wiesz, czuję się trochę… Dziwnie, że nie ma dziś Itachiego i Kisame – Powiedziałem – Nie rozumiem tego.
- A ja myślę, że doskonale rozumiesz – Fioletowooki wyszczerzył się w uśmiechu – Ktoś tu tęskni za jednym z panów ~.
- Ja wcale…! – Krzyknąłem, by zaprotestować, po chwili jednak zrezygnowałem, gdy doszło do mnie że nie ma to najmniejszego sensu. Westchnąłem – Tak, niestety masz rację…
- Spoko, jestem pewien że niedługo wróci – Siwowłosy zaciągnął się dymem – A tak w ogóle, jak stoją sprawy pomiędzy wami?
- Naprawdę chcesz to wiedzieć? – Spojrzałem na niego nieśmiało – Myślałem, że nie chcesz, bym ci o tym opowiadał…
- Dzisiaj mam nastrój, dajesz – Powiedział mój kumpel. Zamyśliłem się chwilę, zastanawiając się, co mam zrobić. Wiedziałem, że nie mogę powiedzieć mu całej prawdy o moim związku z Itachim, nie chciałem, żeby wiedział o takich sytuacjach jak ta w szpitalu, kiedy zemdlałem po misji z szukaniem kandydatów na nowych członków Akatsuki, ani o tym, co Uchiha wyprawiał ze mną kiedyś w łaźni. O jedynej, ostrzejszej akcji jaką zdradziłem mojemu przyjacielowi, była ta, która wydarzyła się na plaży w dzień moich osiemnastych urodzin.
Jedyne, czym mogę się z nim podzielić, jest połowa tego, co się dzieje pomiędzy mną a moim „chłopakiem”.
- Cóż… - Pomasowałem się po karku – Niezbyt się nam układa. Chociaż w sumie… Układa, ale nie do końca.
- Nie rozumiem – Przyznał Hidan, patrząc na mnie pytająco – Mów jaśniej.
- No, nie wygląda to tak, jakbym chciał – Westchnąłem – To… Skomplikowane.
- Ale co, jak wygląda? – Zniecierpliwił się jashinista – Kłócicie się, czy jak? Nie chcesz mi czegoś powiedzieć?
Spojrzałem w dół, zażenowany.
- Chodzi o to… - Nabrałem powietrza do płuc, by zaraz je wypuścić – Że nie jesteśmy do końca razem. W sensie… Dał mi jasno do zrozumienia, że łączy nas tylko seks.
- C…Co? – Wydukał mój rozmówca, krztusząc się gwałtownie dymem papierosowym, co zbiło mnie z pantałyku – To wy… To wy ze sobą…?
- No przecież ci już kiedyś mówiłem, że tak – Wywróciłem oczami – Zapomniałeś?
- Hm, najwidoczniej – Potwierdził fioletowooki, po czym zaczął mi się dziwnie przyglądać – Aż ja się teraz nieswojo poczułem.
- Ehh… Nie ważne – Westchnąłem.
- Ależ ważne – Wykłócał się mój kumpel, spojrzałem na niego kątem oka – Czyli że… Nie jesteście normalną parą? Gdy wyskoczyliśmy z Sun Jing i Qiu Tong na drynia, to mógłbym ci przysiąc, że tak właśnie wyglądaliście.
- To jesteś w błędzie – Odrzekłem, podpierając głowę ręką, z łokciem spoczywającym na poręczy.
- To chcesz mi powiedzieć, że nie ma między wami żadnego uczucia? – Dopytywał się siwowłosy.
- Z mojej strony jest, a z jego… - Spojrzałem w niebo - …nie mam zielonego pojęcia. Nigdy nie powiedział mi, że mnie kocha. Zgodził się na związek, ale nie nigdy od niego nie usłyszałem podobnych wyznań, w których wyznawałby mi miłość.
- A spytałeś się go? – Chciał wiedzieć mój rozmówca – Co ważniejsze… Czy ty mu to powiedziałeś?
- Nnie… - Przyznałem, rumieniąc się – Nie wiem, czy bym się na to zdobył…
- No to nie marudź i sam mu powiedz – Prychnął Hidan, gasząc szluga – Może wtedy i on coś ci powie. Wiem po sobie i swoich związkach, jak to jest z tymi wyznaniami.
- Czyli co? – Zainteresowałem się.
- Cóż, zgaduję, że jesteś tą stroną uległą, nie? – Zachichotał siwowłosy, na co przymrużyłem oczy – No… To jak się domyślasz, byłem w związku z samymi dziewczynami, z których najdłuższy do tej pory był z Nadią. Pamiętam, że nigdy sam z siebie nie mówiłem jej „kocham cię”… No, chyba że trzeba było w końcu to sobie wyznać i zapytać czy się ze mną zwiąże… - Mruknął – No a później, gdy już faktycznie byliśmy razem, to raczej ona to mówiła, albo się dopytywała czy ją kocham. Wtedy jej odpowiadałem twierdząco.
- Próbujesz mi więc powiedzieć… – Zastanowiłem się - … że jeśli ja mu to powiem, to on odpowie tym samym?
- Jeśli faktycznie to do ciebie czuje, to myślę, że tak – Zgodził się jashinista – A jeśli nie, to przykro mi. W każdym razie zaryzykować pytaniem musisz. Inaczej lipa.
- Chyba masz rację – Uznałem – Gdy wróci, porozmawiam z nim.
- No i o to chodzi! – Zawołał radośnie fioletowooki. Pogadaliśmy chwilę na ten temat, po czym przeszliśmy na jakiś inny, aż nie wróciliśmy się bawić z pozostałymi w salonie, spędziwszy czas na różnych pogaduszkach czy zabawach grupowych. Także urodziny miałem udane.
****
Z góry przepraszam za przerwę w pisaniu, jednakże naprawdę nie było zbytnio co opisywać… No, dobrze, była jedna rzecz, tylko wolałem ją sobie darować i nic nie wspominać, jednak dzisiaj już nie wytrzymam, tak samo jak nie mogę znieść myśli, że mogę złamać postanowienie, jakie sobie w tej kwestii złożyłem.
Itachi i Kisame wrócili z misji tydzień temu. Powiecie pewnie, że to nic takiego, że ja głupi powinienem się cieszyć, ale niestety nie, nie cieszę się ponieważ… Trafili do szpitala. I tu od razu was oświecę, że nie była to wina siostry Hidana (nie zdążyli nawet wziąć się za szukanie jej), a kolesia-jinuuuriki oraz jego bestii. Tak, to ten typ z mojej wioski. Schwytali go, ale ich zdrowie niestety na tym ucierpiało.
Zapytacie się pewnie teraz, czego dotyczy więc ta obietnica, o której wcześniej wspomniałem? Ano tego, że ani razu nie wpadnę z wizytą do Uchihy, w przeciwieństwie do Kisame, którego odwiedziłem już kilka razy i który leżał na innej Sali. Niestety czułem, że dłużej już nie wytrzymam i pójdę w końcu do czarnowłosego. Tylko… Co mu powiem? I czy nie będzie na mnie zły, że tyle zwlekałem?
Głowiłem się nad tym w swoim pokoju, trzymając kawałek gliny, którą przekładałem nerwowo z jednej dłoni do drugiej. Nie mogłem się w żaden sposób uspokoić, czułem jak wali mi serce. Myśl, że miałbym wyznać mu swoje uczucia, naprawdę była dla mnie przytłaczająca, pomimo tego wszystkiego, co się do tej pory wydarzyło. Ehh… Zabawne, że sprawy pomiędzy nami stoją tak dziwacznie. Najpierw pocałunki i dogryzanie sobie na każdym kroku, potem dwa razy doszło do uprawiania seksu (aczkolwiek słowo „pieprzenie” jest tu bardziej adekwatne), następnie mieliśmy pierwszą w życiu randkę, a teraz mi zebrało się na wyznawanie mu miłości. Sami przyznacie, że rozwój wypadków jest nieco inny niż w normalnych związkach… Zaraz, a czy nasze relacje w ogóle są normalne? Powiedziałbym, że popieprzone i to bardzo.
Westchnąłem i wstałem z łóżka, kręcąc się niespokojnym krokiem po pokoju. W dłoniach cały czas trzymałem glinę, nawet nie zauważywszy, kiedy ulepiłem z niej pasikonika. Przez chwilę gapiłem się na swoje dzieło, po czym szybko zdałem sobie sprawę, iż może ono za chwilę wybuchnąć, co skłoniło mnie do otwarcia okna i wyrzucenia go na zewnątrz. Niestety nie skojarzyłem, że pod moim oknem mieści się plac treningowy, na którym aktualnie ćwiczyły Fuu oraz Sun Jing.
Gdy gliniany owad zderzył się z ziemią, nastąpił wybuch. Nie było on jakiś duży, raczej porównywałbym go z mini-petardą, jednak jego dźwięk wystarczył, by wystraszyć moje koleżanki, które pisnęły z zaskoczenia. Gdy dym się rozlazł, dziewczyny spojrzały w górę, napotykając moje spanikowane spojrzenie.
- Deidara, pojebało cię czy jak?! – Ochrzaniła mnie czarnowłosa – Chcesz nas na ostry dyżur wysłać?!
- S-Sorry, nie chciałem! – Odkrzyknąłem – Bawiłem się gliną… I tak jakoś…
- Bawiłeś się… Bronią? – Nagle zobaczyłem, jak do dziewczyn podchodzi Kakuzu, który widocznie musiał nadzorować ich trening, z polecenia Paina - Deidara, posrało cię?
- Oj, wypadek, nooo… - Jęknąłem desperacko – Nie zrobiłem tego specjalnie!
- Niech ci będzie – Mruknął skarbnik – Ale to pierwszy i ostatni raz, jasne?
- Słowo! – Zawołałem i błyskawicznie zamknąłem okno , następnie opadłem kolanami na podłogę. Zakryłem twarz dłońmi, po czym nie wiedząc czemu, zacząłem się histerycznie śmiać. Nie pytajcie, czemu, po prostu ni stąd ni zowąd dopadł mnie atak głupawki. Czyżby był on wynikiem stresu? Jeśli tak, to już rozumiem, czemu mi ulżyło, gdy tylko się uspokoiłem. Westchnąłem, po czym zorientowałem się, że jestem głodny. No tak, cały ranek (nie licząc przebudzenia się u Sasoriego) praktycznie siedzę dziś w pokoju i zastanawiam się co, a raczej jak powiedzieć Itachiemu o moich uczuciach.
Wstałem z podłogi, po czym wyszedłem z pokoju, zamykając go na klucz. Zszedłem po schodach i wszedłem do kuchni, w której rezydowała Konan wraz z czuwającym nad nią Hidanem. Gdy mój kumpel mnie zobaczył, natychmiast posłał mi szeroki uśmiech.
- Hej, parówo – Przywitał mnie – Co tak późno się tu zjawiasz?
- No właśnie, nie widziałam cię na śniadaniu – Zauważyła anielica – Coś się stało? Źle się czułeś?
- Eeh, nie… To nic takiego, czytałem taką jedną książkę przygodową. Po za tym nie byłem głodny – Wytłumaczyłem się. Z całej tej wypowiedzi tylko to drugie zdanie było prawdziwe. Tak naprawdę odkąd się przebudziłem u Sasoriego i poszedłem do siebie, nie wychodziłem z pokoju na krok, rozmyślając nad tym, w jaki sposób porozmawiam z Itachim. Zresztą, już to wiecie – A w ogóle… To czemu wy dwaj tu siedzicie… Razem, całkiem sami?
- Prosił mnie, bym wytłumaczyła mu coś w „dekalogu” – Wyjaśniła niebiesko włosa. Spojrzałem ukradkiem na siwowłosego, który posłał mi krótki, tryumfalny uśmieszek.
„No ta, niezła strategia. Ciekawe ile tak jeszcze z nią pociągnie”, pomyślałem i nagle przypomniało mi się, że również miałem zapytać o coś w spisie zasad, dlatego bezceremonialnie się do nich przysiadłem.
- W sumie, ja również mam jedno pytanie – Powiedziałem.
- Ach tak, jakie? – Zaciekawiła się kobieta.
- Odnośnie „chrztu”… – Zacząłem, na twarzy naszej liderki wypłynęło zdziwienie, co nieco zbyło mnie z pantałyku, jednak niestrudzenie kontynuowałem – Nie ma go w regulaminie. Chciałem wiedzieć, czy lider przypadkiem go nie pominął…
- Racja – Podchwycił Hidan – Chciałem zapytać o to dowódcę po zebraniu dwa tygodnie temu, ale kompletnie o tym zapomniałem… To jak?
Razem z moim kumplem uważnie popatrzyliśmy na nieco speszoną anielicę.
- Wybaczcie, ale… Nie mam pojęcia, o co wam chodzi – Przyznała i uwierzcie, w tamtym momencie ja i mój przyjaciel musieliśmy mieć tak samo zdziwione miny. Gdy wymieniliśmy zdezorientowane spojrzenia, byłem niemalże pewny, że moja twarz wygląda na tak samo zbaraniałą, jak jego.
- No… Chrzest – Tłumaczył kulawo Hidan – Wiesz, liderek wymyślił zasadę, że żeby przystąpić progi Akatsuki trzeba pójść do burd… Znaczy, domu publicznego – Poprawił się szybko, pewnie po to, by przypodobać się kobiecie – No i trzeba tam było zaliczyć którąś z prostytutek, a na koniec…
- Na koniec mieliśmy pocałować się z którymś z kolegów – Dokończyłem, zaś przed oczami stanęła mi scena mojego pierwszego pocałunku z Itachim. Otrząsnąłem się jednak z tych wspomnień i spojrzałem na naszą dowódczynię. Jej mina była dużo bardziej zdziwiona, niż moja i siwowłosego, gdy zobaczyliśmy, że nasza kochana szefowa nic nie rozumie z tego, co mówiliśmy.
Nastała chwilowa, niezręczna cisza, po której Konan dosłownie wybuchła śmiechem.
Wraz z moim kumplem po raz drugi zerknęliśmy na siebie, tym razem jednak z lekkim przestrachem.
- Ee… Konan? – Postanowiłem zapytać o jej stan – Co cię tak rozbawiło?
- Ee …Nie gniewajcie się… – Kobieta otarła łzy, które pociekły jej od śmiania się -… ale mój partner najzwyczajniej w świecie was… Nabrał.
- Że… Że co?! – Hidan aż wstał od stołu – Co ma znaczyć, że nas nabrał?!
- No właśnie – Zawtórowałem mu, po czym dotarły do mnie słowa niebieskowłosej – Zaraz… Chcesz powiedzieć, że on… Że lider zrobił sobie jaja ze wszystkich członków Akatsuki?
- Cóż… Tak – Potwierdziła anielica – Widzicie, Pain miał od zawsze… Dziwne poczucie humoru i podejrzewam, że gdy szliście do agencji towarzyskiej, on skręcał się ze śmiechu, gdy zamykał za wami drzwi. Raz go takiego zobaczyłam i zapytałam, co mu jest, ale nie chciał nic mówić. Dopiero dzięki wam zrozumiałam, co było tego powodem. A wierzcie mi, on rzadko się śmieje.
Słuchaliśmy tego jak zaklęci i po długiej pauzie, z ust mojego kumpla wylał się potok przekleństw i złorzeczeń na naszego liderka, zaś ja dalej wpatrywałem się z osłupieniem w dowódczynię.
- A to cwany skurwysyn – Wyszeptałem. Jak żyję, nigdy bym nie pomyślał, że nasz szefo może okazać się mistrzem trollingu i jednym żartem wychujać prawie całą organizację. Właśnie… PRAWIE, bo nie wtajemniczona była tylko Konan. Nie mogłem uwierzyć, że to właśnie kochany liderek jest winien temu, w kim się zakochałem i w jaką relację z tą osobą się wplątałem.
- Mimo wszystko obiecajcie mi coś – Odezwała się niebiesko włosa – Niech to, co wam właśnie powiedziałam, zostanie między nami.
- Nie ma mowy! – Warknął Hidan – Już ja mu wszystko wygarnę!
Już miał ruszyć do drzwi, gdy kobieta złapała go za ramię. Ten spojrzał na nią zdziwiony.
- A jeśli poproszę cię, byś tego nie robił? – Zapytała przebiegle – Będę wdzięczna, jeśli mnie posłuchasz. I MOŻE nawet gdzieś z tobą wyjdę.
- Noo… No dobrze – Zgodził się jashinista i momentalnie usiadł z powrotem na krześle, zaś jego temperament drastycznie złagodniał. Zerknąłem na bursztynooką, która uśmiechnęła się pod nosem z satysfakcją. Patrząc na całą tę scenę, byłem lekko przerażony, z jaką precyzją kobieta obróciła niewygodne uczucia chłopaka względem niej na własną korzyść. Mimo wszystko nie chciałem, by nasza liderka zamieniła wkrótce mojego głupiego, psotnego, uwielbiającego rebelię kumpla zamieniła w go ugrzecznionego chłopczyka pod pantoflem.
Widząc moją minę, anielica uśmiechnęła się do mnie uspokajająco, jakby chciała powiedzieć mi, że powyższe obawy nigdy się nie spełnią.
- Deidara, mam nadzieję, że utrzymasz to wszystko w tajemnicy – Powiedziała, zwróciwszy swoją uwagę na mnie.
- Tak, oczywiście – Mruknąłem zgodnie z prawdą – Nawet jeśli jestem zły na lidera, to muszę przyznać że mimo wszystko jego żart… Był naprawdę niezły. Nigdy bym nie przypuszczał, że może być zawodowym trollem.
- Jeszcze dobrze go nie znasz – Zaśmiała się niebiesko włosa, po czym spojrzała na mojego kumpla – Z którym punktem masz problem?
- Ee… To ja szybko zrobię sobie jeść i już was zostawiam – Powiedziałem natychmiast i czym prędzej zabrałem się za jakieś kanapki i herbatę, po czym wyszedłem do salonu, by tam w spokoju zjeść. W prawdzie Sasori pouczał mnie jakiś czas temu o zdrowym odżywianiu, jednakże tym razem darowałem sobie normalny obiad i regularny posiłek. Myślę, że ten jeden raz (odkąd zacząłem stosować się do jego zaleceń) mi wybaczy.
Mimo wszystko wolałem nie drażnić Hidana i dać mu spędzać czas z jego obiektem westchnień, nawet, jeśli nie popieram jego zauroczenia naszą liderką i wolałbym, by dał sobie z nią spokój.
Po skończonym posiłku znów zawitałem do kuchni, gdzie dalej omawiali regulamin. Powstrzymałem się od wszelkich uwag oraz pytań i po prostu zmyłem po sobie naczynia, po czym definitywnie opuściłem pomieszczenie.
Nie wiedziałem, co mogę dalej ze sobą zrobić, a troszkę się nudziłem. Nagle przypomniałem sobie, czemu spędziłem cały ranek we własnym pokoju i zrobiło mi się słabo. No tak, szpital. Poczułem mocniejsze uderzenia serca. Odruchowo położyłem ręce na klatce piersiowej. Cholera, przez to całe zamieszanie z „chrztem” zapomniałem, że miałem wymyślić co konkretnie chcę powiedzieć Itachiemu… A raczej jak zamierzam to zrobić.
Spojrzałem z obawą na drzwi, które niespodziewanie się otworzyły, na co niemal krzyknąłem. Stojący w ich progu Kakuzu spojrzał na mnie jak na idiotę, zza jego pleców wyłoniły się Sun Jing i Qiu Tong, które również patrzyły na mnie ze zdziwieniem.
- A tobie co, młody? – Ubawił się skarbnik – Ducha zobaczyłeś?
- Nie, ja tylko… - Zaplątałem się i wypaliłem – Kakuzu senpai, jak myślisz… W jaki sposób mogę wyznać uczucia osobie, którą lubię?
- Czyżbyś znalazł sobie w końcu dziewczynę? Gratulację – Powiedział, wciąż rozbawiony – A już zaczynałem się bać, że za chłopakami latasz.
Na to przypuszczenie zaczął się śmiać, co również uczyniłem i ja, tyle, że nie było to spowodowane rozweseleniem, tylko nerwami.
- Cóż, to nie do końca… Auć! – Odezwała się czarnowłosa, jednak nie dokończyła zdania, tylko jęknęła boleśnie, patrząc z pretensją na swoją dziewczynę. Dopiero wtedy spostrzegłem, że blondynka przytrzasnęła swojej partnerce palce obcasem od swoich sandałów.
Bankier popatrzył to na mnie to na odchodzące szybko do salonu dziewczyny, po czym wzruszył ramionami.
- Nie ogarniam dzisiejszej młodzieży – Westchnął, po czym zaczął wspinać się na schody, nagle zatrzymał się w pół kroku i na mnie spojrzał.
- Myślę, że nie masz się czego obawiać – Stwierdził – Po prostu wal prosto z mostu, co ci leży na sercu i tyle. Jeśli cię odrzuci, nie masz co tracić czasu.
- Tak… Chyba masz rację – Przytaknąłem, choć nie byłem do końca usatysfakcjonowany odpowiedzią. A to tylko dlatego, że nie wie on, jak skomplikowana jest sytuacja, w której się znajduję. Zresztą nie on jeden, jak już wiecie, nawet Hidan nie jest do końca wtajemniczony. Postanowiłem jednak co nieco wyjawić brązowowłosemu.
- Tylko chodzi o to… - Zacząłem niepewnie – Że znamy się od dłuższego czasu i… nieoczekiwanie wplątałem się z tą osobą w pewien układ. I do tej pory żadne z nas sobie tego nie mówiło „kocham cię”. Mamy już za sobą… Pewne sprawy, wiesz, co mam na myśli, ale dopiero niedawno ta osoba poszła ze mną…. Na randkę, zaś ja…
- Czekaj, czekaj.. Bo chyba już łapię – Przerwał mi nagle zielonooki, po czym zapytał się upewniająco – Chcesz mi powiedzieć, że do tej pory miałeś z tym kimś układ pod nazwą „przyjaciele z korzyściami”? Ale wszystko poszło w piach, bo się zakochałeś?
- Że… Że co? – Wydukałem – Jacy przyjaciele?
- No, mówiłeś że znasz dość długo tę osobę – Wyjaśnił mi zamaskowany – Wydedukowałem więc, że się z nią przyjaźnisz, mimo to spodobaliście się sobie wzajemnie, jednak nie chcieliście do końca niszczyć tej przyjaźni, więc postanowiliście dalej tkwić w takich relacjach, jednak dodaliście do tego łóżko. I obiecaliście, że mimo to, nic się między wami nie zmieni i dalej będziecie przyjaciółmi. Wszystko jednak się skończyło, gdy zrozumiałeś, żeś zakochany. Dobrze myślę?
Patrzyłem na niego jak sroka w gnat, nie do końca ogarniając, co przed chwilą usłyszałem. Możecie mi mówić, że jestem niedoinformowany, dziecinny czy staroświecki, ale zupełnie nie zdawałem sobie sprawy, że taki układ pomiędzy dwojgiem ludzi może istnieć. To tak jakbym… Miał sypiać z Hidanem, a jednocześnie utrzymywać typowe, przyjacielskie relacje, jakby ten seks wcale nie istniał!
- Ee… - Przez chwilę tylko na taki dźwięk potrafiłem się zdobyć, jednak szybko się zreflektowałem i odparłem wymijająco – Hm… Nie do końca, ale… Można tak powiedzieć.
- No to młody, powiem ci, że masz przesrane – Skwitował kasiarz, wychylając się znad poręczy, by poklepać mnie w ramię dla otuchy – Zwykle po takich wyznaniach kończą się nie tylko te korzyści, ale i przyjaźnie z całym kontaktem. Ale nie martw się! Ufam, że ci się uda! Trzymam kciuki!
- Ee, no spoko, dzięki – Mruknąłem.
- Do usług – Odrzekł ciemnoskóry, pod maską dostrzegłem, że się uśmiechnął – A, miałem się spytać… Wiesz może, czy Sasori jest u siebie? Miałem zapytać się go o rozegranie ze mną partyjki pokera.
- Myślę, że tak, zazwyczaj siedzi u siebie i pracuje – Powiedziałem.
- Ok., dzięki – Odparł Kakuzu i zniknął za schodami.
Przez chwilę stałem w miejscu jak idiota. Po chwili zastanowienia zwyczajnie podszedłem do wieszaków, ubrałem w płaszcz i wyszedłem z siedziby. Moją twarz od razu owiał ciepły, wiosenny wiatr i mimo późnego popołudnia, można było poczuć wiosnę pełną piersią. Spojrzałem w niebo, myśląc, że niech już się dzieje, co chce.
*.*.*
Szpital mieścił się jakiś kilometr od naszej bazy, także troszkę do przejścia miałem. Po pokonaniu trasy, w końcu byłem na miejscu. Gdy tylko wkroczyłem na teren budynku, od razu podszedłem do okienka, w którym urzędowała rejestratorka.
- Dzień dobry – Przywitałem się – Chciałem zobaczyć się z kolegą, leży tutaj już dwa tygodnie i…
- Oh, przyszedł pan znów odwiedzić pana Kisame? – Kobieta uśmiechnęła się – Niedawno był tu pan Sasori, proszę mi wierzyć, z każdym dniem jest coraz lepiej. Przewiduję, że wyjdzie za trzy, cztery dni.
- Dobrze to słyszeć, ale ja przyszedłem tym razem do Uchihy Itachiego – Poprawiłem ją.
- Dziś pan Itachi ma dostać wypis – Odrzekła moja rozmówczyni – Przedtem jednak przejdzie ostatnią serię badań upewniających lekarzy, że wszystko jest pod kontrolą. Może być ciężko z wizytą.
- Proszę, chcę wpaść chociaż na moment – Powiedziałem błagalnym głosem – Przedtem… Nie miałem czasu go odwiedzić, chcę z nim porozmawiać.
- Będzie mógł pan to zrobić, gdy pan Itachi opuści szpital – Uparła się rejestratorka.
- Nie wyjdę stąd, póki nie pozwoli mi pani do niego pójść – Powiedziałem z naciskiem. Naprawdę, bardzo panią proszę.
- Proszę wyjść – Ton głosu kobiety przybrał surowy charakter. Ja jednak nie dawałem za wygraną. Kłóciliśmy się jeszcze przez chwilę, aż nie przyszedł jakiś lekarz.
- Młody człowieku, to, że jesteś w Akatsuki, nie daje ci prawa na robienie tego, co ci się podoba – Pouczył mnie mężczyzna – Proszę opuścić szpital.
- Zrobię to, gdy tylko zobaczę się z moim senpaiem – Tłumaczyłem, starając się panować nad emocjami, co zaczynało być już naprawdę trudne – A chcę chociaż pięć minut.
Facet westchnął z rezygnacją, powstrzymałem się, by mimowolnie się nie uśmiechnąć.
- Dobrze, pięć minut – Powiedział mój rozmówca – Ani chwili dłużej!
Przytaknąłem posłusznie, po czym zostałem zaprowadzony do odpowiedniej Sali.
- Pamiętaj, pięć minut – Warknął lekarz, po czym otworzył wrota – Panie Itachi, ktoś do pana!
Uchiha leżał sam na oddziale, wpatrując się w okno. Spojrzał na mnie dopiero wtedy, gdy zamknąłem za sobą drzwi.
- Szczerze, nie spodziewałem się że do mnie zawitasz – Powiedział czarnowłosy obojętnie – Źle się czujesz czy co?
Postanowiłem zignorować te odzywki i po prostu usiąść na krześle obok łóżka, w którym leżał posiadacz sharingana.
- To raczej ja powinienem zapytać o twoje samopoczucie – Stwierdziłem – Jak u ciebie? Lepiej?
- Chyba lepiej. Jestem natomiast pewny, że strasznie mi się nudzi – Mruknął Itachi, wzruszając ramionami.
- W takim razie faktycznie czujesz się dobrze – Uśmiechnąłem się pod nosem – Powiedz mi… Co właściwie się stało na tej misji? Słyszałem, że koleś od czwarto ogoniastego was poturbował.
- Nie uważam tego tematu za jakiś szczególnie fascynujący – Westchnął mój rozmówca - …nie ma w nim nic, czego byś nie wiedział.
- Rozumiem – Przytaknąłem, przenosząc wzrok ma swoje buty.
- Bardziej interesuje mnie, co cię do mnie sprowadziło – Tu poczułem, jak jego dłoń dotyka mojej twarzy – Zwykle to ja do ciebie przychodzę. Czyżbyś faktycznie był masochistą?
Zarumieniłem się, wciąż przypatrując się swoim butom.
- Może…- Szepnąłem . Jego dłoń nie przestawała gładzić moich policzków.
- Usiądź tu – Usłyszałem, dostrzegając kątem oka, że robi mi miejsce na materacu. Spełniłem polecenie, siadając na nim, wciąż jednak nie przestając patrzeć gdzieś w bok. Uchiha ujął mnie więc za podbródek, zmuszając tym samym do spojrzenia mi w oczy, przy czym drugą rękę położył na moim biodrze. Nic nie mówił, tylko mi się przyglądał.
- C… Co? – Zapytałem, czując się nieswojo pod ostrzałem jego wzroku – Powiedziałbyś coś…
- Nie wydaje mi się, żeby była taka potrzeba – Oświadczył, oglądając mnie uważnie – Ale jeśli chcesz już wiedzieć, to chętnie bym cię teraz ukarał.
- Z… Za co? – Wydukałem. Chciałem się od niego odsunąć, jednakże fakt iż mnie obejmował jedną ręką w pasie, nieco mi to utrudniał – Co zrobiłem?
- Cóż… - Czarnowłosy udał zastanowienie – …myślę, że porozmawiamy sobie o tym, gdy wyjdę.
- Ale… Czemu nie teraz? – Spytałem nieśmiało. Wtedy też mnie puścił i ułożył głowę na poduszce, przy czym sięgnął po jakąś książkę.
- Z tego co się orientuję, masz ograniczony czas – Mruknął obojętnie – A uwierz, mam z tobą do pogadania. To wszystko, co mam ci aktualnie do powiedzenia. A ty? Chcesz mi coś jeszcze powiedzieć, prócz pytań o moje zdrowie?
- Ja…- Zacisnąłem dłonie w pięści, co nie umknęło uwadze mojego rozmówcy, który uniósł brew, nie przestawał jednak gapić się w książkę. Popatrzyłem na niego twardo – Tęskniłem za tobą.
Zapadła niezręczna cisza, w czasie której żadne z nas nic nie mówiło. Uchiha dalej studiował lekturę, zaś ja czekałem w napięciu na jego odpowiedź która najwidoczniej w ogóle nie zamierzała paść.
- I… Co, nie powiesz nic na to? – Zdenerwowałem się – Nie obchodzi cię to?!
Zapytany wzruszył ramionami.
- Tak jakby – Odrzekł. Wkurzyłem się strasznie. W głowie miałem milion myśli i chęci, by mu przypieprzyć. Wpadłem jednak na nieco inny pomysł.
Ponieważ siedzieliśmy bardzo blisko siebie, zrobiłem coś, na co w normalnych okolicznościach bym sobie nie pozwolił. Pocałowałem go. Nie pytając go o zgodę, przykryłem jego wargi swoimi.
Na reakcje nie musiałem czekać, bo natychmiast chwycił mnie za karczek koszulki, po czym stanowczo odsunął na niewielką odległość. Zadrżałem. Z jego oczu żarzyła się złość.
- Nie przypominam sobie, bym pozwolił ci się dotykać, kiedy ci się podoba – Wycedził – Nigdy więcej tak nie rób, chyba, że ci pozwolę.
- Aha, czyli jak ty mnie całujesz czy dobierasz się do mnie to jest w porządku, tak? – Warknąłem – Mnie już nie wolno? Nic ci takiego nie zrobiłem!
- Nie dyskutuj ze mną – Syknął i odepchnął mnie lekko. Byłem tak dotknięty i rozeźlony przez to, co się przed chwilą stało, że nie zauważyłem nawet, kiedy wstałem gwałtownie z krzesła.
Przez chwilę obaj mierzyliśmy się wzrokiem w ciszy. Nie trwała ona jednak szczególnie długo, gdy postanowiłem zagłuszyć ją dźwiękiem siarczystego liścia, którego zadałem czarnowłosemu w twarz. I wyszedłem ze szpitala jak najszybciej się dało.
*.*.*
Od czasu rozmowy, czy może ostrej wymiany zdań pomiędzy mną a Itachim minęło kilka dni. W tym czasie również Kisame zdążył wyjść ze szpitala i dołączyć do swojego partnera w treningach. Zapewne również Pain poinformował ich o przebiegu misji, na której byłem wraz z Sasorim jakiś czas temu. Normalnie powiedziałbym, że ciekawi mnie, co sądzą na ten temat, ale wolałem nie dopuszczać do siebie jakiejkolwiek myśli z tym związanej. Niestety jednak same się nasuwały. Mimo tego, że byłem strasznie zły na Itachiego, nie przestawałem o nim myśleć, tak samo jak i płakać gdy tylko byłem sam ze swoimi myślami.
Hidan uparcie próbował dowiedzieć się, co mi dolega, jednak za każdym razem go zbywałem. Mimo wszystko wolałem, by nie wiedział, że zostałem zraniony. Zraniony przez osobę, którą tak bardzo kochałem. Itachi… Jak mógł tak zareagować? A raczej… Nie zareagować? Może i nie powiedziałem mu wprost, co do niego czuję, ale gdy mówiłem, że za nim tęskniłem… Dosłownie czułem, jak otwieram przed nim serce. A on? Nic, zero. Jeszcze zabrania mi się dotykać, gdy sam mam ochotę pokazać mu moje uczucia… Czy on tego nie rozumie? Nie widzi?
Z rozmyślań wyrwało mnie pukanie do moich drzwi w pokoju. Wstałem leniwie z łóżka i poszedłem sprawdzić, kto postanowił mnie odwiedzić.
- O, mistrzu, co się stało? – Zapytałem, widząc przed sobą Sasoriego.
- To ja się powinienem o to spytać – Mruknął lalkarz – Już późno, chciałem wiedzieć, czy śpisz dziś u mnie czy wracasz do siebie.
- Nie no, będę u ciebie – Odrzekłem szybko. Wizja spania samemu jeszcze niezbyt mi odpowiadała – Jeszcze… Nie jestem jeszcze gotowy żeby wrócić do siebie.
- Dobrze, no to bierz graty i chodź – Mruknął marionetkarz i ruszył w stronę schodów. Pospiesznie zabrałem swoje rzeczy i szybko za nim poszedłem.
Gdy byliśmy już w twierdzy mojego mistrza, ten spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Muszę cię o coś zapytać – Oświadczył.
- S-Słucham? – Chciałem wiedzieć. Spoglądnąłem na niego z lekkim strachem.
- Co się ostatnio z tobą dzieje? – Czerwonowłosy przechylił głowę, uważnie się we mnie wpatrując – Z tego, co widzę, ryczałeś i to nie mało.
- W-Wcale nie! – Zaoponowałem – Wcale nie ryczałem…
- Nie zaprzeczaj, nie jestem ślepy – Warknął Akasuna, zaś ja się zaczerwieniłem z zażenowania – Widzę, że coś jest nie tak. Kakuzu mówił mi, że wplątałeś się z kimś w jakąś chorą relację i pewnie dostałeś kosza. Czy to przez to?
Przez chwilę gapiłem się na niego, nic nie rozumiejąc. Gdy w końcu połączyłem wszystkie wątki, to skojarzyłem, o czym on mówi. No tak, nasz kasiarz wymyślił ostatnio teorię, że niby mam przyjaciółkę z korzyściami, ze wszystkich sił starałem się nie roześmiać. Mimo wszystko, ta wymówka była dla mnie całkiem wygodna.
- Tak – Skłamałem, postanowiłem jednak dodać nieco swoich doświadczeń z życia – To… To przez to. Można by powiedzieć, że otworzyłem serce przed tą osobą, zaś ona mnie zwyczajnie… Olała. Teraz jej unikam, nie chcę na nią patrzeć. A mimo to… Cały czas o niej myślę, dalej zastanawiam się, co robi. Nie mogę nad tym zapanować. Myślałem, że… że mnie zaakceptuje. W końcu jesteśmy razem już od jakiegoś czasu…
Gdy to mówiłem, Sasori słuchał mnie uważnie. Gdy skończyłem, westchnął cierpiętniczo i usiadł na stojący nieopodal niego stołek.
- Właśnie dla takich akcji… – Zaczął zrezygnowanym głosem - … unikałem związków. Cieszę się, że nigdy nie byłem w nikim zakochany. Mimo to, powiem ci, że bez względu na to, co czujesz, daj sobie spokój. Miłość nie jest do niczego potrzebna, szczególnie, gdy jesteś w tej organizacji. Ty i Hidan naprawdę jesteście popieprzeni, że próbujecie się w to bawić. Zresztą, nie tylko wy, swego czasu Itachi… Aaa, szkoda gadać.
- Ale co? – Zainteresowałem się od razu, słysząc znajome imię. Skarciłem się w myślach za swoją ciekawość tym bezdusznym gnojem. Uczucia jednak były silniejsze.
- Pamiętasz jak liderek czytał nam regulamin – Zapytał lalkarz, na co przytaknąłem – No, to wspomniał on coś o tym, że niektórzy z nas próbowali złamać jedną z zasad. Tą osobą był Itachi, co mogłeś zresztą łatwo zauważyć po tym, jak dowódca na niego spojrzał.
- Taak, od razu rzuciło mi się to w oczy – Potwierdziłem – To… Jaką złamał zasadę? Czyżby próbował flirtować z Konan?
- Aleś wymyślił – Prychnął czerwono włosy – Nie, to nie to, ale fakt, ma to związek z romansem. I nie, tu nie chodzi o Nirę, aczkolwiek też mu się później dostało.
- Nirę? – Zmarszczyłem brwi – Jaką Nirę?
- Dziewczyna, która była w naszej organizacji przez chwilę, nie pamiętasz? – Władca marionetek wywrócił oczami – Była ona z naszym kolegą w nielegalnym związku. W każdym razie… Wiedz, że gdy Itachi wybił swój klan i generalnie wszystkie bliskie mu osoby, to nie pozbył się wszystkich.
- Wiem, zostawił brata, z którym rozmawiałem – Powiedziałem.
- No… Nie tylko – Skrzywił się mój rozmówca – Oszczędził również swoją narzeczoną*****. Będąc już członkiem Akatsuki, kilka razy się spotykali. Lider oczywiście się o tym dowiedział i nakazał mu ją zabić, nasz kolega oczywiście nie miał wyboru i posłuchał rozkazu.
- No… Nieźle – Wydukałem. Prawdę mówiąc nie tego się spodziewałem. Ale przynajmniej dowiedziałem się czegoś o tej dziewczynie. Pamiętam, że czytałem o niej w gazecie, jednak Uchiha nie chciał udzielić mi jakiejkolwiek informacji o niej.
- Widzę, że na moment poprawiłem ci humor – Stwierdził lalkarz, a na jego twarzy pojawił się leciutki uśmiech – Chyba naprawdę się z nim nie lubisz, skoro tak się ożywiłeś na tę informację.
- Tak, masz rację – Mruknąłem, czerwieniąc się lekko. Nie była to do końca prawda. Moja radość wynikała z tego, iż mój partner ma jakiekolwiek informacje o byłej mojego kochanka. A to, czy go lubię czy nie, doskonale już wiecie – A powiedz mi… Jak myślisz, kochał ją?
- Skoro był w stanie podjąć takie ryzyko i się z nią bezkarnie widywał, sądzę, że tak – Odparł marionetkarz – A teraz idź spać, muszę popracować.
Skierowałem się więc do łazienki (notabene, nie potrzebnej mojemu mistrzowi) by się przebrać, po czym wróciłem do pokoju czerwonowłosego i usadowiłem się na dobrze znanym mi fotelu, przechyliłem go tak, by można było w nim leżeć i okryłem się kołdrą.
Myślałem jeszcze o tym, co usłyszałem, po czym zapadłem w sen.
.*+C.D.N+*.
===============================================>
*Wybaczcie, że "dekalog" dałam w formie obrazka, ale gdy próbowałam wstawić go z worda na bloga, to numerki nie chciały się słuchać (zamiast lecieć dalej w kolejności 7,8 itd. To poprawiały się na 1,2,3 itd.), wszystko przez podpunkty pod szóstą zasadą ^^” ,
**To akurat mój wymysł na potrzeby tego opowiadania. Powiększanie kończyn przez Suigetsu było jego własną zdolnością :3
***Tu również pozwoliłam sobie co nieco zmienić. W prawdzie zmiana ciała Orochimaru była w pierwszym sezonie, u mnie zaś będzie taki słaby w shippuudenie. Przynajmniej przez jakiś czas
****W kanonie nigdy nie było jasno powiedziane, który z Siedmiu Mistrzów Miecza uczył Suigetsu, toteż jak widzicie, wzięłam do tego zadania Kisame.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz