Witam ponownie!
Witam Was w najnowszym rozdziale. Przed notką chciałam tylko powiedzieć, że miała ona być w cholernym 2019tym, ale reset kompa (w którym miałam już sporo napisane) mi to uniemożliwił ¯\_(ツ)_/¯ Dziad mi padł na początku stycznia tamtego roku i usunął wszystko, trzeba było go ratować xD A jeśli już mówimy o rozdziałach...OBECNY PODZIELIŁAM NA DWIE CZĘŚCI. DURNA JA ZROBIŁAM TO DOPIERO TERAZ. CZAICIE? WPADŁAM NA TO PO DZIESIĘCIU LATACH OD ZAŁOŻENIA BLOGA. Tak, zamiast dzielić kilometrowe rozdziały na krótsze, by łatwiej było wszystko zapamiętać (dzięki czemu mielibyście te notki częściej), ja srałam tekstem i mieszałam fakty. Dosłownie widzę jak wszyscy czytający ciągnął ze mnie druta przed ekranem komputera. Zasłużyłam. Brawo ja. ;_;
A co do samej notki (desperacka zmiana tematu)...Miał on być pisany z perspektywy dwóch narratorów - Deidary i Kurotsuchi. Ale ponieważ jestem dzbanem, dam tylko część pisaną przez Deia. Wyszła mi za długa, by przejść do spojrzenia drugiej postaci. Kurotsuchi dostanie swój głos w kolejnym wpisie, 26. Zaś w dwudziestym siódmym... Ktoś nowy. Ktoś, kogo pisanie perspektywy będzie dla mnie nowym doświadczeniem. I jest również bardzo potrzebna jak ta u Kuro. Póki co, łapcie głównego bohatera Deidarę i jego perypetie ^‿^
Wyjaśnienia odnośnie roku akcji i mojego uniwersum ff znajdziecie w"polecanym wpisie".
Czas notki i perspektywa: początek czerwca, rok 699 l.a.t.e
PS. Kończę pisanie notek od zdania „Drogi pamiętniku”. Denerwować mnie to zaczyna, nie znaczy to jednak, że Dei nie pisze już pamiętnika. Narracja jest nadal w pierwszej osobie, on pisze pamiętnik… Ale w głowie xD
Zachęcam też, by zerknąć w "gwiazdki", czyli odniesienia do czegoś. Znajdują się na końcu rozdziału.
I dla chętnych: założyłam nowe ff w uniwersum Death Note. Też yaoi ^^" Z tym, że czas akcji jest bardziej uaktualniony, współczesny... I głównym paringiem nie są Light i L, a ktoś inny. Postacie bardzo niedoceniane. W prawdzie dopiero zamieściłam dwa rozdziały, ale zawsze coś xD Dla ciekawych, >link<
===========================~* *~========================>
– Szybciej, Deidara! Szybciej, do cholery! – Ponaglał mnie rozzłoszczony Sasori, oglądając się przy tym przez ramię, jakby chciał upewnić, że na pewno za nim podążam.
– Chwilka, no…- Jęknąłem, poprawiając przy pasie woreczek z gliną, który nie chciał się trzymać. W końcu go jednak przymocowałem, po czym natychmiast wyrównałem krok z moim towarzyszem. Ten posłał mi pochmurne spojrzenie.
– No co? – Burknąłem – Zwlokłeś mnie z łóżka tak nagle, że nie miałem czasu żeby…
– Płaszcz – Wycedził, przerywając mi – Załóż go, ale już.
– Ale… jest trzydzieści stopni w cieniu – Zaprotestowałem – Tobie może to nie przeszkadza, bo nie masz ludzkiego ciała, ale ja… spocę się jak świnia!
– Zaraz powinno się ochłodzić – Mruknął czerwono włosy. Cień niepewności na jego twarzy jednak mnie nie przekonał.
– To założę, jak faktycznie będzie chłodno – Powiedziałem stanowczo. Mężczyzna westchnął, ale ni już nie powiedział.
Szliśmy przez jałowe pola. Jakieś półtorej godziny temu na dobre opuściliśmy osadę Deszczu, a w pobliżu nas nie dostrzegliśmy jak dotąd żadnego domu… No, dobra. Po za jednym, jednym w którym to, tydzień temu miałem… Ekhem, osobliwe doświadczenia… Zerknąłem ukradkiem na lalkarza, na szczęście nie zauważył krwistego rumieńca, który pokrył całą moją twarz. Był zajęty oglądaniem mapy i spoglądaniem przed siebie. Pełen ulgi, cichutko wypuściłem powietrze.
Taak, minął jakiś tydzień od zdarzenia, do którego doszło pomiędzy mną a Itachim, a działy się właśnie w tym jednym, samotnym domku…. Krótko mówiąc, doszło między nami do dość namiętnego zbliżenia, a co dziwne dla mnie samego… Nie miałem nic przeciwko. Nie wiem jednak, czy było to spowodowane szokiem i obrzydzeniem, jakie wywołał u mnie incydent z…
– Deidara-senpaiii! – Moich uszu doszedł znajomy, nieco skrzekliwy głos i aż mnie zmroziło. Stanąłem jak wryty, a w ślad za mną Akasuna, który zerkał to na mnie, to na wołającego moje imię.
– Ch… Chodźmy… Cz… Czym prędzej – Wyjąkałem spanikowany, po czym natychmiast ruszyłem przed siebie. Sasori od razu się ze mną zrównał, przyglądając mi się podejrzliwie.
– Deidara… - Zaczął niepewnie, a złość, jaka wcześniej z niego emanowała, nagle uleciała – Dobrze się czujesz? To przecież tylko…
– Tobiiii! – Moje plecy gwałtownie pochyliły się od ciężaru obcej sylwetki, poczułem jak czyjeś ręce oplatają moją szyję, po czym chwilę później zobaczyłem przed sobą pomarańczową maskę z otworem na jedno oko, z którego wprost biły radość i entuzjazm.
Ja jednak tych uczuć nie podzielałem. Moje ciało zareagowało szybciej niż mój umysł i nim zdążyłem uświadomić sobie co się dzieję, z całej siły chwyciłem kark zaskoczonego chłopaka, po czym przywaliłem mu kolanem w brzuch, a następnie, popchnąłem na jak największą odległość.
– Deidara…? – Z letargu wybił mnie zaniepokojony ton Akasuny. Spojrzałem na niego. Patrzył na mnie zaskoczony. Już miałem coś mu odpowiedzieć, ale moją uwagę szybko rozproszył dźwięk podnoszącego się zamaskowanego, który chciał do mnie podejść.
– Nie zbliżaj się do mnie! – Syknąłem, automatycznie robiąc kilka kroków w tył – Ty… Ty… Zboczeńcu! Śmieciu jebany! Nie podchodź!
Marionetkarz otworzył szerzej oczy, po czym od razu przeniósł wzrok na mojego „rozmówcę”. Prawda, wcześniej wielokrotnie wyzywałem Tobiego, wielokrotnie się z nim sprzeczałem, irytował mnie i często go próbowałem od siebie przeganiać. Jednak forma, w jakiej to robiłem znacznie różniła się od powyżej. Nigdy wcześniej nie używałem takich wulgarnych słów w stosunku do naszego wioskowego głupka… albo inaczej, nigdy nie były one przesiąknięte tak negatywnymi emocjami i to musiało zaalarmować Sasoriego, bo stanął pomiędzy nami.
– Tobi…- Przemówił, jego tonacja nie różniłaby się niczym dla człowieka, który go nie zna. Był chłodny, niewzruszony… a jednak wyczułem wahanie – Mógłbyś… Nie. Nie będę się cackał, po prostu idź stąd. Nie wiem, co się tu dzieje, ale masz natychmiast się ulotnić!
– Ale ja tylko na chwilkęęę – Wystękał Tobi, próbując wyminąć czerwononosego. Ten zaś nadal nie pozwalał do mnie podejść, odsuwając mojego napastnika – Sasori… Mistrzuniu kochany, pooozwól Tobiemu…
Patrzyłem na ten cyrk, nie mogąc przestać się krzywić ze wstrętu. Co za gnój… Jak po tym wszystkim, co mi zrobił, miał czelność do mnie podchodzić?! Jak mógł zachowywać się tak jak gdyby nic się nie stało?! W tamtej chwili miałem autentyczną ochotę go zabić. Mimo wszystko wolałem trzymać nerwy na wodzy. Skrzyżowałem ręce na klatce piersiowej, chcąc ukryć drżenie rąk.
– Zgodzę się…– Akasuna powoli tracił rezon – Ale tylko wtedy, jeżeli nie będziesz się nigdzie z nim oddalał. I się streszczał. Nienawidzę czekać, dlatego tę czynność staram się skracać o minimum. Za minutę ma być u mnie z powrotem, zrozumiano?!
– Tak! Tak, oczywiście! – Pisnął uradowany chłopak, po czym doskoczył do mnie cały rozpromieniony, a mi serce o mało nie podeszło do gardła.
– Zaraz… Co?! N-Nie! – Wycharczałem ledwie słyszalnie, bo ze stresu nie byłem w stanie mówić. Tymczasem czarnowłosy objął moją szyję, chichocząc .
– Senpaiii…- Szepnął przymilnie – Czy… Czy jesteś na Tobiego… Zły jakiegoś powodu?
Wytrzeszczyłem gały, w środku czułem, że się we mnie gotuje. Co za tupet! Nic jednak nie powiedziałem, wpatrując się w niego z odrazą. Chciałem tylko dowiedzieć się, czego ode mnie chce.
– Wie senpai…- Tobi ponownie próbował podjąć rozmowę – Tobi… Tobi od jakiegoś czasu czuje się bardzo źle, Tobi leżał w szpitalu…
– No i? – Warknąłem, zdejmując jego rękę z szyi – Nie wydaje mi się to dziwne, tym bardziej, że Uciha cię skopał…
– Ale… ! Ale niech senpai tylko posłucha! – Jęknął zamaskowany – Tobi nic nie pamięta! Tobi dopiero niedawno dowiedział się od pana Itachiego, co się stało!
To zdanie zbiło mnie z pantałyku, jednak starałem się nie dać tego po sobie poznać.
– O czym ty pieprzysz? – Parsknąłem – Próbujesz mi wmówić, że masz amnezję?
Pomarańczowy* nic nie odpowiedział. Odsunął się ode mnie na niewielką odległość, sięgając ręką do swojego płaszcza, dokładniej, jego kieszeni, z której wyciągnął jakiś świstek, po czym wystawił kartkę tak, jakby chciał mi ją dać.
– Senpai… Tobi prosi, żeby senpai to przeczytał. Wtedy senpai wszystko zrozumie – Powiedział niemal błagalnym, łamiącym się głosem. Patrzyłem na niego przez kilka sekund, próbując wywęszyć podstęp. Nic takiego jednak nie wyczułem, toteż odebrałem od niego kartkę, rozwijając ją. Nie chciałem, by Sasori czekał na mnie zbyt długo, dlatego przeleciałem wzrokiem po literkach, próbując wyłapać najważniejsze. Z treści wynikało, iż zamaskowany przez dość długi czas, to jest, kilku miesięcy… Przebywa w szpitalu i przyjmuje różnego rodzaju leki, po których mogą występować dziwne, nietypowe zachowania. Uniosłem brwi i zacząłem czytać dokładniej, chcąc poznać powód, dla którego chłopak miałby znajdować się w tym miejscu. Napisane to było jednak bardzo ogólnikowo…
– Poważne skutki uboczne wywołane nadużywaniem mocy** - Powiedziałem na głos. Przesunąłem wzrok na niewyraźny podpis lekarza, aż w końcu na podenerwowanego Tobiego – Prócz siły i brutalności, jaką mnie uraczyłeś tamtego dnia… Nie sądziłem że masz jakieś moce. Chyba, że chodzi o tę siłę właśnie, ale…
– Ta siła… Ona… Nie należała do Tobiego – Załkał mój rozmówca, ukrywając twarz, a raczej, maskę w dłoniach – T… Tobi nic nie pamięta… To… To wszystko było niechcący…
– Tobi…- Sapnąłem zirytowany – To, co mi zrobiłeś, to był… To był kurwa gwałt! Jak mógłbyś nie pamiętać, że dopuściłeś się czegoś takiego…? – Wypomniałem mu. Mimo wszystko jednak starałem się mówić jak najbardziej opanowanym, a przede wszystkim ściszonym głosem. Nie chciałem, by lalkarz to usłyszał i nie miało to absolutnie nic wspólnego z tym, że z jakiejś przyczyny postanowiłem nagle bronić mojego byłego napastnika. Nie, nie. Mi było po porostu wstyd przed samym sobą za to, co się stało. Nie chciałem, by ktokolwiek dowiedział się o tym, że ktoś mnie skrzywdził, a raczej, że z powodu nagłego strachu nie potrafiłem się obronić. No i głupoty, bo kto normalny odczuwa zaufanie do kogoś, kto zakrywa w całości swój pysk?!
– Ale Tobi tłumaczy! Tobi jedyne co pamięta, to że trzeba było zjeść tabletkę! A potem Tobi nic już nie pamięta! – Wyrzucił na jednym tchu, zdecydowanie zbyt głośno. Zerknąłem ukradkiem na Sasoriego, który przyglądał się nam badawczo. Nasz czas na rozmowę zdecydowanie minął, jednak dziwnym trafem nas nie poganiał. Chciałem jak najprędzej zakończyć całą tę gadkę, ale jedna rzecz nie dawała mi spokoju…
– Skoro byłeś w szpitalu, to bądź łaskaw wyjaśnić mi, co w takim razie robiły pielęgniarki – To nie była prośba, a żądanie, o czym świadczył użyty przeze mnie ton. Ponownie skrzyżowałem ręce na klatce piersiowej. Już nie drżały, nie byłem już tak zestresowany jak wcześniej – Jeżeli byłeś… A właściwie to JESTEŚ chory, to czy nie powinieneś być pod stałą opieką lekarską? I na czym, do cholery ma polegać ta twoja choroba?!
–Tobi wymknął się przed nimi… To znaczy jeśli Tobi gdzieś wychodzi, to ma specjalne przepustki, ale… Teraz Tobi uciekł, bo Tobi musiał z senpaiem porozmawiać – Wyjaśnił pierwszą kwestię – A jeśli chodzi o to drugie pytanie… Tobi nie może odpowiedzieć, przykro mi, senpai.
– Mhm, no to świetnie – Mruknąłem, niezbyt przekonany, po czym odwróciłem się do niego plecami. Rozmowę uznałem za zakończoną. Ruszyłem przed siebie, chcąc wreszcie dołączyć do Sasoriego. Gdy jednak zrobiłem kilka kroków w przód, poczułem ucisk dłoni na ramieniu. Obróciłem się wkurzony.
– Co? Czyżbyś zmienił zdanie? – Prychnąłem.
– Nnie… Ale – Zająknął się, głos mu drżał – Tobi musi wiedzieć… Czy Deidara-senpai kiedyś wybaczy Tobiemu? Tobi naprawdę bardzo, bardzo przeprasza. Tobi zrobi wszystko, tylko niech senpai wybaczy…
Błagał mnie. W pewnym momencie wręcz uklęknął, wciąż kurczowo trzymając się mojej ręki. Zaczął płakać, co było nie lada zaskakujące. Westchnąłem.
– Tobi…- Przemówiłem w końcu, chcąc przerwać ten spektakl - Puść mnie.
– Ale… Ale czy senpai…? – Urwał w pół zdania, dławiąc się własnymi łzami. Domyśliłem się, o co mu chodzi, toteż dopowiedziałem:
–Nie wiem, nie mam pojęcia. Nie potrafię oszacować kiedy Ci wybaczę i czy w ogóle. Gdybyś tak przepraszał w związku z jakąś inną sprawą, bardziej błahą rzeczą, to odpuściłbym Ci momentalnie. Ale to…
– Co Tobi ma zrobić, by senpai czuł się lepiej?! – Zapytał od razu Pomarańczowy – Tobi będzie się starał!
– Najpierw, puść mnie – Rozkazałem. Ku mojemu zdumieniu, zrobił to błyskawicznie, przy czym podniósł się klęczek i stanął przede mną niemal na baczność – No i… Eh, to się w sumie tyczy pierwszego. Nie dotykaj mnie, chyba, że ci pozwolę. I… w miarę możliwości, nie pokazuj mi się na oczy przez jakiś czas. Ja… Ja to muszę wszystko przemyśleć. Nie wiem, co będzie.
– O… Oczywiście, senpai – Powiedział zamaskowany, spuszczając głowę i bawiąc się palcami – To… Tobi sobie idzie. Tobi grzeczny chłopiec.
Odwrócił się do mnie plecami, następnie skierował w swoją stronę. Wodziłem za nim wzrokiem przez jakiś czas, ale nie chciałem do reszty podpaść mojemu partnerowi, toteż natychmiast do niego podbiegłem. Ruszyliśmy w dalszą drogę, nie zamieniwszy ze sobą słowa… Oczywiście, do czasu.
**
– Masz zapałki? – Zapytał zirytowany już nieco Sasori, próbując wzniecić ogień w palenisku za pomocą dwóch kamyków. Odruchowo zacząłem przeszukiwać kieszenie i plecak, po czym wyjąłem upragnione pudełeczko, podając mojemu towarzyszowi. Ten natychmiast wyrzucił trzymane przedtem kamulce, by przyjąć i otworzyć opakowanie. Niewiele minęło, by na zebranych przez nas w kupkę suchych gałązkach zaczęło się dymić. Opadłem na stojący naprzeciw ogniska pień, wbijając wzrok w pełne od gwiazd niebo. Podróż w takim skwarze była strasznie wyczerpująca i naprawdę cieszyłem się, że dzień się kończył. Jedyne, o czym marzyłem to jak najszybszy prysznic i ułożenie do snu. Potrzebowałem tylko przyzwolenia…– Pomimo, że jesteśmy na samym zadupiu osady Trawy, to jak zauważyłeś, niedawno minęliśmy łaźnię publiczną – Mruknął Akasuna, szturchając palenisko – Jeśli masz zamiar tam iść, to idź, ale się streszczaj. Chcę jak najszybciej przedstawić ci plan misji.
Dwa razy nie trzeba było mi powtarzać. Chwyciłem migiem potrzebne mi rzeczy i od razu udałem się do wytęsknionego cały dzień miejsca. Chłodne strumienie wody oraz żel do mycia ciała były tym, na co czekałem od ładnych paru godzin. I gdybym tylko mógł, pozwoliłbym sobie na dłuższe posiedzenie, jednak zmęczenie oraz wystawiona na próbę cierpliwość mojego towarzysza skutecznie niweczyły te zachcianki. Szybko więc wyszedłem i skierowałem z powrotem do naszego obozowiska.
Ogień już całkiem dobrze się palił, oświetlając twarz czerwonowłosego, uważnie studiującego swój notatnik, przy czym coś zakreślał. Obok siebie miał ułożoną mapę, do której co jakiś czas zaglądał. Klepnąłem naprzeciw niego na swój pień i w oczekiwaniu, aż zechce się odezwać, zacząłem kontemplować wzrokiem okolice. Siedzieliśmy w środku jakiegoś lasu, skąd było słychać najprzeróżniejsze dźwięki przyrody. Jednymi z nich był koncert świerszczy i huczenie sowy. Aż dziw mnie brał, że w takim miejscu mogły znajdować się jakieś oznaki cywilizacji, jak choćby łazienka, z której skorzystałem. Ale nie miałem zamiaru narzekać na burzenie klimatu… Wręcz przeciwnie. Dzięki temu prysznicowi mogłem… Oczyścić nie tylko ciało, ale i umysł. Westchnąłem w zamyśleniu.
Skąd Tobi nagle wytrzasnął te papiery? I z jakiego powodu niby miałby przebywać w szpitalu? Te tłumaczenia… Nawet, jeśli to wszystko co mówił było prawdziwe, nie potrafiłbym mu wybaczyć. Przynajmniej nie teraz. Nie wspominając już o spojrzeniu na niego bez cienia wstrętu. Już na samą myśl o tym, co było między nami przechodzą mnie dreszcze. Takie coś może zrobić tylko największy potwór. A skoro o nich mowa…
Zacisnąłem dłonie na materiale spodni, odruchowo spuściłem wzrok na palący się ogień. Mój… Ratunek przed Tobim… Czy mogę w ogóle nazwać „to” ratunkiem? Czy może raczej… Narkotykiem? W praktyce narkotyk a ratunek nie mają ze sobą za wiele wspólnego. Zażywając wybraną substancję na chwilę się ogłuszysz, świat powiruje i to wszystko, potem nastąpi brutalne zderzenie z rzeczywistością… Od której znowu chcesz uciec, taplając się w wyimaginowanej tęczy. Następuje faza głodu i przerażenia, może nawet wstydu. Gdy przychodzi otrzeźwienie, nie możesz na siebie patrzeć. By wrócić do wcześniejszego raju gotów jesteś zrobić wszystko. Ale czy… Czy mnie to dotyczy? W prawdzie, owszem, jestem cholernie rozdrażniony i przestraszony, jednak… Czym innym. Nie potrafię zdecydować, czy chciałbym wrócić do tego stanu, jaki miałem tydzień temu… W ramionach mojego Narkotyku. Od tamtej nocy, w którym dość ostro go „przyjąłem”, znowu się nie widzieliśmy. Musiał wybyć na misję. Tak jak ja teraz. Znowu nie rozmawialiśmy o tym co zaszło, o tym… Co mu powiedziałem. Czemu to zrobiłem? Czy do reszty mnie opętało? I co ważniejsze, czemu dałem się w to wszystko wciągnąć? Naprawdę atak Tobiego odebrał mi zdolność myślenia? Przecież zawsze, gdy daję się uwieść Itachiemu, żałuję później jak cholera! Dlaczego jeszcze się mu nie oparłem?! Dlaczego…
– A więc tak, nasze zadanie, pomimo całej tej wędrówki, jest banalnie proste – Z rozmyślań wyrwał mnie głos Akasuny, który patrzył na mnie wymownie. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że od jakiegoś czasu niemal wyrywam sobie włosy z głowy. Natychmiast przeniosłem dłonie na kolana, spoglądając na mojego towarzysza z przepraszającym uśmiechem, na co ten uniósł brwi i spojrzał w swoje zapiski, kontynuując instruowanie mnie – Jak już wspominałem, bo może nie skojarzyłeś, znajdujemy się obecnie w wiosce Trawy. Konkretnie na jej granicy sąsiadującej ze Skałą…
Na wspomnienie rodzinnej osady od razu poczułem dziwny skurcz i przełknąłem ślinę, odruchowo sięgając do mojej szyi, na której zawieszony miałem złoty łańcuszek. Nic jednak nie powiedziałem, chcąc sprawiać wrażenie niewzruszonego.
– Nieopodal nas znajduje się również wioska ukrytego Wodospadu – Perorował lalkarz – Pomiędzy nią a Trawą znajduje się nasz cel. Jest to most Kanabi***. To właśnie na nim, jutro około godziny siódmej rano przejeżdżać będzie wóz z pewną szychą wioski ukrytej Góry. Oczywiście z obstawą, zakładam że niemałą. Misja polegać będzie na skasowaniu tegoż jegomościa jadącego w karocy. Korzyści z zabicia jego ochrony nie ma żadnych, ale pewnym jest, że nam nie odpuszczą, toteż eliminacja ich jest obowiązkowa, choć upierdliwa. Tyle. Jakieś pytania?
– Hm, tak – Odparłem z wahaniem – Czy… Czy zwłoki tego lorda… oddajemy do punktu wymiany?
– Zwariowałeś? – Prychnął Sasori, zatrzaskując swój dzienniczek – Skąd to pytanie w ogóle? Oczywiście, że oddajemy. Dlatego sposób zabicia tego faceta… Cóż, twoje wybuchowe techniki są zbędne.
– Że.. że co?! – Pisnąłem, momentalnie blednąc, zacząłem panikować – To… To po co niby brałem glinę?! Zaraz… nie, nie o to chciałem zapytać… Jak to, wybuchy są zbędne?! Przecież to moja główna broń!
– Po pierwsze, nie drzyj się – Sapnął Akasuna, wywracając oczami - Po drugie… Wyraźnie kazałem ci, byś tej gliny nie brał, ale oczywiście nie słuchałeś. I nadal nie słuchasz. Przed sekundą mówiłem o punkcie wymiany, więc wiadomym powinien dla ciebie być fakt, że tam idą ciała tylko w stanie nienaruszonym. A twoje techniki tylko te ciała poharatają. A bez Kakuzu trudno nam będzie przekonać te sępy, by wzięły poszarpany łup. Tym razem działamy tylko we dwójkę, z tego powodu musimy się bardziej wysilić, jasne?
– Tak, ale… Co mam w takim razie robić? – Jęknąłem – Już mówiłem, że z gliną…
– Tym razem musisz się bez niej obejść – Przerwał mi czerwono włosy – Spokojnie. Dostaniesz miecz, będę cię osłaniał. Musisz tylko przebić serce dziada, upewnić się, że od razu zdechnie. Nawet, jak będzie się szamotał, nie powinieneś mieć z nim większego problemu, nie potrafi się bronić. Także bułka z masłem.
Przygryzłem wewnętrzną stronę policzka, przy czym kiwnąłem głową twierdząco. Z jednej strony byłem przerażony tym, z jaką łatwością marionetkarz mówi o zamordowaniu kogoś. Lecz z drugiej… Nie powinienem się wcale tym dziwić. W końcu należy do Akatsuki o wiele dłużej niż ja a i wcześniej miał już do czynienia z zabijaniem. Za to ja… Ehh, do tej pory we wszystkim pomagał mi wybuch. Zabijałem, owszem, ale nic nigdy nie widziałem tak naprawdę. Odmęty dymu, w których znikały moje ofiary, sprawiały że nigdy nie myślałem za wiele o tym, co działo się z tymi ludźmi. Właściwie, nie było ich wiele, może garstka a i tak nie zabiłem ich świadomie. Jedyną ofiara, którą pamiętam bardzo dobrze była moja… Moja matka, która niechcący została „draśnięta” przez moje głupie zabawy. To była jedyna osoba, którą tak naprawdę widziałem w śmiertelnej agonii. Moje pierwsze zetknięcie z samą śmiercią, od której i tak zostałem odseparowany. Nie miałem za wiele czasu, by oswoić się z tym, by w ogóle zrozumieć co się stało. Całe otrzeźwienie przyszło dopiero w misji, na której wraz Sasorim, Kakuzu i Hidanem mieliśmy szukać potencjalnych kandydatów na nowych członków Akatsuki.
– Czyli wszystko jest dla ciebie jasne? – Upewnił się marionetkarz, znów wyrywając mnie z zamyślenia. Nie patrzył już na mnie, tylko w swoje zapiski.
– Ta… Ta, jasne… – Powiedziałem z wahaniem, na co Akasuna od razu podniósł na mnie podejrzliwy wzrok. Odchrząknąłem i dodałem pewniej – Dam radę.
– Mam nadzieję… - Odburknął czerwono włosy, patrząc na mnie jeszcze przez chwilę, by ponownie zanurzyć się w kartkach swojego notatnika – Zostawmy to już. Wyjaśnij mi lepiej sytuację sprzed kilku godzin.
– Noo… eeh…- Bąknąłem. Czułem że, na twarzy robię się czerwony, nabrałem powietrza – C-Cóż… Ee… Wiesz, myślałem że dzisiaj nie mamy misji, że pośpię sobie kapkę dłużej no i gdy mnie tak zerwałeś ze snu, nie miałem czasu się ogarnąć, robiłem wszystko wolniej i…
– Dobrze wiesz, że nie o tym mówię – Lalkarz natychmiast przeniósł swe bystre oczy na moją twarz, miałem wrażenie, że są bardziej przenikliwe niż zwykle – Odnoszę się do… Twojej pogawędki z Tobim.
Zaczerwieniłem się jeszcze mocniej. Bałem się, że jeśli spuszczę wzrok, on wszystkiego się domyśli. Dosłownie, wszystkiego.
– My… - Zacząłem, starając się ważyć słowa – My… Musieliśmy coś sobie wyjaśnić. On… Eh, obraził mnie tydzień temu. Bardzo… Dotkliwie obraził moją… Moją sztukę. A wiesz, nie mogłem przecież pozwolić, by ktoś, kto nawet nie jest artystą, pozwalał sobie na tego typu…
– Czy ta sztuka…Ee, masz teraz na myśli… Twoje ciało? – Wypalił rudy.
Czekoladowe spojrzenie przeszyło mnie na wylot. Zatkało mnie. Mimowolnie uchyliłem usta, chcąc coś powiedzieć, ale nie byłem w stanie. Sasori podparł głowę na dłoni, przyglądając mi się w oczekiwaniu na jakikolwiek odzew z mojej strony. Przełknąłem nerwowo ślinę.
– N-Nie wiem, o czym mówisz – Skłamałem, w głowie aż huczało mi od pytań jak się domyślił – Przecież wiesz… że jeśli mówię słowo „sztuka”, to chodzi mi o…
– Przestań – Warknął mój rozmówca, po raz kolejny wcinając mi się w zdanie – Myślisz, że jestem ślepy? Że nie widzę twojej diametralnej zmiany w zachowaniu? Że uwierzę, że przychodzisz do mnie do pokoju spać bo masz „złe sny”? Owszem, może je masz, ale nie sądzę, by brały się same z siebie. Tak jak zresztą… Ślady na twojej szyi i całym ciele… To jego robota, zgadłem?
Spuściłem wzrok, niemal czując gorzki smak porażki i zażenowania. Odruchowo przejechałem palcami po szyi, dokładnie po śladach na niej zostawionych. Malinki. Zrobione najpierw przez Tobiego i poprawione przez Itachiego. Od momentu, w którym powstały, starałem się każdego dnia je maskować… Pamiętałem o tym! Dlaczego teraz musiało mi to wylecieć z głowy…?
– Ja…- Zająknąłem się – Ja muszę iść w krzaki.
Wstałem jak najszybciej się dało i biegiem popędziłem w zarośla. Rzecz jasna, moja wymówka nie miała kompletnie sensu z uwagi na to, że przecież w łaźni, w której byłem znajdowała się przecież toaleta i to tam powinienem się udać. Jednak w stresie nie myślałem racjonalnie, a sens tego co powiedziałem, nim zniknąłem lalkarzowi z pola widzenia, dotarł z opóźnieniem. Zakląłem pod nosem, uświadomiwszy sobie co właśnie zrobiłem. Leciałem dalej, przedzierając się przez kolejne chaszcze… Aż nie zahaczyłem stopą o korzeń jednego z drzew. Padłem jak długi na ziemię.
– Kurrrwaa…– Syknąłem, dźwignąwszy się na łokciach, po czym powoli wstałem do pozycji stojącej, by się otrzepać z piasku i liści. W końcu rozejrzałem się po okolicy, zdając sobie sprawę, że prawdopodobnie jestem bardzo daleko od obozowiska.
– Świetnie – Parsknąłem, po czym przeniosłem wzrok na jezioro znajdujące się nieopodal mnie. Podszedłem tam, z zamiarem przemycia poharatanej od gałęzi twarzy, jednak gdy zanurzyłem dłonie w krystalicznej wodzie, moich uszu dobiegł dźwięk gwałtownie szeleszczących liści drzew i przeraźliwe okrzyki ptaków, ponadto zerwał się straszliwy wiatr. Podniosłem wzrok ku nocnemu niebu, zaciekawiony nagłym zrywem pierzastych istot. Ich kakofonia z jakiegoś powodu wlała do mojego serca niepokój… I szybko zdałem sobie sprawę, dlaczego.
Chwilę później, gdy skowyt ptaków ucichł, widok nieba przez moment przykrył dziwny, olbrzymi kształt. Z wrażenia upadłem tyłkiem na ziemię, a podparłszy się gwałtownie o grunt pokaleczyłem sobie ręce. Nie zwróciłem jednak zbytnio uwagi na ból. Moją uwagę za bardzo absorbowało to, co rozgrywało się przede mną. Nie wierzyłem własnym oczom, a jednak musiałem w końcu sam przed sobą przyznać… Nade mną przeleciał smok! Najprawdziwszy stwór prosto z baśni!
Bestia zrobiła koło, obserwując karmazynowymi oczami widok znajdujący się pod nią. Była przepiękna, o czarnym umaszczeniu i błękitnych, wpadających w fiolet skrzydłach. Mimo wszystko, nie chciałem być przez nią zauważony, toteż pozostałem nieruchomo… Do czasu, aż nie odleciała.
Nie pamiętam, ile siedziałem w tym lesie, wpatrując pustym wzrokiem w niebo. Godzinę? Dwie? Ocuciło mnie dopiero ponowne hukanie sowy. Wówczas zroumiałem, że okolica jest już bezpieczna. Nagle poczułem straszny ból. Spojrzałem niechętnie na podrapane do krwi dłonie, westchnąwszy z rezygnacją. Ponownie podszedłem do stawu, klęcząc. Obmywając się, myślałem gorączkowo nad tym, co przed chwilą ujrzałem. Smok... Nigdy bym nie przypuszczał, że to zobaczę. Gdyby nie ból, jaki doświadczyłem przy tym spotkaniu, mógłbym przysiąc, że to był tylko sen… Ale nie. Ja naprawdę go widziałem! Majestatyczne, a zarazem przerażające stworzenie miałem tuż przed nosem, podczas gdy w dzieciństwie każdy wmawiał mi, że…
– Deidara! – Usłyszałem i odruchowo obróciłem głowę w stronę wołającego mnie głosu. W moją stronę biegł spanikowany Sasori, na co od razu wstałem. Rudowłosy przystanął obok mnie, po czym z rozmachem zdzielił swoją drewnianą ręką po głowie. Odleciałem na jakieś dwa metry.

– Jak to kurwa za co?! Od godziny cię szukam! – Fuknął na mnie – Co ty sobie myślisz?! Przypominam ci, że z rana masz misję! Po za tym…- Urwał, po czym z przestrachem spojrzał w niebo.
– Mistrzu…- Powiedziałem ostrożnie, na co znów na mnie spojrzał – Czy to był… Czy to był smok?
– No… Na to wygląda – Mruknął, chwytając moje ramię – Chodź, lepiej wracajmy.
– Ale…- Jęknąłem, nie ruszając się z miejsca – Ale… Myślałem, że one… Wiesz… W mojej wiosce mówi się, że one…
– Że ich nie ma, wiem – Dokończył za mnie lalkarz – W Skale nie wierzy się w smoki, podobnie jak w inne…
Tu znów urwał w pół zdania, zawieszając zdumiony wzrok na czymś, co znajdowało się za mną. Odruchowo przekręciłem głowę, by również na to spojrzeć… I mnie zamurowało.
Pośród drzew, po drugiej stronie stawu stała… Bardzo dziwna istota. Półnaga kobieta o bardzo bladej, niemal przeźroczystej skórze i lekko spiczastych uszach. Jej ciało, konkretnie dolna część intymna spowita była cienką, zieloną tkaniną, zaś górną przykrywały rude włosy przyozdobione licznymi, świeżymi kwiatami, zdajającymi się być ich częścią .
Zamrugałem i przetarłem oczy, oszołomiony tym co widzę. Ukradkiem spojrzałem na Sasoriego, chcąc utwierdzić się, że nie mam omamów. Nie miałem. Marionetkarz był niemal tak samo zdębiały, co ja. Ostrożnie przeniosłem wzrok na egzotyczną postać. Ta przechyliła głowę, wpatrując się jak zaczarowana w mojego towarzysza, kompletnie mnie ignorując. Po chwili, która zdawała się być wiecznością, niewiasta uniosła rękę, celując palcem na Akasunę.
– Ka… Kakuzu – Powiedziała, dalej intensywnie się w niego wgapiając. Dopiero wtedy czerwono włosy jakby się ocknął.
– Eee… Nie, jestem Sasori – Wydukał, prawdopodobniej jeszcze bardziej zaskoczony niż wcześniej. Patrzyłem zagubiony na całą scenę, próbując wyłapać z niej jakikolwiek sens.
– Kakuzu – Uparła się istota, oparłszy się o drzewo nieopodal niej. Wciąż jednak mierzyła palcem w mojego towarzysza – Płaszcz… Płaszcz Kakuzu…
– Kakuzu to mój… Nasz przyjaciel – Sprostował Sasori, wskazując na mnie kciukiem – To Deidara. A ten płaszcz ma każdy, kto należy do Akatsuki…
– Eem, mistrzu – Szepnąłem w popłochu – To chyba nie jest dobry…
– Zaufaj mi – Odszepnął czerwono włosy, po czym, nadal patrząc na kobietę, uniósł ręce jakby w geście pokoju. Postanowiłem pójść w ślad za nim. Marionetkarz zwrócił się ponownie do tajemniczej postaci – A Ty? Teraz ty się przedstaw.
Kobieta otworzyła szerzej złote oczy, jakby w zdumieniu po czym… Uciekła w las niczym spłoszona sarna.
– Co… ?! Czekaj! – Zawołałem i już miałem rzucić się za nią w pogoń, gdy poczułem uchwyt na ramieniu.
– Wracamy – Powiedział marionetkarz.
**
By nie narażać się zbytnio mojemu kompanowi, po powrocie znad źródła od razu udałem się do namiotu, by jak najszybciej zasnąć. W końcu wypoczynek przed misją to podstawa… Aczkolwiek po tym wszystkim, co zobaczyłem przed snem nie byłem w stanie zasnąć. Ten smok… Jak to możliwe, że one istnieją? Czyż dotąd nie mówiono mi, że występują one tylko i wyłącznie w bajkach? Dorastając w Skale, każdy dorosły wyraźnie podkreślał, iż są to tylko mityczne stworzenia, przez co w końcu sam porzuciłem wiarę w ich byt. Czy to znaczy że… Okłamywano mnie? Tylko dlaczego? Po za tym, ta dziewczyna… Po spotkaniu z bestią i po przyjrzeniu się niewieście, coś kazało mi myśleć, że nie była ona ludzka, że tak jak i smok mogła być… istotą nadnaturalną.Potrząsnąłem głową, przetarłem oczy i głośno westchnąłem. Zwykle odgłosy przyrody pomagały mi zasnąć i wszędobylski koncert świerszczy był dla mnie kojący, ale w tamtym momencie… Strasznie mnie irytował. Zacząłem przekręcać się z boku na bok, aż nie przykryłem w całości śpiworem. Śpij… śpij, cholero!
– Nie możesz spać? – Usłyszałem i gwałtownie zrzuciłem z siebie okrycie, by podpełznąć do wyjścia z namiotu, skąd niepewnie wychyliłem twarz.
Sasori wciąż siedział przy palenisku, przeglądając notatnik. Słysząc, że wygrzebuję się ze swojej prowizorycznej sypialni, od razu podniósł na mnie wzrok.
– Tak… Wiesz…- Zacząłem mozolnie, przysiadając na pieńku naprzeciw niego – Za dużo… Wrażeń na dziś.
– Domyślam się – Mruknął czerwono włosy, zakreślając coś w swoich zapiskach, po czym odłożył notatnik obok siebie – Zwłaszcza, że prawdopodobnie runął cały twój światopogląd…
– Zawsze mówiono mi, że ich nie ma… Smoków – Mamrotałem – Nauczyciele, rodzina… Czemu to przede mną ukrywali?
– Myślę, że sami w nie wierzyli w to że istnieją. Zasłyszeli to też od swoich krewnych, znajomych… I tak rozprzestrzeniła się plotka – Stwierdził mój rozmówca, przysuwając do siebie jedną ze swoich marionetek, by zaraz coś przy niej majstrować – Mnie bardziej zastanawia, skąd się tu wziął i czego szukał… I czy jest wolny, czy do kogoś należy. Szczerze, wolałbym tę pierwszą opcję. Na samą myśl, że ktoś ma go jako swoją własność, zalewa mnie krew. A wiem, że takie przypadki…
– Czyli… Czyli zdawałeś sobie sprawę z istnienia tych stworzeń? – Przerwałem mu, przypatrując z zaciekawieniem jego twarzy – Widzę że… Nie dziwi cię zbytnio cała ta sytuacja.
– Owszem, ponieważ od dziecka wiem, że smoki to nie bajka – Powiedział lekko lalkarz – W przeciwieństwie do wioski Skały, u nas w Piasku zdajemy sobie sprawę z ich egzystencji… Co jest dość ironiczne, bo to u was najczęściej można je spotkać. Co prawda na granicy z moją wioską, ale jednak. Ostatnim razem miałem przyjemność oglądać te istoty gdy byłem małym gówniarzem. Nie wiem, ile mogłem mieć wtedy lat, może z jedena…
Nagle przerwał opowieść, tkwiąc nieruchome spojrzenie w swojej kukle, po czym zwrócił ku mnie wzrok. Był wyraźnie zdumiony i zażenowany.
– Tak właściwie… Czemu ci to mówię? – Zapytał, nie wiedziałem jednak, czy owe pytanie skierowane było do mnie czy zadał je samemu sobie.
– Ee… Nie wiem – Odrzekłem mimo to, mimowolnie speszony – Ale… Ale możesz kontynuować, mi to nie przeszkadza, wiesz…
– Kurwa – Warknął Akasuna, Wstając ze swojego pieńka i zaplótł dłonie za plecy, by zacząć przechadzać się nerwowym krokiem w jedną i drugą stronę. Wodziłem za nim wzrokiem, kompletnie zbity z tropu.
– Ale… Czym się tak denerwujesz? – Odezwałem się, przerwawszy niezręczną ciszę – Ja naprawdę nie mam nic przeciwko byś…
– Nigdy nie miałem zamiaru dzielić się szczegółami mojego życia – Warknął – Z NIKIM. Wszystkie moje wspomnienia należą tylko i wyłącznie do mnie, jasne?!
– Eehm… No dobra, dobra…– Przytaknąłem, coraz bardziej zmieszany – Nie mam zamiaru zmuszać cię do ujawniania czegokolwiek…
Czerwonowłosy westchnął ciężko, po czym się zatrzymał.
– To nie do pomyślenia… Jak…- Mamrotał pod nosem, aż nie spojrzał na mnie – Przepraszam. Nie powinienem był na ciebie wrzeszczeć. Po prostu… Nagle zacząłem mówić za dużo, rozsierdziło mnie to.
– Nie no, spoko – Mruknąłem – Jak mówiłem, nie chcę cię zmuszać byś cokolwiek mi mówił, jak nie chcesz. Ale też nie mam nic przeciwko, byś zaczął. Jakby nie patrzeć, mało o tobie wiem i…
– I lepiej, żeby tak zostało – Sapnął marionetkarz – Już i tak się dość z tobą spoufalam. To, na jakim poziomie teraz jesteśmy, to limit. Nie lubię mówić o sobie, a szczególnie o swoim… Starym życiu. Nie potrzebna ci ta wiedza.
– Jasne, załapałem – Odrzekłem, starając się ukryć fakt, iż jednak zabolały mnie jego słowa – Nie musisz się powtarzać…
– Niemniej jednak, puściły mi hamulce i nim się obejrzałem, prawie uchyliłem ci rąbka jednych ze wspomnień – Powiedział Sasori, patrząc w niebo – Nigdy nie zdarzyło mi się wychlupnąć… no, może raz gdy rozmawialiśmy, wspomniałem ci o moich… Moich rodzicach. I babce. Na szczęście nie wdałem się w zbytnie szczegóły…
– Tak, pamiętam że cię wtedy chciałem pocieszyć, przytuliłem cię i…- Wtrąciłem i urwałem w pół zdania, gdy przypomniałem sobie, jak Tobi rzucił mi się wtedy na plecy. Wtedy nie robiło to na mnie wrażenia, prócz zwykłego rozbawienia czy lekkiego zirytowania. Teraz jednak… Napawało mnie obrzydzeniem. Z trudem powstrzymałem dreszcz – Eee… w każdym razie, nie powiedziałeś za dużo, spokojnie.
– Miałem w miarę dobry nastrój i najwidoczniej kaprys, by się tobą z tym podzielić – Podsumował Akasuna – Lecz teraz… Czuję, że nie byłem przez chwilę sobą. To z pewnością wpływ nie tylko smoka… Ale i tej nimfy.
– Nimfy…? – Wytrzeszczyłem oczy – Zaraz… Mówisz o…
– Dziewczynie, którą widzieliśmy po spotkaniu ze smokiem – Dokończył mój rozmówca – Nimfa, istota nadnaturalna. Mniemam, że w Skale również uznawane są one za mit.
– Istotnie…- Zaczerwieniłem się – Jedyne, w co się jakoś bardziej przez ludzi wierzy to w ogoniaste bestie… ale to też nie każdy .
– Tak myślałem – Lalkarz wywrócił oczami – W każdym razie, istoty te mają zdolności… Wpływania na cudze uczucia, pobudzają wspomnienia, nawet te najwcześniejsze… **** Te moce mogą mieć bardzo zgubny wpływ na osoby uwikłane w przestępstwa czy kłamstwa. Niejednokrotnie zdarzały się przypadki, w których ludzie chwytali nimfy, by te wskazały sprawcę jakiejś zbrodni.
– Ale… Skąd to wszystko wiesz? – Zapytałem, czując olbrzymi mętlik w głowie. Ciężko było mi przyjąć do wiadomości, że to co właśnie usłyszałem, nie ma nic wspólnego z bajką.
– Ze szkoły – Odrzekł czerwono włosy, uśmiechnąwszy się kpiąco – W programie nauczania akademii w Piasku, istnieje taki przedmiot jak „historia”. Omawiamy na niej różne epoki i rzeczy, które działy się w przeszłości, nawet tej bardzo dalekiej. Mogłeś nie słyszeć…
– Bardzo śmieszne – Prychnąłem, krzyżując ręce na klatce piersiowej – Wiem co to historia… Zgaduję jednak, że u was te lekcje są na dużo wyższym poziomie.
– Zgadza się – Przytaknął mi lalkarz –Dodam też, że istnieje też taki przedmiot jak „antropogeneza paranormalna”, który szerzej omawia istnienie bytów nadnaturalnych.
– Yy… No, tego to akurat w szkole nie miałem – Przyznałem – Długa nazwa…
– Ich dzieje, nasze stosunki z nimi i odwrotnie… - Ciągnął Akasuna – Tego wszystkiego dowiedziałem się właśnie z tej lekcji. Z tego co wiem, uczą tego we wszystkich wielkich krajach, w mniejszych wioskach oczywiście też. Wyjątkiem jest osada Skały oraz Chmury. Prawdopodobnie jest to spowodowane tym, iż wasze wioski miały w przeszłości złe doświadczenia z tymi stworzeniami. I jest na dziewięćdziesiąt procent pewne, że to wy macie coś na sumieniu… W sensie, przodkowie. Ludzie nie lubią mówić o swoich błędach, dlatego to tuszują.
– Prawda…- Szepnąłem, wbijając wzrok w dłonie, przy czym zastanawiałem się, co takiego mogli zrobić protoplaści obu tych krajów, iż doszło do zabrania świadomości nowym pokoleniom – Musisz mi więcej na ten temat powiedzieć… O tym, co się wydarzyło.
– Pewnie, ale nie dziś – Mruknął marionetkarz – Jest tego za dużo, a my przez wzgląd na misję, nie mamy czasu na pogawędki i analizy. Sugeruję, byś jak najszybciej się położył.
– Jedna rzeczy jednak nie daje mi spokoju – Powiedziałem – Ta… ta nimfa, wspomniała o… O Kakuzu. Czy sądzisz…? – Urwałem, czując jak oczy same mi się rozszerzają. Nagle wstałem z przejęcia, niemal krzycząc – Myślisz, że Kakuzu jest jedną… jednym z nich?!
– Kim, nimfą? – Sasori parsknął śmiechem – Wyobrażasz go sobie w symbiozie z naturą? Hasającego pół nago po lesie w towarzystwie ptaszków, motylków i jelonków? Ja nie.
– No to… No to o co mogło chodzić? – Jęknąłem – Dlaczego o niego pytała?
– Nie mam pojęcia… Ale sądzę, że prędzej czy później się tego dowiemy – Westchnął czerwono włosy – On też nie mówi o sobie dużo, też nic o nim nie wiem, ani on o mnie.
– A myślisz… - Nagle mnie olśniło – Że to może mieć związek… Z jego starym życiem? Tym, przed Akatsuki?
Lalkarz popatrzył na mnie dłuższą chwilę.
– Tak… Tak sądzę – Odezwał się w końcu – Myślę, że… W swoim długim życiu miał konszachty z wieloma ludźmi… I nie tylko ludźmi. Ale nie ma sensu go o to pytać. Sam powie… Gdy zechce. I oby faktycznie były to jego… Własne chęci. Idź spać.

*.*.*
Spałem tylko cztery godziny, po których zostałem obudzony przez Sasoriego, by zmienić wartę. W końcu i on czasem musiał spać… Robił to cztery razy dziennie po pół godziny. Miał swoje określone pory, których twardo się trzymał, by nie zaprzepaścić całego swojego wysiłku, jaki włożył w ten tryb prze lata. Wstałem więc posłusznie, choć z trudem. Zarzuciłem płaszcz na plecy w celu ogrzania się, wyjąłem jabłko z plecaka po czym rozłożywszy pod sobą koc, usiadłem na nim, oparłem plecami o drzewo i przystąpiłem do powolnego spożywania owocu, uprzednio krając je na kawałki. Rzecz jasna, nie było to moje główne śniadanie, ale na pobudzenie taka przekąska działa korzystnie… O ile nie ma się problemów z trawieniem. Ja na szczęście nie miałem, toteż mogłem sobie na to pozwolić.Ognisko było już dawno zgaszone, mój towarzysz drzemał na siedząco, zaś zza koron drzew dało się słyszeć poranne pokrzykiwania ptaków, zaś nieboskłon coraz bardziej się przejaśniał. Westchnąłem rześkim, leśnym powietrzem. Przymknąłem oczy, całkowicie zrelaksowany. Nie zamierzałem spać, chciałem tylko chwilę skorzystać z tego wszechobecnego spokoju, delektować się przyjemną atmosferą… I ta chwila beztroski wystarczyła, by odpłynąć.
*.*.*
W jednym momencie poczułem, że jestem o połowę niższy niż obecnie. Mój wzrost… Zmniejszył się. Jednak z jakiegoś powodu nie przeszkadzało mi to. Siedziałem na łóżku. Dobrze znanym łóżku, w dobrze znanym mi pokoju. Wszystkie lampki w pomieszczeniu były zgaszone, a jedynym źródłem światła była struga z przedpokoju, przebijająca się przez uchylone drzwi mojej sypialni. Poczułem, jak moje dłonie zaciskają się na czymś… Pluszowym. Odruchowo spojrzałem w dół, na pysk mojego ulubionego lwa, po czym skierowałem nieco wzrok na ręce. Dziecięce ręce okryte były długimi rękawami białej piżamy w miniaturowe, brązowe konie i zielone kaktusy. Mój wzrok znów utkwił w lekko rozwartych drzwiach. Moich uszu dobiegał dochodzący zza otwartego okna koncert świerszczy… Oraz głosy rozbrzmiewające z innego pokoju. I to właśnie one przykuwały moją szczególną uwagę.– … i to nie jest normalne! – Krzyknął nagle męski głos należący do… mojego ojca. Wzdrygnąłem się, jeszcze mocniej przygniatając lwa.
– Oczywiście, że nie – Przytaknął kobiecy głos. Głos mojej matki. Jego nuta wskazywała, iż jego właścicielka sili się na spokój. – Przecież to co mówił świadczy tylko o dewiacji sek…
– Tylko nie zaczynaj! – Ojciec był coraz bardziej rozeźlony – Dobrze wiem… Oboje dobrze wiemy, że to co mówił szeroko mija się z prawdą…
– Nie wierzysz własnemu dziecku? – Zapytała niewinnie kobieta, po czym usłyszałem głuche uderzenie o szklany stół.
– Powiedziałem: nie zaczynaj! – Wrzasnął mężczyzna – To moja siostra! Rodzina! Nigdy nie zrobiła by mu… Mi czegoś takiego! Nie wierzę, że to się stało… Przyznaj: nagadałaś mu coś, co naprawdę zadziałało na wyobraźnię.
W tym momencie ześliznąłem się z łóżka i przydreptałem do drzwi, by wyściubić noc na korytarz. Wyszedłem ze swojego sanktuarium, by cichutko podpełznąć pod drzwi salonu. Gdy się do niego wchodziło, pierwsze co rzucało się w oczy, była półścianka, za którą znajdowała się sofa. Na niej siedziała moja rodzicielka, obrócona do mnie tyłem. Ubrana w krótki, dobrze mi znany atłasowy szlafrok. W ręku trzymała lampkę czerwonego wina. Naprzeciwko niej stał szklany stolik na którym stała opróżniona butelka z trunkiem. Za meblem, bo na wprost, stał wyłączony telewizor, obok którego, po prawej, znajdowały się rozwarte drzwi balkonowe, zaś po lewej stronie – palący się kominek. I przy tym właśnie kominku stał ojczulek, zajęty szturchaniem paleniska, dzięki czemu nie dostrzegł, jak wkradam się do pomieszczenia. Cały pokój okryty był niemal w całości mrokiem. Jedynym źródłem światła był wspomniany już wcześniej komin. Na jego półce znajdowała się swoją drogą, półlitrówka wódki oraz wypełniony nią kieliszek, po którego zaraz sięgnął tatuś. Odziany jedynie w spodnie od piżamy oraz kapcie.
– Niby co mu nagadałam? – Zapytała prowokująco jego rozmówczyni – Nic mu nigdy nie podsuwałam. Zawsze powtarzałam, że sam ma wyciągać wnioski, patrzeć, uważnie słuchać i…
– Kłamstwo – Rzekł ostro ojciec, po czym wychylił głębszego – A wiesz dlaczego? Bo te rady są moje. Ja mu je mówiłem, kiedy tylko miałem wolną chwilę na opiekowanie się nim. To ja się z nim bawiłem, to ja nauczyłem go czytać, pisać i dopilnowałem, by Tsuchikage był jego nauczycielem! Ba! Nawet sam z nim trenowałem! Robiłem to wszystko, podczas gdy ty siedziałaś w tych swoich chaszczach i z głupimi kole…
– Przeginasz…- Syknęła blondynka – Jestem dobrą matką! Wstawałam do niego w nocy! Sama wykarmiłam! Uspokajałam go gdy ząbkował! Starałam się! I nadal to robię! Ciągle przy nim siedzę! Pilnuję jego wychowania, ocen! To moje dziecko i tylko ja potrafię je wychować! Dbam o jego zajęcia, kiedy chcę mieć dla siebie chwilę wytchnienia! A przecież mi się należy!
– Oczywiście, należy… Niestety korzystasz z tego nazbyt hojnie – Parsknął brunet – Wracając jednak do właściwego tematu…
– A co, ten nie był właściwy? – Syknęła kobieta, coraz bardziej napastliwie. Patrząc na nią oraz słuchając jej tonu głosu, byłem w szoku. Nigdy wcześniej nie widziałem u niej agresywnych zachowań – Co, głupio ci że mam rację?!
– Daj mi skończyć – Facet wywrócił oczami. Takimi samymi jak moje. Ten sam kształt, ten sam kolor – Wiesz, że nie o tym chciałem rozmawiać. Co prawda, sam odrobinę nawiązałem do tego tematu, ale to wszystko przez twoje koloryzowanie rzeczywistości, to jest, przypisywanie sobie słów, które ja powiedziałem!
W tym momencie to matka wychyliła całą lampkę alkoholu, by następnie znów ją uzupełnić. Jak wspomniałem, była odwrócona do mnie plecami, ale po jej ruchach, mowie ciała doskonale widać było, jak bardzo jest zdenerwowana.
– Kayoko… Nie mogła zrobić takich rzeczy Deidarze – Kontynuował mężczyzna, patrząc gdzieś w dal – Fakt, faktem, nigdy nie miała ręki do dzieci, dlatego nie zamierza mieć własnych, po prostu ich nie lubi…
– Co tylko utwierdza w przekonaniu, że nasz syn mówił prawdę – Matka znów weszła mu w słowo – Ta kobieta skrzywdziła dziecko!
– Nie zrobiła tego – Wycedził ojciec – A przynajmniej, nie w tym sensie. Mogła co najwyżej spuścić mu lanie za nieposłuszeństwo. Ale nigdy, przenigdy nie postąpiła by w sposób, który mógłby zniszczyć mu dalsze życie. Jak już mówiłem, to moja siostra. Jeszcze raz ci to powtarzam: Kayoko nie zrobiłaby niczego przeciwko mnie. Powiedz prawdę, a oszczędzimy sobie czasu i nerwów – co nagadałaś Deidarze?
– Nic mu nie nagadałam – Obstawiała twardo blondynka, ani przez chwilę się nie wahając – On sam…
– Kurwa mać! – Wrzasnął ojciec, po raz drugi uderzając pięścią w stół. Tym razem mocniej i agresywniej. Cud, że mebel był jeszcze cały – Mącisz! Cały czas mącisz! Czarujesz! Myślisz, że nie wiem do czego jesteś zdolna, gdy ktoś ci podpadnie?!
Rozszerzyłem oczy z zaskoczenia. Czegoś takiego nie spodziewałem się usłyszeć. Czy on na pewno mówił o tej samej osobie? Nagle obleciał mnie strach. I o dziwo, był mi dobrze znany.
– Sugerujesz, że się na niej mszczę? – Parsknęła kobieta – Dobre sobie! Ciekawe, czemuż miałabym to robić! Zresztą… Jak możesz jej wierzyć, zamiast naszemu synowi?!
– Za dobrze ją znam – Warknął brunet, znów napełniając kieliszek – I… opowieść Deidary się nie klei. A wiesz dlaczego? Bo byłaś przy nim cały czas! Praktycznie ciągle przy nim siedziałaś! Z wielkim trudem przystałaś, by dzieciak mógł pobiegać! A gdy znikał z pola widzenia, robiłaś raban na całą wioskę… Raz tylko poszłaś do kibla. W tym czasie ja siedziałem z Kayoko, a zostawiłem ją z Deidarą dosłownie na… Kilka minut? W których…!
– W których nie mogłeś widzieć co się działo! – Odrzekła matka triumfalnie – I kto tu mąci?
Facet westchnął ciężko, po czym, masując skronie usiadł na sofie naprzeciw kobiety.
– Wiem, co się działo – Powiedział w końcu – Bo wszystko widziałem. Obserwowałem ich z daleka. Kayoko ledwo się do dzieciaka odezwała, ledwo go tknęła. Właściwie… To dała tylko po łapach, gdy ten nie słuchał. Sama widziałaś jak przy nas powtarzała mu, by nie chodził do kociąt. My też mu to mówiliśmy. Gdy oboje wyszliśmy, Deidara znów chciał tam poleźć. I dlatego mu się dostało. Mimo to, zainterweniowałem, to nie tak, że moja siostra jest bez winy. Sam mówiłem jej, że nie ma prawa go karać. Nienawidzę bicia dzieci, robię to tylko w ostateczności. A więc tym bardziej zalewa mnie krew, gdy robi to ktoś po za mną. Dobrze to wiesz, nie wierzę, że tego nie widziałaś. Za to ja widziałam, jak bierzesz młodego na stronę, jak znikasz z nim w domu i po chwili z nim wracasz. A on… On był zastraszony! Jego zachowanie drastycznie się zmieniło! I jak chcesz to…?!
– Co ty mi sugerujesz?! – Wydarła się kobieta, wstając gwałtownie. W drżącej dłoni dzierżyła pusty już kieliszek. Wyglądała tak, jakby miała zamiar nim rzucić w swojego rozmówcę – Że to niby ja go molestowałam?!
– Ty jesteś jakaś nienormalna! – Mężczyzna złapał się za głowę – Nikt, kurwa, nikogo nie molestował! Myślisz, że mógłbym cię o to podejrzewać?! Nie! To ty masz urojenia! Ty wszędzie węszysz jakiś podstęp! I to ty chcesz mieć wszystko dla siebie! Jesteś zaborcza! Zaborcza! To się leczy! I wiesz co? Nie mam już ochoty z tobą dyskutować. Idź do sypialni, ja zostaję w salonie. Mogę tu dzisiaj spać. Idę pod prysznic.
Brunet wstał z kanapy, kierując się do wyjścia. Po drodze chwycił za półlitrówkę i kieliszek. Przeczołgałem się do stojącej niedaleko draceny w nadziei, iż mnie ukryje.
– Zaborcza – Prychnęła nagle blondynka, na co ojciec zatrzymał się pół kroku. Ja też wstrzymałem oddech – Trudno nie być zaborczym, gdy widzi się jak własny mąż szlaja się… Z jakimiś kurwami.
Brunet powoli obrócił się w jej stronę. Bardzo chciałem zobaczyć jego wyraz twarzy, niestety nie miałem takiej możliwości .
– Dla ciebie kurwami są wszyscy, którzy się do mnie zbliżą. Niezależnie od płci. Jesteś zazdrosna nawet o kolegów. Także… Daruj sobie – Powiedział spokojnie – Jeśli bym cię zdradził, oznaczałoby to że jestem na skraju wytrzymałości. Wiedz też, że ta moja wytrzymałość… Też ma swój limit. I radzę ci go nie przekraczać. Inaczej stracisz wszystkich.
– Tak jakbym dała ci odejść – Zaśmiała się blondynka, po czym spoważniała – Jesteś mój. I Deidara też jest mój. Nie odbierzesz mi go, nie pozwolę obcej dziwce go wychowywać. Tak jak nie pozwolę, być stawiał ją ponad…
– Dość. Jesteś męcząca – Warknął ojciec – Zamiast wina powinnaś sięgnąć po melisę. I nie waż się więcej mówić bzdur na temat mojego rodzeństwa. Dobranoc.
To mówiąc, odwrócił się do niej plecami, zmierzając ku drzwiom. Odruchowo zakryłem twarz dłońmi, jakby miało mi to pomóc jeszcze bardziej się schować. Nie rozumiałem co się dzieje, miałem mętlik w głowie. Nim zacząłem się nad tym zastanawiać, matka podbiegła do mężczyzny, łapiąc go za nadgarstek. Oboje stali w przejściu, naprzeciwko mnie. Dopiero teraz zobaczyłem, jaka furia malowała się na twarzy mojej rodzicielki. W jej szafranowych***** oczach niemal płonął ogień. W przeciwieństwie do swojego rozmówcy, który uniósł tylko brew.
– Coś jeszcze…? – Zapytał ze znudzeniem.
– Gdzie idziesz?! – Syknęła kobieta, mocniej ściskając nadgarstek męża.
– Do łazienki, mówiłem przecież – Odrzekł spokojnie ten – Mogłabyś mnie puścić?
– Nie skończyłam – Sapnęła blondynka – Po za tym… Idziesz do Deidary, masz rację?
– Nawet jeśli, to co z tego? – Westchnął facet – Nie wolno mi iść do własnego syna?
– Ale… - Matka jakby traciła rezon – Ale po co? Przecież on śpi…
– No nie wiem, pomyślmy, czemu miałbym do niego pójść – Ojciec udał zamyślenie – Może sprawdzić, czy śpi? Nakryć kołdrą, bo się często rozkopuje podczas snu? Porozmawiać, jeśli się obudził i z powrotem…
– O czym rozmawiać ?!– Matka znowu się uruchomiła.
– O jego ciotce, na przykład? – Mruknął mężczyzna – Dowiedzieć się czegoś więcej, co mu rzekomo zrobiła? I najważniejsze… Czemu mnie unika i nie daje się ostatnio dotknąć?
– Nie wiem o czym…- Kobieta cisnęła spojrzenie w kąt. Ojciec ujął ją za podbródek, jakby chciał zmusić ją by popatrzyła mu w oczy, jednak wtedy jej wzrok spotkał się… Z moim.
– D-Deidara? – Jęknęła, drastycznie blednąc. Brunet wytrzeszczył oczy , momentalnie odrywając dłoń od twarzy żony by spojrzeć na mnie wytrzeszczonymi oczami.
– Synek? – Wydusił, niemal natychmiast do mnie podchodząc. Robił to bardzo ostrożnie, w jego oczach widziałem… Czułość – Co tu robisz?
Przykucnął przy mnie, by pogłaskać mnie po twarzy. Nie pozwoliłem jednak na ten gest, zbyt mocno zestresowany. Wyminąłem zręcznie obu rodziców, pędząc co sił w nogach do mojego pokoju. Czułem strach, jak i… zdziwienie własnym zachowaniem . Dopadłem w końcu drzwi sypialni, po czym przebiegłem kilka kroków po nieboskłonie i zacząłem spadać w dół pośród fioletowych chmur i namalowanych gwiazd. W głowie usłyszałem dziwny jazgot…
*.*.*
Gwałtownie zaczerpnąłem powietrza, zduszając krzyk. Poczułem, jak coś spadło z moich kolan. Odruchowo spojrzałem w dół na leżące na kocu jabłko. Patrzyłem otępiale na owoc przez jakąś chwilę, aż w końcu dotarł do mnie nieustający od jakiegoś czasu skrzek wrony. Spojrzałem w górę, lekko podenerwowany. Ptaszysko siedziało na gałęzi, przyglądając mi się z zainteresowaniem. Od razu poderwałem się na nogi.– Sio! –Syknąłem, machając gwałtownie ręką. Mój pierzasty budzik jednak ani myślał drgnąć, przesunął się jedynie po gałęzi, przechylając łebek. Dopiero wtedy zorientowałem się, że dziobaty wcale nie patrzy na mnie, a koło mnie. Dokładniej, na to co znajdowało się pod moimi nogami. Odruchowo spojrzałem w tę samą stronę. Obiektem zainteresowania ptaszyska była podbiegająca do mojego jabłka mysz, dokładnie jednego z kawałków pokrojonego owocu. Zamrugałem zdezorientowany. Moje pojęcie o zwierzętach było marne, ponieważ nigdy ich nie miałem. Mimo to jedzący jabłko gryzoń był dla mnie czymś niezwykłym, do tej pory sądziłem że żywią się one wyłącznie serem i jakimiś tam ziarnami. Jedyny pupil, jakiegokolwiek udało mi się przynieść do domu był pożyczony z zoologicznego wąż, który…
Nagle pobladłem, poruszony wzmianką o domu. Do mojej głowy dotarły nagle obrazy, które ujrzałem nim skupiłem się na wronie. Mały ja, mój dawny pokój, salon, moi… Rodzice. Przetarłem oczy dłonią, po czym wplotłem palce we włosy. To nie był zwykły sen, to było…
– Wspomnienie? – Szepnąłem, próbując gorączkowo przypomnieć sobie każdy dialog, każdy i sceny. Byłem oszołomiony tym, jakie to było przerażające, dziwne, ale i… Prawdziwe? Tak, to dobre słowo. Mimo, że to co widziałem wydawało mi się obecnie absurdalne, to coś podświadomie krzyczało, że jest absolutnie autentyczne. Niepokojąco zachowująca się matka, zatroskany ojciec… Z moich wspomnień, jakie zawsze znałem i które zdarzało mi się opowiadać, taka scena nie istniała. Ten facet był tyranem. Tyranem! Więc skąd to się…?
– Czy to ptaszydło zamknie w końcu dziób? – Usłyszałem i od razu spojrzałem na Sasoriego. Dalej siedział na pniu, przy czym wbijał mordercze spojrzenie we wronę. Nagle jego wzrok zwrócił się ku mnie – Co tak sterczysz? Która godzina?
– Eee… - Bąknąłem, czując jak język więźnie mi w gardle.
– Aha – Parsknął czerwono włosy, wstając . Patrzyłem jak pospiesznie zbiera wszystkie swoje rzeczy, sam stojąc jak idiota w jednym miejscu. Lalkarz znów łypnął na mnie tymi swoimi oczami, aż się wzdrygnąłem – Na co czekasz?! Ostrzegam, że jak zawalimy misję, to cię zabiję!
– Yy, tak, tak, już! – Zawołałem w popłochu, rzucając się do składania namiotu i zbierania klamotów. W międzyczasie udało mi się spojrzeć na godzinę. Dochodziła szósta. Szybko dogoniłem swojego partnera, który, nie czekając na mnie, zostawił mi po drodze miecz. Chwyciłem za broń i zrównałem krok z Akasuną, postanowiwszy skupić się już w całości na zadaniu. Pytania i analizy musiałem zostawić na później.

.*+D.C.N*+.
======================================================>
*Jedno z określeń na Tobiego, odnoszące się do jego maski. Muszę sobie urozmaicić jakoś nazywanie jego osoby ^^"
**Choroba/dolegliwość, którą wymyśliłam... Ale też niekoniecznie. W "Naruto" były dwa (jak nie kilka) przypadki, w którym nadużycie mocy kończyłoby się śmiercią (lub czymś innym). Mowa tu o chidori lub przeklętej pieczęci... Przynajmniej tyle, co zapamiętałam. Pewnie znalazłoby się więcej przykładów, ale nie widzę sensu ich podawać.
*** Polecam zerknąć sobie na mapkę ^w^ >KLIK<
**** Moce nimf występujących w tym ff wymyśliłam sama. Wygląd tych istot wzorowałam troszkę na Wiedźminie. Zwykłe nimfy z mitologii greckiej wydawały mi się nieco nudne, dlatego chciałam je nieco ubarwić ^^" U mnie występują też męskie odpowiedniki tej rasy.
***** Miałam tu na myśli złoty, żółty... I tak, wiem, że nie jesteście analfabetami i mogliście się domyślić jaki to kolor, jednakże wolałam to podkreślić na wypadek, gdybyście tę barwę, tj. szafran skojarzyli z przyprawą o nieco odmiennym od żółtego odcieniu XD
==============================**============================
Mam nadzieję, że się podobało. Jak coś, to do misji z lordem powrócę ^_^
Hejka, witam po długiej przerwie. Rozdział przeczytałam, ale mam dziwne wrażenie, że coś mnie ominęło. Umknął mi gdzieś rozdział, gdzie Tobi robi te okropne rzeczy Deidarze. Podobało mi się za to wspomnienie Deidary z jego dzieciństwa, tyle że nie wiadomo, czy było prawdziwe, czy to jakiś wytwór tej nimfy. I jeszcze smok. Wprowadzasz nowe elementy do swego opowiadania. Ciekawe, co z tego wyniknie i czy przypadkiem Ci się to nie pomiesza, bo jednak dużo tu się dzieje. Pozdrawiam!
OdpowiedzUsuńKimi